- Po kilku lekkich, zabawnych wiadomościach Paweł umawia się z Martyną na randkę
- W restauracji Martyna szybko schodzi na znaki zodiaku, ascendent i kosmogram w aplikacji
- Gdy Paweł nie pamięta godziny urodzenia, Martyna nalega i dzwoni do jego matki
- Nad tiramisu telefon z kolorowym wykresem zaczyna zastępować normalną rozmowę
- Paweł zauważa notatkę z byłymi Martyny, opisanymi znakami, i wychodzi, płacąc tylko za kawę
„Wszedłem do restauracji jak człowiek, a wyszedłem jak z wykresu”
Mam trzydzieści pięć lat i od dawna robię jako operator dźwięku na eventach. W praktyce albo rozstawiam mikrofony o szóstej rano, albo zwijam kable o drugiej w nocy. I wtedy wyglądam jak własny cień. Randki w tygodniu to dla mnie luksus, ale Martyna pisała tak, że aż chciało się odpisać od razu.
Poznaliśmy się w aplikacji i od razu rozmowa poszła lekko. Śmiała się z moich historii o prowadzących, którzy mówią do wyłączonych mikrofonów, i sama miała niezły dystans. Umówiliśmy się na małą restaurację w centrum, taką z dwoma stolikami pod ścianą i kelnerem, który zapamiętuje zamówienia bez notesu.
Byłem chwilę wcześniej, bo nie znoszę się spóźniać, i usiadłem przy oknie. Martyna przyszła punktualnie, w beżowym płaszczu, z włosami spiętymi klamrą. Uśmiechnęła się, usiadła i od razu położyła telefon ekranem do góry, jakby miał siedzieć z nami przy stoliku.
„Najpierw zapytała o znak, potem o miejsce urodzenia. Myślałem, że sobie żartuje”
Zamówiliśmy wino. Ja wziąłem coś prostego, ona poprosiła o kieliszek białego i wodę. Przez pierwsze pięć minut było normalnie. Opowiadała o pracy w marketingu, a ja o tym, że jutro znów mam robotę przy scenie, tylko mniejszą i bez dymu.
W pewnym momencie Martyna przechyliła głowę i zapytała: „A ty jesteś z którego znaku?”. Powiedziałem, że Byk, bo to akurat pamiętam bez zastanawiania. Uśmiechnęła się, ale tak, jakby to nie był uśmiech, tylko zaznaczenie czegoś w głowie.
„Okej, Byk, to lubię” powiedziała i już sięgała po telefon. Zanim zdążyłem rzucić żart, dopytała: „A gdzie się urodziłeś?”. Wymieniłem miasto, a ona skinęła, jakby właśnie dopięła ważny szczegół w układance.
Jasne, słyszałem o ludziach, którzy czytają horoskopy. Mnie to zawsze bawiło, bo na eventach i tak jest dość „magii” w sprzęcie, żeby jeszcze dokładać do tego kosmos. Ale Martyna mówiła spokojnie, bez fanatyzmu, więc jeszcze nie miałem powodu się spinać.
„Godzina urodzenia? Tu zapaliła mi się lampka, ale było już za późno”
Kiedy kelner przyniósł przystawkę, Martyna już miała odpaloną jakąś aplikację z kolorowymi kółkami. Na ekranie wyglądało to jak tęczowa tarcza zegara. Spojrzała na mnie spod rzęs i zapytała bardzo rzeczowo: „O której się urodziłeś?”
Wzruszyłem ramionami. „Nie mam pojęcia. Rano? Wiem, że nie w nocy, ale dokładnie nie pamiętam.” Zaśmiałem się, bo to brzmiało komicznie, a ona ani drgnęła.
„To zadzwoń do mamy” rzuciła, jakby chodziło o podanie soli. Pomyślałem, że żartuje, więc odpowiedziałem: „Daj spokój, nie będę teraz dzwonił do mamy w środku randki”. Martyna pochyliła się i powiedziała ciszej: „Bez godziny nie policzę ascendentu. To ma znaczenie.”
Telefon leżał obok jej talerza i świecił ekranem, a ja poczułem się, jakbym przyszedł nieprzygotowany na kartkówkę. Ona patrzyła na mnie wyczekująco, kelner przechodził obok z tacą, a ja nagle miałem w głowie obraz mojej mamy w kuchni, która odbiera połączenie i pyta, czy coś się stało.
„Zadzwoniłem do mamy, a ja siedziałem jak uczeń w gabinecie”
Nie wiem, czemu to zrobiłem. Chyba ta głupia cisza przy stoliku. Wyjąłem telefon i faktycznie zadzwoniłem. Mama odebrała po drugim sygnale, jak zawsze.
- Mamo, pamiętasz, o której ja się urodziłem?
- Co ty znowu kombinujesz, Paweł? Co się stało?
