Małżeństwo 29-letniej Doroty i 35-letniego Manfreda G., zdaniem bliskich kobiety, od dawna nie układało się dobrze. Ona pracowała na co dzień w pizzerii, on jako robotnik przy wykańczaniu wnętrz. Mężczyzna urodził się w Polsce, ale wyjechał z rodzicami do Niemiec jako kilkuletnie dziecko. Poznali się przypadkowo, od słowa do słowa znaleźli wiele wspólnych tematów i zakochali się w sobie. Postanowili razem zamieszkać za granicą. Manfred miał jednak poważną wadę: był o swoją ukochaną, później żonę, bardzo zazdrosny. Do tego stopnia, że Dorota dwa razy od niego odchodziła, lecz ostatecznie uginała się pod prośbami męża o powrót. Przekonywał, że ją kocha. Na chwilę się uspokajał, później obsesyjne zachowania wracały. W programie „Uwaga! TVN” wypowiadali się członkowie rodziny zaginionej, którzy opowiadali, że Dorota była bardzo ładną kobietą, która mocno dbała o siebie. Ta atrakcyjność tylko wzmagała niepewność Manfreda.
Chorobliwa zazdrość pchnęła go do zbrodni. Dziecko przez lata nie było niczego świadome
- Jak jechała do swojej siostry, to dzwoniła i mówiła: „Mamusiu, wiesz co zrobił Manfred? Podłożył mi do torebki GPS”. Przecież normalny człowiek się tak nie zachowuje, nie robi czegoś takiego – padło przed kamerami TVN-u. Nic więc dziwnego, że kiedy kobieta niespodziewanie zaginęła w październiku 2016 roku, podejrzenia ze strony bliskich od razu padły na niego. Ale Manfred przekonywał, że nie wie, dokąd udała się jego żona. Zgodnie z jego wersją wydarzeń, pokłócili się, a wtedy Dorota wyszła z domu i zaginęła bez śladu.
Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni
O sprawie szybko zaczęły rozpisywać się niemieckie media, a lokalna policja rozpoczęła śledztwo, w którym mężczyzna stał się głównym podejrzanym. Tyle że nie było przeciwko niemu żadnego dowodu, który faktycznie wskazywałby na jego winę, poza zeznaniami rodziny Doroty, która nie ufała Manfredowi. Losem zaginionej kobiety zainteresowała się lokalna społeczność, w tym pani Joanna, która nie znała wcześniej poszukiwanej, ale czuła, że musi pomóc swojej rodaczce.
- Szukałam jej, bo zawsze myślę, że gdyby coś takiego mnie spotkało, to chciałabym, żeby mnie szukano. Postanowiłam sobie też, że muszę odnaleźć mamę tego chłopca – powiedziała w rozmowie z „Super Expressem”, mając na myśli kilkuletniego wówczas syna Doroty. – Mogę dziś powiedzieć, że Dorotę poznałam już po zaginięciu, rozmawiając z ludźmi, którzy ją znali, chodziłam tam , gdzie ona lubiła bywać, poznałam jej syna, męża oraz całą rodzinę – dodawała pani Joanna. Z Manfredem rozmawiała wiele razy. Czuła, że przedstawiana przez niego wersja wydarzeń jest bardzo precyzyjna, jakby od początku do końca przemyślana, wyreżyserowana.
- Miał tamten dzień wyuczony na pamięć. Zawsze mówił to samo, nigdy się nie pomylił, nawet nie zająknął. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej proponował, że da mi pieniądze na detektywa – wspominała kobieta. Feralnego dnia, kiedy Dorota rzekomo sama opuściła dom, mężczyzna zajrzał do jej telefonu. Sam przyznał, że zobaczył w nim roznegliżowane zdjęcia żony, które ta miała wysyłać do jakiegoś swojego kochanka. To miał być powód ich kłótni. Kazał jej wynieść się z domu, a ona posłuchała. Wyszła bez telefonu, bez torebki i okularów. Wtedy położył się spać, z nerwów aż dostał gorączki. Tak twierdził.
Lokalna społeczność prowadziła własne śledztwo w sprawie Doroty. Ich pomoc okazała się kluczowa
- To nie było możliwe, żeby ona wyszła z domu i rozpłynęła się w powietrzu. Nie mieszkamy w Berlinie czy innej metropolii, żebyśmy mieli tutaj zaginięcia czy morderstwa. Tego tutaj nie ma – opowiadała pani Joanna. Zamiast narzekać, postanowiła działać. Założyła grupę w mediach społecznościowych, zaczęła z innymi ludźmi zbierać pieniądze na wynajęcie prywatnego detektywa, chcieli mieć swoje fundusze na poszukiwania Doroty. Obca dla niej kobieta stała się tak ważna, że była zdolna poruszyć niebo i ziemię, by ją odnaleźć. To było godne podziwu działanie, za które do dziś jest jej wdzięczna rodzina zaginionej.
Czytaj również: Mariusz krzywdził córki i żonę, kazał jeść nasienie z miski dla psa. Za 20 zł "użyczał" Ewę karłowi
- Dorotka nigdy, przenigdy nie zostawiłaby syna. On był dla niej całym światem, zawsze zresztą trzymaliśmy się razem – mówiła w programie „Uwaga! TVN” matka kobiety, uznawanej wówczas za zaginioną. – Wołała o pomoc, a myśmy nie mogli jej pomóc. Nie mogliśmy nic zrobić – dodawała zrozpaczona. W końcu Polonia mieszkająca w Niemczech uzbierała pieniądze na prywatnego detektywa i postanowiła go wynająć, mając przeczucie, że lokalna policja nie odkryje prawdy. Mijały zresztą kolejne miesiące, a przełomu nie było. Do akcji wkroczył detektyw Arkadiusz Andała, który zgodził się zająć sprawą zaginięcia Polki.
Trzykrotnie spotykał się z Manfredem, każde spotkanie nagrywał. Ale mężczyzna nie był skory do współpracy i to już zapalało czerwoną lampkę. – Zwodził nas, było widać, że nie jest chętny do spotkania, co było zastanawiające. Przecież mąż zaginionej żony, nawet jeżeli był z nią skonfliktowany, ale nie ma nic wspólnego z zaginięciem, będzie zainteresowany odnalezieniem matki swojego dziecka – mówił Arkadiusz Andała w TVN-ie. Lecz nie Manfred: on opowiadał, że Dorota prowadziła podwójne życie, że gdzieś się ukrywa i czeka na odnalezienie, albo aż mąż się psychicznie wykończy, lub liczy na to, że ten zostanie aresztowany, choć nie wiadomo za co. Snuł teorie, jakoby żona uknuła plan wrobienia go w jakieś przestępstwo przeciwko niej.
Prywatny detektyw nie przestawał drążyć. W końcu przyłapał Manfreda G.
W końcu detektyw przyłapał mężczyznę o na kłamstwie. Zdobył nagranie z monitoringu, na którym widać, że samochód Manfreda G. wyjeżdżał z posesji w dniu zaginięcia kobiety już po godzinie 23., kiedy ten twierdził, że nie opuszczał domu, bo rzekomo poszedł spać. Arkadiusz Andała, pochodzący z Chorzowa na Śląsku, niemal od razu poszedł na policję, by podzielić się swoimi ustaleniami, lecz funkcjonariusze go zignorowali. Twierdzili, że to za mało, żeby ponownie zatrzymać Manfreda i spróbować go oskarżyć. Tym bardziej, że nigdzie nie było ciała Doroty, ani żadnych namacalnych dowodów przeciwko niemu. Z perspektywy czasu, kiedy wiemy, że Andała miał rację, lekceważące podejście mundurowych szokuje i uderza z większą siłą. Wygląda bowiem na to, że gdyby Polonia mieszkająca w Niemczech nie zrzuciła się na prywatnego detektywa, być może nigdy nie poznalibyśmy prawdy o tym, że Dorota Gałuszka-Granieczny wcale nie zaginęła, a została zamordowana. Mama pani Doroty twierdzi, że od początku podejrzewała Manfreda, ale żeby utrzymać kontakt z wnukiem, udawała przed nim, że mu wierzy. Spotykali się, on klęczał przed nią na kolanach i zarzekał się, że nic jej nie zrobił. – Robił to dwa dni po morderstwie Dorotki. Jakim on jest człowiekiem? – zastanawiała się pani Barbara.
Zobacz galerię zdjęć. Dalsza część materiału znajduje się pod nią.
Osoby zaangażowane w poszukiwania na własną rękę próbowały odnaleźć kobietę. Szukali wszędzie, chodzili po lasach i żwirowniach, ale nic nie udało im się ustalić. Z analizy śledczych wynika, że Manfred mógł wszystkich wodzić za nos i regularnie przenosić zwłoki żony w różne miejsca. W niemieckim Süsterseel, w gminie Selfkant, gdzie mieszkali, doskonale znał okolicę. Nie powstrzymało go nawet to, że pozbawił siedmioletniego syna matki. Konrad cały czas czekał na powrót mamy. Własny ojciec musiał go latami okłamywać. Według detektywa, karmił go oszczerstwami na temat pani Doroty, mówiąc chłopcu, że mama poszła sobie i celowo go zostawiła.
