Autorzy, łącząc rzetelną analizę wojskową z poruszającymi relacjami świadków, pokazują, że rzeczywistość bywała znacznie bardziej złożona i przez to jeszcze bardziej bolesna, niż oficjalne narracje. Zapraszamy do lektury fragmentu opisującego krwawe kulisy tragedii na Starym Mieście, która zburzyła chwilę powstańczej euforii.
Podczas walk w Warszawie Niemcy używali dwóch rodzajów min samobieżnych. Pierwsza to lekka bezzałogowa konstrukcja nazywana Goliatem (Leichter Ladungsträger Sd. Kfz. 302, 303, Goliath) zawierająca około stu kilogramów materiału wybuchowego. Pojazd był używany do niszczenia barykad, sterowano nim za pomocą kabla telefonicznego i w ten sam sposób detonowano. To właśnie w trakcie unieszkodliwiania Goliata ciężko ranny został podchorąży „Korab” w filmie Kanał Andrzeja Wajdy.
Drugim samobieżnym nosicielem min był Schwerer La dungsträger Borgward B IV (Sd. Kfz. 301). W odróżnieniu od Goliata nie ulegał zniszczeniu podczas detonacji, a kierował nim operator z wnętrza kabiny. Nosiciel był wyposażony w minę, którą transportował pod barykadę, następnie wycofywał się, a wybuch inicjowano zdalnie. Po dostarczeniu ładunku z reguły uruchamiano zapalnik czasowy – eksplozja następowała kilka lub kilkanaście minut później. Był to wystarczający czas na wycofanie sprzętu z zasięgu rażenia miny zawierającej prawie pół tony materiału wybuchowego.
Właśnie taki Borgward stał się przyczyną tragedii na ulicy Kilińskiego, do której doszło 13 sierpnia 1944 roku. Chociaż eksplozja była zupełnie przypadkowa i wynikała wyłącznie z lekkomyślności, to jednak do dzisiaj funkcjonuje w obiegowej opinii jako wybuch czołgu pułapki. W latach pięćdziesiątych na ulicy Kilińskiego umieszczono kamień z tablicą pamiątkową, która informowała, że jest to "miejsce uświęcone krwią 500 powstańców i mieszkańców Starówki poległych 13.08.1944 od eksplozji czołgu z podstępnie założonym przez wroga materiałem wybuchowym".
W latach siedemdziesiątych pojawił się drugi kamień z kolejną tablicą – tym razem napis głosił: "Pamięci żołnierzy Powstania Warszawskiego i osób cywilnych poległych w tym miejscu 13 sierpnia 1944 r. od wybuchu czołgu niemieckiego". Na monumencie znajduje się fragment gąsienicy – być może rzeczywiście pochodzący z pojazdu, który doprowadził do masakry.
Tymczasem wypadki, które spowodowały rzeź na Kilińskiego, przebiegały zupełnie inaczej, niż przedstawiano – akurat tutaj Niemcy nie zastosowali żadnego podstępu. W drugiej dekadzie sierpnia hitlerowcy uznali Starówkę za cel numer jeden, gdyż powstańcza enklawa zagrażała komunikacji przez Wisłę. Rzucili tu niemal wszystkie dostępne środki, a walkę prowadzili z prawdziwie niemiecką pedanterią. "Teraz już systematycznie sztukasy bombardują rejon Rynku od 8.00 do 20.00 – wspominała Wiesława Gliszczyńska »Sławka« – co kwadrans, cztery razy na godzinę. Lecą trzy samoloty i zniżają się nad domem, spuszczają trzy bomby i odlatują. Już wiadomo, który dom będzie bombardowany, niszczą po kolei".
Niemiecki ordnung miał jednak czasami swoje dobre strony – hitlerowcy, kierując natarcie na główne ulice, na innych odcinkach zadowalali się tylko demonstracją zbrojną. Prowadzili ją według stałego grafiku, który powstańcy bez problemu rozszyfrowali. I tak na róg Placu Zamkowego i ulicy Świętojańskiej codziennie około godziny szesnastej przyjeżdżały "jakieś czołgi, które z niemiecką systematycznością" ostrzeliwały barykadę przez pół godziny. Dzięki temu Polacy odnieśli jeden z powstańczych sukcesów: zdobyli hitlerowski transporter gąsienicowy. Wykorzystując "niemiecki rozkład jazdy", zorganizowali skuteczną zasadzkę, a opanowany pojazd "ustawiono na Dziekanii, pod dzwonnicą Katedry św. Jana, wzmacniając tam barykadę". W polskich rękach pozostał do ewakuacji stanowiska.