- Nic się nie stało. Siedzę w restauracji i… potrzebuję tej informacji.
- Boże, ty naprawdę jesteś jak twój ojciec. Dziesiąta dwadzieścia. I nie pytaj dlaczego pamiętam, bo pamiętam.
Rozłączyłem się szybko, zanim zdąży zapytać, z kim jestem. Martyna wyciągnęła rękę, jakby to było oczywiste, i powiedziała: „Daj, wpiszę”. Oddałem jej telefon, a ona wklepała wszystko szybko i bez gadania.
Na ekranie pojawiło się kolorowe koło z liniami, symbolami i opisami. Martyna zmarszczyła brwi, a ja zacząłem się zastanawiać, czy kelner widzi, że tu się dzieje jakiś dziwny rytuał. W tle leciała spokojna muzyka, a ja słyszałem tylko jej kliknięcia.
„Telefon z kosmogramem zawisł nad tiramisu i usłyszałem wyrok o Księżycu”
Przy deserach było już jasne, że każde z nas siedzi w swoim świecie. Kelner przyniósł menu z deserami, Martyna nawet na nie nie spojrzała. „Tiramisu” rzuciła odruchowo. Ja wziąłem kawę, bo miałem przeczucie, że to dopiero się rozkręca.
Gdy tiramisu wylądowało na stole, jej telefon leżał tuż obok talerza, z kosmogramem rozświetlonym na cały ekran. Ekran świecił tak, że aż odbijał się w łyżeczce. Martyna przesunęła palcem po wykresie i mruknęła: „No tak… Księżyc w tym układzie potrafi robić problemy.”
„Jakie problemy?” zapytałem, bo z jednej strony mnie to bawiło, a z drugiej zaczynało mnie drażnić. Oparła łokcie o stół i zaczęła mówić, jakby czytała o mnie z gotowca. „Ty możesz niby być stabilny, ale emocjonalnie uciekasz w kontrolę. I jeszcze to…” zawahała się, po czym popatrzyła na mnie tak, jakbym miał zaraz wstać i zdemontować jej życie.
Zamiast pogadać o normalnych rzeczach, co robię w weekendy i gdzie lubię jeździć, słuchałem, jak mój Księżyc ma decydować, czy w ogóle się nadaję. Ugryzłem łyżeczką tiramisu i poczułem, że słodycz robi się mdła. Wtedy zobaczyłem, że Martyna coś zapisuje w notatkach.
„W notatkach miała listę byłych, a ja dopisałem się w myślach i wstałem”
Nie chciałem być wścibski, ale siedzieliśmy blisko, a ona nie chowała ekranu. Zobaczyłem listę imion, każde w osobnej linijce, obok znaki zodiaku i krótkie hasła. „Kamil, Skorpion, manipulant”, „Tomek, Waga, wiecznie niezdecydowany”, „Marek, Baran, krzykacz”. Przy kilku były emotki, ale raczej takie złośliwe.
Martyna przewinęła, jakby to była lista zakupów. Na chwilę zatrzymała kciuk i zerknęła na mnie, jakby sprawdzała, czy zauważyłem. Ja patrzyłem na te wyroki i nagle poczułem, że nie mam ochoty być kolejną linijką. Nie „Paweł, Byk, problem z Księżycem”, tylko normalny facet, który przyszedł pogadać.
Odłożyłem łyżeczkę, sięgnąłem po portfel i wyjąłem banknot. Martyna podniosła brwi. „Co robisz?” zapytała, a ja odpowiedziałem spokojniej, niż się spodziewałem: „Płacę za kawę. I za to, że moja mama znowu została w to wciągnięta.”
- Przecież to tylko narzędzie. Nie dramatyzuj.
- Może i narzędzie, ale ja nie jestem projektem do przerobienia.
Wstałem, zanim zdążyła wejść w kolejny wykres. Na odchodne powiedziałem to, co chodziło mi po głowie od momentu, kiedy kazała mi dzwonić do mamy: „Jeśli gwiazdy mają coś przeciwko mnie, to pierwszy raz się z nimi zgadzam”. Wyszedłem na chłodne powietrze i dopiero wtedy poczułem, jak bardzo napięte miałem ramiona.
W drodze do domu zadzwoniłem do mamy jeszcze raz, już bez tej całej otoczki. Powiedziałem jej tylko, że wszystko okej i że przepraszam za dziwne pytanie. Zaśmiała się i rzuciła: „Paweł, ty lepiej trzymaj się tych swoich kabli, tam przynajmniej wiesz, co z czym łączyć”. I chyba miała rację.
Przedstawione historie są inspirowane prawdziwymi zdarzeniami. Nie odzwierciedlają jednak konkretnych wydarzeń ani rzeczywistych osób, a wszelkie podobieństwa do nich mają charakter przypadkowy.