"Jak ja cię nie będę miał, to nie będzie miał nikt". Dorota chciała odejść od Manfreda
Z czasem, na podstawie nagrań z kamer monitoringu, poszlak i różnych dowodów, Arkadiusz Andała skonstruował własną wersję wydarzeń. W jego ocenie Manfred G. zamordował żonę podczas kłótni w domu w Süsterseel, a później wywiózł ciało w workach, jeszcze tego samego wieczoru, w samochodzie, który nagrały kamery, i dlatego podczas przeszukania lokum policja niczego nie znalazła. Po latach, gdy niemiecka policja wreszcie zaczęła słuchać, ta opinia znalazła potwierdzenie w faktach. Śledczy ustalili, że Manfred udusił żonę, kiedy ta powiedziała mu, że chce od niego odejść, a jej rozczłonkowane ciało zapakował do worka budowlanego, który nie przepuszczał zapachów. Co najmniej kilka razy zmieniał jego lokalizację, by zmylić wszystkich zaangażowanych w poszukiwania kobiety. Syna małżeństwa nie było w chwili zbrodni w domu, miał wrócić dopiero następnego dnia. Manfred wpadł tak naprawdę przez własną głupotę. Przeprowadził się bowiem do nowego domu w pobliskiej miejscowości, ale nie sprzedał starego. Funkcjonariusze dokopali się do jego historii finansowej, która wskazywała, że mężczyzna boryka się z długami. Dlaczego więc opłacał dwie nieruchomości, mimo że w starej już nie przebywa? To zwróciło uwagę policjantów. W sierpniu 2023 roku, po siedmiu latach poszukiwań, z zaskoczenia znów przeprowadzono przeszukanie posesji, czego Manfred się nie spodziewał. Nie zdążył przenieść zwłok. Odnaleziono wór, a w nim ludzkie szczątki. Badania DNA potwierdziły, że ciało należy do zaginionej kobiety. Manfred G. został natychmiast aresztowany.
Czytaj także: Bestia z Torunia nie szczędziła nawet dzieci. Andrzej G. wpychał ofiarom przedmioty w miejsca intymne
W toku postępowania okazało się, że Dorota rzeczywiście chciała odejść od męża. Planowała też zabrać ze sobą syna. To, zdaniem matki ofiary, mogło być motywem zbrodni. – Powiedział jej kiedyś: jak ja cię nie będę miał, to nie będzie miał nikt – wspominała pani Barbara. Zdaniem Arkadiusza Andały, rodzina niepotrzebnie tak długo musiała czekać na sprawiedliwość. Manfreda można było bowiem aresztować znacznie wcześniej. – Gdyby w 2016 roku niemiecki wymiar sprawiedliwości, nie dysponując żadnym materiałem dowodowym, nie postawił mu zarzutu morderstwa, a jedynie przesłuchał na razie w charakterze świadka i wypuścił na wolność, to prawdopodobnie Manfred G. popełniłby wiele błędów i sprawa nie musiałaby trwać ponad siedem lat, tylko dwa tygodnie – wskazywał prywatny detektyw. Funkcjonariusze się jednak pośpieszyli, zarzuty zostały bez dowodów odrzucone, a ponowny areszt musiałby mieć solidniejsze podstawy, których przez lata nie zbudowano. Szczęście w nieszczęściu, że mundurowi objęli mężczyznę tak zwaną tajną obserwacją. Grupa śledczych wtapiała się w jego środowisko przez półtora roku, niektórym udało się zbliżyć do podejrzanego na tyle, by udawać jego nowych przyjaciół. Jednemu z nich miał oferować pomoc w załatwieniu sprawy z problematyczną dziewczyną, innemu przyznał się, że zabił żonę. Każde z tych wyznań zostało nagrane. Gdyby nie to, być może brutalna zbrodnia uszłaby mu sucho. - Teraz przynajmniej już wiem, że nigdy nie zobaczę jej żywej – mówiła pani Barbara przed kamerami TVN-u. – Nigdy jej nie przytulę, ani ona się nie przytuli, ani nie usłyszę jej śmiechu – załamała głos. Wszystko w jednej chwili do niej wróciło.
Ostateczny wyrok sądu. Bez litości dla sprawcy morderstwa
Manfred trafił przed sąd, a 14-letni już Konrad do rodziny zastępczej. Nastolatek był świadomy tego, co się dzieje. Rodzina wspominała, że bardzo przeżył całą tę sytuację: to był dla niego ogromny stres, a poznanie prawdy, kiedy ojciec latami kłamał, że matka go zostawiła, gdy tak naprawdę ją zabił, tylko umocniło ból. Tym bardziej, że w międzyczasie Manfred znalazł sobie nową partnerkę. Chodził do pracy, wychowywał syna, układał sobie życie na nowo. Od czasu do czasu schodząc do komórki i przestawiając wór ze zwłokami poprzedniej ukochanej. Przerażające.
Dorota Gałuszka-Granieczny finalnie została pochowana w rodzinnym Radlinie na Górnym Śląsku, w Polsce. Z kolei Manfred G. usłyszał sądowy wyrok dokładnie 14 marca 2025 roku. Nie uwzględniono żadnych okoliczności łagodzących, o które wnioskowała jego obrona, i wymierzono najsurowszy wymiar kary: dożywotnie więzienie.