Niestety, zdobycie samochodu pancernego miało również swoje złe strony, bowiem rozzuchwaleni powstańcy zapominali o zwykłej ostrożności. Między barykadami krążyły legendy o czołgach zdobytych przez batalion "Parasol" na Woli, zatem obrońcy Starego Miasta marzyli o podobnym wyczynie.
"Pogoda była piękna, słoneczna – wspominał porucznik Zbigniew Blichewicz »Szczerba«. – Stałem i z rozkoszą wdychałem rozgrzane sierpniowe powietrze. Ulice znów się zaludniły. Artyleria milczała. Balkon wychodził na Podwale. Gdy tak stałem, paląc papierosa, od strony Placu Zamkowego ukazał się nieduży czołg wielkości mniej więcej naszych przedwojennych tankietek TKS. Wewnątrz siedziała nasza załoga, a okrążało go kilkadziesiąt cywilnych osób, wiwatując rozradowanymi głosami. (…) Czołg był teraz niemal pod moim balkonem i skręcił w Wąski Dunaj, kierując się w stronę Rynku".
Tego ranka barykadę na Podwalu zaatakowały dwa niemieckie czołgi, a chwilę później nadjechała niewielka tankietka. Obrzucona butelkami z benzyną stanęła w ogniu, a jej operator zbiegł. Powstańcy ugasili pożar i stwierdzili, że w środku nie ma nikogo. Dowodzący na tym odcinku kapitan Ludwik Gawrych zakazał swoim podwładnym zbliżania się do zdobyczy. Zarządził również sprawdzenie tankietki przez specjalistę – niestety, wyznaczony pirotechnik pracował w wytwórni granatów i mógł obejrzeć Borgwarda dopiero wieczorem.
Tymczasem w pobliżu czołgu pojawiła się inna grupa powstańców, którzy zarekwirowali pojazd. Tankietka ruszyła ulicami Starego Miasta, budząc powszechny entuzjazm.
Niczego nie podejrzewał również Blichewicz. "Jakoś nie zastanowiłem się, dlaczego szkopy opuścili czołg. Nawet mruknąłem jakąś uwagę, że dobrze, że się po trochu dozbrajamy. Nie chciało mi się schodzić z balkonu. Pozostałem jeszcze jakiś kwadrans i znowu zobaczyłem ów czołg, tym razem z drugiej strony balkonu. Na tle szarego budynku Ministerstwa Sprawiedliwości otaczał go już duży tłum. Radość była nieopisana".
Tankietka jeździła po ulicach Starówki niemal przez cały dzień (!) i około godziny osiemnastej pokonała nie wielką barykadę u zbiegu ulic Podwale i Kilińskiego. Pojazd otaczały tłumy, a szczególne zainteresowanie okazywały dzieci, które z tego powodu opuściły piwniczne schronienia.
Niestety, nikt nie rozpoznał zdobyczy. Inna sprawa, że powstańcy ze Starego Miasta zetknęli się z takim pojazdem po raz pierwszy. Był to bowiem Borgward B IV, samobieżny stawiacz min używany do niszczenia barykad. Brak tej wiedzy doprowadził do tragedii.
Do pojazdu usiłował się jeszcze dostać pirotechnik Witold Piasecki "Wiktor", który właśnie zakończył pracę. Nie zdążył. Gdy był już blisko tankietki, dostrzegł, jak z jej przodu zsuwa się metalowa skrzynia.
"Czułem, że zaraz stanie się coś złego – wspominał po latach. – Przyspieszyłem kroku, wszedłem do bramy naszej kwatery przy Kilińskiego 3 i wtedy uderzyła mnie fala powietrza. Mój krok zmienił się w skok, upadłem w ogródku na podwórzu. W bramie szalało morze ognia. W bramie był skład butelek zapalających. Leżały też granaty przyniesione przez nas z wytwórni. Kijami i bosakami wyciągaliśmy całe jeszcze butelki i granaty ze strefy ognia. Złapałem kogoś z zegarkiem. Była 18.07".
