Kuzyn zamówił u niego remont łazienki po rodzinnej cenie. „Na koniec zapłacił połowę i dał flaszkę”

2026-11-02 7:32

Od dziesięciu lat prowadzę firmę i wiem, ile kosztuje robocizna przy porządnym remoncie łazienki. Kiedy kuzyn Hubert poprosił mnie o remont „po rodzinnemu”, odruchowo się zgodziłem, choć nie ustaliliśmy konkretnej kwoty. Dwa tygodnie później stałem w jego przedpokoju z kopertą w ręku i butelką wódki na szafce, zastanawiając się, czy bardziej złości mnie on, czy ja sam.

Zmartwiony mężczyzna trzyma się za czoło w wyremontowanej łazience. O trudnych rozliczeniach z rodziną przeczytasz na SE.
Autor: Zdjęcie ilustracyjne/ Wygenerowane przez AI Historie z życia wzięte
  • Przemek przełożył inne zlecenie, żeby przez dwa tygodnie remontować łazienkę kuzyna
  • Hubert prosił o rodzinną cenę, ale przed pracą nie padła żadna konkretna kwota
  • Przemek liczył na pięć tysięcy złotych za robociznę, czyli połowę swojej zwykłej stawki
  • Kuzyn wręczył mu 2500 zł i drogą wódkę na zgodę
  • Na rodzinnym obiedzie Hubert pochwalił się remontem zrobionym prawie za darmo

„Jakoś się dogadamy” powiedziałem bez zastanowienia

Prowadzę małą firmę glazurniczą, głównie sam jeżdżę na remonty, czasem biorę pomocnika do większych robót. Nie mam biura ani reklam. Rano ładuję kleje do busa, a wieczorem sprawdzam, czy wystarczyło fugi i silikonu. Za łazienkę taką jak u Huberta biorę zwykle około dziesięciu tysięcy za samą robociznę.

Hubert jest moim kuzynem od strony mamy. Widzujemy się na imieninach, świętach i większych rodzinnych obiadach, ale nie dzwonimy do siebie co tydzień. Kiedy zadzwonił w marcu, od razu zaczął od tego, że kupił mieszkanie i ma łazienkę do zrobienia od zera.

Powiedział, że ma już płytki, wannę, stelaż i armaturę, tylko potrzebuje kogoś pewnego. Potem padło to zdanie, które teraz pamiętam aż za dobrze: „Zrobisz mi to po rodzinnemu?”. Odpowiedziałem, że jasne, jakoś się dogadamy. Nie chciałem już w pierwszej rozmowie wyjeżdżać z wyceną.

„Przesunąłem inne zlecenie, żeby zacząć u Huberta”

Miałem wtedy zacząć mniejszą łazienkę u państwa na drugim końcu miasta. Zadzwoniłem do nich i poprosiłem o przesunięcie terminu o dwa tygodnie. Nie byli zachwyceni, ale zgodzili się, bo obiecałem, że w zamian zrobię im drobne poprawki w przedpokoju bez dopłaty.

U Huberta robota nie była lekka. Trzeba było skuć stare płytki, wyrównać ściany, poprawić odpływ i przenieść gniazdko, bo żona Huberta wymyśliła lustro z podświetleniem. Zostawałem nieraz do dziewiętnastej, żeby zdążyć przed kolejnym fachowcem i żeby jak najkrócej musieli żyć w kurzu.

Hubert zaglądał do łazienki po pracy, przynosił kawę w papierowym kubku i mówił, że dobrze, iż robi to ktoś swój. Raz rzucił, że obcy fachowiec pewnie skasowałby go jak za zboże. Uśmiechnąłem się wtedy, chociaż powinienem był zapytać, ile według niego znaczy „jak za zboże”.

„Powiedziałem pięć tysięcy, a Hubert odłożył rozmowę do piątku”

Po dwóch tygodniach łazienka była gotowa. Białe płytki na ścianach, grafitowa podłoga, równo zamontowane baterie, wszystko wysilikonowane i posprzątane. Hubert stał w drzwiach, robił zdjęcia telefonem i powtarzał, że wygląda lepiej niż w katalogu.

Kiedy zwijałem narzędzia, powiedziałem spokojnie, że normalnie za taką robotę wziąłbym około dziesięciu tysięcy, ale dla rodziny liczę połowę. Pomyślałem, że pięć tysięcy to uczciwie, zwłaszcza że przełożyłem inne zlecenie. Hubert spojrzał na mnie tak, jakbym właśnie podał cenę za wymianę całej instalacji w bloku.

