Manfred twierdził, że żona wyszła po kłótni i nie wróciła
Od tej zbrodni minie niedługo dziesięć lat. Historia rodem z najczarniejszego kryminału wydarzyła się w spokojnym niemieckim miasteczku. W zaciszu rodzinnego domu. Dorota Gałuszka zaginęła w nocy 18 października 2016 r. w Selfkant w Nadrenii-Westfalii, gdzie mieszkała z mężem Manfredem. W ich małżeństwie nie układało się dobrze. Dorota poznała innego mężczyznę, do którego planowała się wyprowadzić wraz z synem. Manfred podejrzewał zdradę żony, dlatego umieścił w jej torebce nadajnik GPS, który kobieta znalazła.
W dzień zabójstwa, jak twierdził Manfred, Dorota miała wyjść z domu po kłótni i już nie wrócić. Rodzina kobiety od razu zauważyła, że coś się nie zgadza w historii, którą przedstawił jej mąż. 29-latka zostawiła bowiem w domu okulary, bez których się nigdzie nie ruszała, torebkę, a przede wszystkim nie zabrała swojego ukochanego syna, 7-letniego wówczas Konrada, który dopiero następnego dnia miał wrócić z obozu.
Czytaj więcej o sprawie: Mąż zgłosił zaginięcie Doroty, a synowi wmawiał, że mama ich zostawiła
Poszukiwania i działania policji
Policja zadziałała dość przewidywalnie. Zatrzymała wtedy Manfreda i przeszukała dom, ale nie znaleziono nic i mężczyzna został zwolniony. Co prawda śledczy niemieccy założyli, że to mąż zrobił jej krzywdę, ale nie byli w stanie zdobyć na jego winę dowodów. A kobiety szukało wielu ludzi. Rodzina, przyjaciele, ale też zorganizowana przez Joannę Ballę lokalna społeczność, która była zszokowana tym faktem. Pani Joanna przed zaginięciem nigdy nie spotkała Doroty.
- Mogę dziś powiedzieć, że Dorotę poznałam już po zaginięciu - rozmawiałam z ludźmi którzy ją znali, chodziłam tam, gdzie ona lubiła bywać, poznałam jej syna i męża oraz całą rodzinę - opowiada kobieta. Z Manfredem rozmawiała wiele razy. Wspomina, że jego wersja zdarzeń była bardzo precyzyjnie przemyślana. - Miał tamten dzień wyuczony na pamięć. Zawsze mówił to samo, nigdy się nie pomylił ani zająknął. Proponował, że da pieniądze na detektywa - opowiada pani Joanna.
Feralnego dnia Manfred bez wiedzy Doroty zajrzał do jej telefonu i odkrył, że wysłała swoje roznegliżowane zdjęcia nowej sympatii. - O to była kłótnia. On twierdził, że się zdenerwował i kazał jej wypier... Ona miała powiedzieć „jestem duża dziewczynka, poradzę sobie" i opuścić mieszkanie. A ponieważ on miał gorączkę, to zaraz po jej wyjściu zasnął i nie wychodził już z domu - relacjonuje kobieta.
Zbrodnia wyszła na jaw. Manfred zabił Dorotę i przenosił zwłoki
Pomóc w poszukiwaniach postanowił detektyw Arkadiusz Andała z Chorzowa. Przyłapał Manfreda G. na matactwie. - Udało nam się wejść w posiadanie nagrania z monitoringu, na którym widać, że samochód Manfreda G. wyjeżdżał z posesji w dniu zaginięcia kobiety już po godz. 23, po której miał on nie opuszczać domu - wspomina detektyw Andała. Zdaniem detektywa do morderstwa doszło w domu w Selfkant. Potem zabójca wywiózł ciało. - Myślę, że tego samego wieczora, prawdopodobnie było w samochodzie, który nagrały kamery monitoringu. To dlatego podczas przeszukania policja niczego nie znalazła - przekonuje Andała.
Niemcy także podejrzewali, że Dorota nie opuściła domu żywa. Śledczy ustalili, że Manfred udusił żonę, a jej ciało zostało spakowane do worka budowlanego, który nie przepuszczał zapachów. Potem przenosił je być może kilka razy.
Gdy Manfred przeprowadził się do nowego domu w pobliskim Geilenkirchen-Gillrath, nie sprzedał starego. Mimo dużych trudności finansowych wciąż opłacał dwie nieruchomości i to zwróciło uwagę niemieckich śledczych. W sierpniu 2024 r. policja na posesji w Geilenkirchen-Gillrath przeprowadziła przeszukanie. Odnaleziono wór, w którym były szczątki ludzkie.
Badania potwierdziły, że to zwłoki Doroty. Manfredowi G. postawiono zarzut zabójstwa. 14 marca 2025 r. usłyszał wyrok dożywotniego więzienia. Dorota została pochowana w rodzinnym Radlinie na Górnym Śląsku.