To nie jest klasyczny reportaż. Żonglujesz sposobami narracji. Długimi fragmentami przypomina powieść, a innymi dziennikarską analizę czy wywód historyczny. Nie bałeś się aż tak eksperymentować?
Jarosław Kocemba: Nie skupiałem się nad tym, czy będzie mi trudno. Szukałem takiego sposobu opowiedzenia tej historii, dzięki któremu będę mógł jak najlepiej wyeksploatować jej mocne elementy. Mówisz, że książka niekiedy przypomina powieść. To dlatego, że chciałem wykorzystać fakt, iż to, co przeżył Mariusz, jest przepełnione zwrotami akcji i napięciem. Powieściowy sposób prowadzenia narracji z rozbudowanymi dialogami i mocno zarysowanymi postaciami pozwolił mi to oddać.
W książce roi się od śmierci, głodu, zabójstw - wszystkiego tego, co Majewski widział w więzieniu. Jak pyta się o takie rzeczy?
To nigdy nie było proste, chociaż z czasem do tego przywykłem. Na początku robiłem długie wstępy, niemal tłumacząc się z tego, że chcę poruszyć temat jakiegoś zabójstwa. Ale później brzmiałem wręcz przerażająco, gdy mówiłem ze spokojem w głosie coś w stylu: „słuchaj, chciałem jeszcze dopytać o te zwłoki, które widziałeś na bloku”.
Ale mimo wszystko emocje czasami brały górę?
Tak, chociaż nie tak często, jak mogłoby się w pierwszej chwili wydawać. Może kilka razy Mariusz nie był w stanie dalej mówić, bo łamał mu się głos.
Jak wtedy reagowałeś?
Prawdę mówiąc, zwykle zdobywałem się tylko na jakiś straszny banał, w stylu: „Zrobimy przerwę, jeśli chcesz”. Tak czy inaczej Mariusz zupełnie się przede mną otworzył. Opowiadał mi o niewyobrażalnym cierpieniu, a ja słuchałem, próbując zachować profesjonalizm. Nawet kiedy najchętniej odpuściłbym już trudną rozmowę, dopytywałem.
Zdarzyło się kiedyś, że się pokłóciliście?
Aż tak to nie, ale bywało, że mieliśmy siebie dosyć. Przy takich emocjach i nakładzie pracy chyba nie mogłoby być inaczej.
Trudne emocje towarzyszyły ci też przy samym pisaniu o tych wszystkich potwornościach?
W tym przypadku było odwrotnie niż w rozmowach z Mariuszem. Na początku miałem wrażenie, że w żaden sposób na mnie to nie wpływa, ale później, może po kilku miesiącach, pisanie o piekle też się na mnie odbiło. Nie dało się od niego zupełnie uciec.
Jarosław Kocemba. Łodzianin, rocznik 1994. Dziennikarz Wirtualnej Polski, piszący głównie o zagadnieniach polityki polskiej i międzynarodowej. Chętnie jednak sięga też po ludzkie historie, w których fascynuje go złożoność natury człowieka. W niezwykłych przeżyciach Mariusza Majewskiego dostrzegł pole do dalszej eksploracji, dlatego postanowił je opisać. Uwielbia podróżować, choć nie w tak ekstremalny sposób, o jakim traktuje poniższa książka. Kocha psy, góry i filmy Martina Scorsese.
Mariusz Majewski. Podróżnik, przedsiębiorca oraz ojciec czwórki dzieci. Jako najmłodszy Polak odwiedził wszystkie kraje świata, docierając do miejsc trudno dostępnych i pomijanych przez turystów. Ustanowił rekord Guinnessa dotyczący najdłuższej doby w życiu człowieka (49 godzin) – to osiągnięcie, którego zgodnie z obowiązującymi zasadami nie można pobić.
Książka „Kongijskie piekło. Polak w afrykańskim więzieniu” autorstwa Jarosława Kocemby i Mariusza Majewskiego ukazała się 22 kwietnia nakładem Wydawnictwa Harde.
Wyprawa polskiego podróżnika Mariusza Majewskiego do Demokratycznej Republiki Konga nagle zmieniła się w koszmar. Zatrzymany bez powodu przez kongijskich żołnierzy został aresztowany, a następnie trafił do więzienia Makala, jednego z najcięższych zakładów penitencjarnych w całej Afryce.
Brak wody, głód, choroby, bezprawie, brutalna przemoc i śmierć były tam codziennością. Bezpodstawnie oskarżony o szpiegostwo i sabotaż oczekiwał na wyrok, którym mogła być kara śmierci. Uwolniony dzięki zabiegom dyplomatycznym i nagłośnieniu sprawy przez media wrócił do kraju, ale więzienne przeżycia okazały się tak ciężkie, że dopiero półtora roku później był w stanie się nimi podzielić. Swoją historię opowiedział dziennikarzowi Jarosławowi Kocembie, co pozwoliło odtworzyć zapis tamtych dramatycznych wydarzeń.