„Spotkajmy się przy galerii, będzie luźno”
Agatę poznałem na aplikacji, tej samej, gdzie połowa ludzi nagle „kocha podróże” i „dobrą kuchnię”. Była konkretna, ale nie w ten nieprzyjemny sposób. Pisała, że pracuje w HR, lubi porządek i że marzy jej się stabilnie, bez przeciągania tematów miesiącami.
Mam 35 lat, jestem architektem krajobrazu i większość dnia patrzę na ziemię, drzewa i na to, jak ludzie potrafią zepsuć ogród jedną kostką brukową. W relacjach też lubię, kiedy coś ma sens, ale nie jestem typem, który na trzeciej randce siada i rozpisuje wspólny budżet. Chciałem po prostu poznać dziewczynę, pogadać, pośmiać się, zobaczyć, czy jest chemia.
Umówiliśmy się przy wejściu do galerii, bo tam było najłatwiej trafić. Agata przyszła punktualnie, w jasnym płaszczu i z włosami spiętymi w gładki koczek. Uśmiechnęła się, podała mi rękę i od razu poczułem, że jest z tych osób, co mają wszystko poukładane.
„Tylko na chwilę wejdziemy, muszę coś zobaczyć”
Plan był prosty: spacer w stronę parku i kawa w małej kawiarni, którą znałem, bo tam mają sensowną szarlotkę. Agata spojrzała na szyld sklepu meblowego obok wejścia i nagle stanęła w miejscu. „Wiesz co, wejdźmy na minutę, dosłownie” – rzuciła, jakby chodziło o serwetkę, a nie zmianę planu.
W środku uderzył mnie zapach nowych płyt meblowych i tych świec, które stoją przy kasach. Uśmiechałem się jeszcze, bo pomyślałem: no dobra, sklep jak sklep. Pomyślałem nawet, że to zabawne, bo zawodowo zajmuję się przestrzenią, więc może wyjdzie z tego lekka rozmowa o wnętrzach.
Agata nie poszła jednak w stronę poduszek czy lamp, tylko od razu na ekspozycję salonów. Przesuwała dłoń po oparciu kanapy, jakby sprawdzała materiał przed zakupem. Spojrzała na mnie i mówi: „No dobra, to którą wybierasz?”
„Która kanapa? To zależy… od czyjego kręgosłupa”
Stanąłem przy dwóch narożnikach, jednym grafitowym, drugim jasnym, i zacząłem tłumaczyć, że kanapa to nie tylko kolor. Liczą się też proporcje, światło w mieszkaniu i to, do czego ma służyć. Że ja bym najpierw zapytał, czy ktoś ma zwierzęta, czy lubi się kłaść z książką, czy przychodzą goście. Agata patrzyła na mnie z miną osoby, która czeka na odpowiedź A albo B.
„Nie uciekaj w te swoje projekty”, rzuciła półżartem. „Po prostu powiedz, czy bardziej ten czy ten.” Wskazałem grafit, bo jest praktyczny i mniej na nim widać plamy, sierść i inne ślady codzienności. Ona od razu się skrzywiła. „Grafit jest okej, ale wiesz, to takie… chłodne.”
Poszliśmy dalej, do kuchni. Agata stanęła przy zabudowie w odcieniu beżu i przesunęła palcem po froncie, jak po próbniku farb. „Beż jest bezpieczny” – powiedziała i spojrzała mi prosto w oczy, jak na rozmowie rekrutacyjnej. „Ty byś zaakceptował beżową kuchnię?”
Zaśmiałem się cicho. „Zależy, czy beż jest dla kogoś, czy dla Instagrama.” To miało być lekkie. Ona nie odpowiedziała śmiechem.
„Miarka w mojej dłoni i jej skala ocen”
Agata sięgnęła do stojaka z akcesoriami i podała mi papierową miarkę, tę zwijaną, z logo sklepu. „Trzymaj, zmierzmy”, powiedziała pewnie, jakbyśmy od lat razem urządzali mieszkania. Przez chwilę stałem z tą miarką i miałem wrażenie, że gram w jakąś scenkę, tylko nikt mi nie powiedział, jaka jest moja rola.
„Tu bym dała słupek, a tu szafy do sufitu”, mówiła szybko. „A ty jak widzisz podział? Ile rzeczy masz w ogóle? Koszule wieszasz czy składasz?” Zapytała miło, ale z tym HR-owym zacięciem. Takim, że niby to small talk, a ja mam wrażenie, że ktoś już sobie zapisuje odpowiedzi.