Przez chwilę poprawiał ręcznik na grzejniku, choć wisiał równo. Potem powiedział: „Dobra, Przemek, rozliczymy się w piątek, bo muszę ogarnąć przelewy”. Nie zaprzeczył, nie dopytał, nie powiedział, że go nie stać. Wyszedłem z mieszkania z dziwnym ciężarem, ale wmówiłem sobie, że po prostu zbiera pieniądze.

„W kopercie było dwa i pół tysiąca”

W piątek podjechałem po pracy. Hubert otworzył mi uśmiechnięty, jakbyśmy mieli zaraz usiąść do meczu. Na szafce w przedpokoju stała butelka dobrej wódki, taka w ozdobnym kartoniku, której sam raczej bym nie kupił.

Wręczył mi kopertę i klepnął mnie w ramię. W środku było dwa i pół tysiąca złotych, same dwusetki i stówki. Gdy podniosłem wzrok, Hubert już wskazywał na butelkę i mówił, że flaszka jest na zgodę, bo więcej naprawdę nie ma.

Powiedział, że cały budżet poszedł na płytki, wannę, baterie i szafkę pod umywalkę. Przypomniał mi też, że przecież mieliśmy zrobić to po rodzinnemu. Stałem z kopertą w dłoni. Nagle miałem wrażenie, że ta wódka miała załatwić rozmowę, której żaden z nas nie chciał odbyć.

„Nie umiałem powiedzieć, ile mnie kosztowały te dwa tygodnie”

Najpierw zapytałem, czy dobrze zrozumiałem, że to jest całość. Hubert wyglądał na urażonego, jakby to on miał prawo czuć się pokrzywdzony. Powiedział, że gdyby wiedział o pięciu tysiącach, to inaczej rozplanowałby wydatki, bo remont i tak zjadł mu więcej, niż zakładał.

Miałem ochotę przypomnieć mu każdy wieczór, każdą poprawkę i telefon do klienta, któremu przełożyłem termin. Ale prawda była też taka, że sam nie powiedziałem ceny, zanim skułem pierwszą płytkę. Zamiast konkretnej umowy było moje głupie „jakoś się dogadamy” i jego wyobrażenie, że kuzyn zrobi mu to prawie za darmo.

- Hubert, za dwa i pół tysiąca nie zrobiłbym nawet połowy tej roboty.

- Przemek, nie rób ze mnie oszusta. Dałem, ile mogłem, a flaszkę wziąłem naprawdę porządną.

Nie odpowiedziałem od razu. Wziąłem kopertę, podniosłem butelkę i powiedziałem tylko, że następnym razem trzeba ustalać wszystko przed robotą. On odprowadził mnie do drzwi, nadal przekonany, że sprawa jest trochę niezręczna, ale właściwie załatwiona.

„Przy stole usłyszałem, że zrobiłem łazienkę prawie za darmo”

Butelka stoi do dziś nieotwarta na szafce w moim przedpokoju. Żona kilka razy pytała, czemu jej nie schowam albo nie wypiję z kolegą. Odpowiadam, że jakoś nie mam ochoty, bo patrzę na nią i od razu widzę tę kopertę oraz Huberta, który klepie mnie po plecach.

Na ostatnim rodzinnym obiedzie Hubert pokazywał wszystkim zdjęcia łazienki. Ciotka zachwycała się fugami, wujek pytał, czy odpływ liniowy jest praktyczny. A Hubert, nalewając sobie kompotu, powiedział z uśmiechem, że Przemek zrobił mu wszystko prawie za darmo, bo rodzina to rodzina.

Nie poprawiłem go przy stole. Siedziałem z widelcem nad kotletem i poczułem tylko, że nie mam już siły tłumaczyć, ile kosztuje moja praca. Wczoraj zadzwonił brat Huberta i zapytał, czy zrobię mu kuchnię po rodzinnemu. Powiedziałem, że oddzwonię po sprawdzeniu terminów. Tym razem jednak, zanim otworzę kalendarz, najpierw podam cenę.

Przedstawione historie są inspirowane prawdziwymi zdarzeniami. Nie odzwierciedlają jednak konkretnych wydarzeń ani rzeczywistych osób, a wszelkie podobieństwa do nich mają charakter przypadkowy.

 

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki

ROLKI