Hitlerowcy mają na sumieniu potworne bestialstwa, ale wbrew obiegowym opiniom nie wywołali tej eksplozji za pomocą radia. Zresztą tankietka nie była pułapką wypełnioną materiałami wybuchowymi – została po prostu porzucona. Podczas rajdu ulicami Starówki któryś z powstańców przypadkowo zwolnił dźwignię, co uruchomiło zapalnik czasowy.
Skutki eksplozji okazały się straszliwe. Zginęło około trzystu osób (w tym wiele dzieci), była ogromna liczba rannych, a tragedię spotęgował jeszcze wybuch magazynu granatów i butelek z benzyną. Podmuch wyrywał okna, drzwi i balkony.
"Niesamowity huk, zaczęły walić się domy – opowiadała sanitariuszka Barbara Korpal. – Na szczęście nam nic się nie stało. Otrzepujemy się z kurzu, biegniemy na piętro, bierzemy torby sanitarne i wybiegamy na ulicę Kilińskiego, a tu istna jatka. Ciała ludzkie porozrywane wiszą na parapetach, walają się po jezdni, dziesiątki ludzi wije się z bólu i umiera. Nie wiadomo, kogo ratować. Ranni, poparzeni, oślepieni – wloką się w różne strony, słychać już nie płacz, lecz potężny ryk. Mężczyzna zupełnie bez ubrania, wygląda jakby ktoś umyślnie skórę z niego ściągnął, tak poparzony. Twarzy właściwie nie ma, wszystko zwęglone. Istota ta jest jeszcze żywa, na czworakach gdzieś jeszcze się chowa i wyje".
Masakrę przeżył jeden z jej bezpośrednich sprawców – powstaniec, który prowadził tankietkę po ulicach Starego Miasta. Nie znamy jego personaliów, to zresztą bez znaczenia. Przeżył piekło, gdy zorientował się, do czego przyłożył rękę.
"Wracałyśmy stamtąd nieprzytomne od odoru krwi i od wrażeń – wspominała łączniczka Barbara Bobrownicka.
– W pewnym momencie widzimy: idzie chłopak po ulicy i śpiewa – upił się.
– Takie nieszczęście – mówię – a ty poszedłeś się upić.
– Bo ja jechałem na tym czołgu i poszedłem na chwilę na kawę.
Takie było jego przeznaczenie: tylko on wyszedł z tego czołgu, a jego koledzy zginęli".
Pretensje do siebie miał również porucznik Blichewicz. Dowodził batalionem, jego oddział mógł obsadzić tankietkę i poczekać do czasu oględzin przez pirotechnika. Nie mógł sobie tego wybaczyć.
Niemcy, ewakuując Warszawę w styczniu 1945 roku, po rzucili kilkadziesiąt Borgwardów, z których część nadal była wyposażona w miny. Pod koniec sierpnia 1947 roku na ulicy Stawki doszło do kolejnej tragedii, gdy robotnicy z palnika mi przystąpili do cięcia pojazdu na złom. Tym razem rany odniosło trzydzieści osób, a lej po wybuchu miał dwanaście metrów średnicy.
W książce "Powstanie Warszawskie. Między faktami a legendą" Sławomir Koper i Tymoteusz Pawłowski stawiają sobie za cel obiektywną analizę wydarzeń z 1944 roku, konfrontując utrwalone w świadomości społecznej mity z faktami historycznymi.
Autorzy szczegółowo opisują polityczne i militarne uwarunkowania zrywu, w tym brak wsparcia ze strony sojuszników oraz wpływ komunistycznej propagandy na powojenne postrzeganie walk. Tekst analizuje również szerszy kontekst II wojny światowej, rozważając alternatywne scenariusze zakończenia konfliktu oraz skutki alianckiej doktryny bezwarunkowej kapitulacji Niemiec. Całość materiału, wzbogacona o mapy podziału operacyjnego miasta, stanowi uroczysty hołd dla uczestników Powstania i próbę zrozumienia ich tragicznego losu.