Próbowałem to obrócić w żart. „Zależy od pory roku. Czasem mam chaos, ale wiem, gdzie co jest.” Agata nawet nie drgnęła. „Chaos w szafie to chaos w głowie”, skomentowała, a ja poczułem, że mój uśmiech robi się cięższy niż ta miarka.
Przy kolejnej kuchni zatrzymała się i powiedziała: „Dobra, teraz powiedz szczerze, biały blat czy drewniany? I bez kombinowania.” Jakby moje „kombinowanie” było wadą charakteru, nie sposobem myślenia człowieka, który zawodowo dobiera materiały do przestrzeni, w której ktoś ma żyć.
„W kawiarni przy wyjściu usłyszałem, że to standardowa procedura”
Wyszedłem z nią w końcu do kawiarni przy wyjściu, tej z twardymi krzesłami i głośnym młynkiem. Kupiłem dwie kawy, bo jakoś głupio mi było kazać jej płacić. A ja dalej nie wiedziałem, czy to randka, czy jakieś zajęcia z urządzania mieszkania. Usiedliśmy przy stoliku, a miarka została mi w ręku, zwinięta jak nerwowy tik.
Agata mieszała łyżeczką tak długo, aż w kawie zrobił się wir. Spojrzała na mnie i powiedziała spokojnie: „Wiesz, ja tak robię z każdym facetem po trzydziestce. Serio. To jest dobry filtr.” Zamarłem na chwilę, bo zabrzmiało to tak, jakby właśnie opowiadała mi o kryteriach zaliczenia.
„Filtr na co?” zapytałem. Agata wzruszyła ramionami. „Na marnowanie czasu. Ja mam swoje standardy. Chcę faceta, z którym da się normalnie mieszkać pod jednym dachem. To się sprawdza od razu. Po co się łudzić, że potem się dopasujemy.”
W tej samej chwili zobaczyłem, że ona nie pytała o kanapę z ciekawości. Ona szukała odpowiedzi, czy zmieszczę się w jej planie, tak jak sprawdza się, czy szafa wejdzie we wnękę. Siedziałem z kawą i miarką i miałem wrażenie, że ona naprawdę próbuje mnie „zmierzyć” w centymetrach.
„Odłożyłem miarkę i powiedziałem, że to nie ja mam się dopasować”
Przesunąłem miarkę po blacie stołu, aż zatrzymała się przy jej filiżance. Papier był już trochę pognieciony. Wyglądało to komicznie, jakby ta miarka przeszła ze mną cały ten „test”. Agata spojrzała na nią, potem na mnie. „No i? Jak ci poszło?” zapytała, jakby to był test kompetencyjny.
- Agata, mój gust możesz poznać później. Ale teraz serio, kończy mi się cierpliwość.
Odstawiła filiżankę z cichym stuknięciem. „Przesadzasz. To tylko zabawa” – powiedziała, tylko że zabrzmiało to bardziej jak pretensja niż żart. Raczej coś w rodzaju złości, że ktoś nie chce zagrać według zasad.
- Ja nie mam problemu z planami. Mam problem z tym, że nawet nie zapytałaś, co lubię i czym się zajmuję. Za to zapytałaś, czy akceptuję beż i czy składam koszule. Jakbym był elementem wyposażenia.
Wstałem, zostawiłem kawę prawie nietkniętą i poprosiłem przy kasie o wodę do drogi, bo nagle zaschło mi w gardle. Agata nie krzyczała, nie zrobiła sceny. Po prostu siedziała, patrzyła za mną i wyglądała przez moment, jakby ktoś jej wyłączył sprawdzony schemat.
Wyszedłem na zewnątrz, gdzie powietrze było chłodniejsze i prawdziwsze niż ten zapach nowych mebli. W kieszeni miałem tylko klucze i telefon, żadnej miarki, żadnych wymiarów do dopasowania. Pomyślałem, że jeśli ktoś chce mnie poznać, to prędzej na spacerze i przy kawie niż między beżowymi frontami a planem szaf do sufitu.
Przedstawione historie są inspirowane prawdziwymi zdarzeniami. Nie odzwierciedlają jednak konkretnych wydarzeń ani rzeczywistych osób, a wszelkie podobieństwa do nich mają charakter przypadkowy.