Udusił żonę Polkę i przez osiem lat ukrywał jej zwłoki. Wszyscy szukali Doroty

2026-02-28 4:15

Długo wodził śledczych za nos. W tym czasie musiał przenosić zwłoki swojej żony Doroty w różne miejsca. Szukali jej bliscy, przyjaciele, niemiecka Polonia i prywatny detektyw. Prawdę odkryto dopiero po latach. Kobieta została pochowana w rodzinnym Radlinie na Górnym Śląsku.

  • Dorota zaginęła w nocy 18 października 2016 r. w niemieckim Selfkant w Nadrenii-Westfali. Okazało się, że doszło do strasznej zbrodni, w którą jest zamieszany mąż kobiety.
  • Jak twierdził Manfred, Dorota miała wyjść z domu po kłótni i już nie wrócić. Rodzina kobiety od razu zauważyła, że coś się nie zgadza w historii, którą przedstawił jej mąż.
  • W sierpniu 2024 r. policja na posesji w Geilenkirchen-Gillrath przeprowadziła przeszukanie. Odnaleziono wór, w którym były szczątki ludzkie. Badania potwierdziły, że to zwłoki Doroty.

Kryzys w małżeństwie Niemca z Polką. Umieścił jej GPS w torebce

Dorota mieszkała we wspominanym wyżej rejonie Niemiec z mężem, Manfredem G. W ich małżeństwie nie układało się dobrze od jakiegoś czasu. Dorota poznała innego mężczyznę, do którego planowała się wyprowadzić wraz z synem. Manfred podejrzewał zdradę żony, dlatego umieścił w jej torebce nadajnik GPS, który kobieta znalazła.

Kiedy Manfred przedstawił wersję z zaginięciem, rodzina od razu podejrzewała, że kłamie. Kobieta zostawiła bowiem w domu okulary, bez których się nigdzie nie ruszała, torebkę, a przede wszystkim swojego ukochanego synka, siedmioletniego Konrada, który dopiero następnego dnia miał wrócić z obozu. Policja zatrzymała Manfreda i przeszukała dom, ale nie znaleziono nic i mężczyzna został wypuszczony na wolność.

Mobilizacja i długie poszukiwania. "Miał tamten dzień wyuczony na pamięć"

Los Doroty wstrząsnął tamtejszą społecznością. W poszukiwani najbardziej zaangażowała się Joanna Balla (49 l.), choć zaginionej wcześniej nie znała. - Szukałam jej, bo zawsze myślę, że gdyby takie coś mnie spotkało, też chciałabym żeby mnie szukano. Postanowiłam sobie też, że muszę odnaleźć mamę tego chłopca - mówiła "Super Expressowi" pani Joanna. - Mogę dziś powiedzieć, że Dorotę poznałam już po zaginięciu - rozmawiałam z ludźmi którzy ją znali, chodziłam tam, gdzie ona lubiła bywać, poznałam jej syna i męża oraz całą rodzinę - dodawała kobieta w rozmowie z reporterem "SE".

Z Manfredem rozmawiała wiele razy. Wspomina, że jego wersja zdarzeń była bardzo precyzyjnie przemyślana. - Miał tamten dzień wyuczony na pamięć. Zawsze mówił to samo, nigdy się nie pomylił, nawet nie zająknął. Jeszcze kilka miesięcy temu proponował, że da pieniądze na detektywa - opowiada pani Joanna.

Feralnego dnia Manfred bez wiedzy Doroty zajrzał do jej telefonu i odkrył, że wysłała swoje roznegliżowane zdjęcia do nowej sympatii. - O to była kłótnia. On twierdził, że się zdenerwował i kazał jej wypier... Ona miała powiedzieć "jestem duża dziewczynka, poradzę sobie" i opuścić mieszkanie. A ponieważ on miał gorączkę, to zaraz po jej wyjściu zasnął i nie wychodził już z domu - relacjonuje Joanna, która postanowiła zwrócić się o pomoc do detektywa.

Detektyw z Chorzowa pomógł dokonać przełomu

Arkadiusz Andała z Chorzowa szybko przyłapał Manfreda G. na matactwie. - Udało nam się wejść w posiadanie nagrania z monitoringu, na którym widać, że samochód Manfreda G. wyjeżdżał z posesji w dniu zaginięcia kobiety już po godzinie 23, po której miał on nie opuszczać domu - ustalił detektyw Andała. Podzielił się swymi ustaleniami z policją, ale ta uznała, że to zbyt mało, by ponownie zatrzymać męża Doroty i spróbować go oskarżyć. Przecież jej ciała wciąż nie udało się znaleźć.

- Teraz wszyscy mówią, że od razu podejrzewali Manfreda, ale wtedy była to jedna z wersji. Ja zakładałem, że mógł udusić kobietę, a ciało ukrył. Dziś wiadomo, że miałem rację. A informacji zaginionej Dorocie otrzymywaliśmy mnóstwo. Że została sprzedana do burdelu, że widziano ją tam, a tam, wreszcie, że uciekła od Manfreda do kochanka. To było też ochoczo powtarzane przez samego Manfreda G. On wmawiał to synkowi. "Mama cię zostawiła i poszła sobie" - opowiadał detektyw.

Zdaniem Andały do morderstwa doszło w domu w Selfkant, potem zabójca wywiózł ciało. - Myślę, że wywiózł je tego samego wieczora, prawdopodobnie było w samochodzie, który nagrały kamery monitoringu. To dlatego podczas przeszukania policja niczego nie znalazła - przekonywał detektyw.

Ta opinia pokrywa się z ustaleniami niemieckich śledczych, którzy także od samego początku podejrzewali, że Dorota nie opuściła domu żywa. Niemieccy śledczy ustalili, że Manfred udusił żonę, a jej ciało zostało spakowane do worka budowlanego, który nie przepuszczał zapachów. Potem przenosił je być może kilka razy.

Zwłoki Doroty odnaleźli po 8 latach. Pochowali ją na Górnym Śląsku

Gdy Manfred przeprowadził się do nowego domu w pobliskim Geilenkirchen-Gillrath, nie sprzedał starego. Mimo dużych trudności finansowych wciąż opłacał dwie nieruchomości i to zwróciło uwagę niemieckich śledczych. W sierpniu 2024 r. policja na posesji w Geilenkirchen-Gillrath przeprowadziła przeszukanie. Odnaleziono wór, w którym były szczątki ludzkie. Badania potwierdziły, że to zwłoki Doroty. - Niemiecka policja wiedziała, że mąż zaginionej ma kłopoty finansowe. Dlaczego zatem ponosił wydatki za dwa mieszkania? Myślę, że objęli go dyskretną obserwacją - stwierdził Andała.

Manfred G. został aresztowany. Postawiono mu zarzut zabójstwa. 14 marca 2025 r. usłyszał wyrok dożywotniego więzienia, może poprosić o przedterminowe zwolnienie po odbyciu 15 lat z tej lat kary. Dorota została pochowana w rodzinnym Radlinie na Górnym Śląsku.

Pokój zbrodni - zrzucili Grzegorza z mostu

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki