Teściowa wystawiła synowej fryzjerce opinię z jedną gwiazdką. „Napisała, że policzyłam jej jak obcej”

Mam 35 lat i rok temu otworzyłam swój mały salon fryzjerski, taki z dwoma fotelami i zapachem farby, który wżera się w ubrania. Wczoraj farbowałam włosy teściowej. Dałam jej rodzinny rabat, bo inaczej miałabym poczucie, że robię coś nie w porządku. Dziś rano, przy kawie, zobaczyłam nową opinię. Jedna gwiazdka, imię i nazwisko teściowej jak byk. Aż mnie ścisnęło w środku, bo tych opinii mam dopiero kilkanaście i każda się liczy.

Zasmucona fryzjerka Monika siedzi ze skrzyżowanymi rękami w swoim salonie. Historię złośliwej opinii przeczytasz na SE.
Autor: Zdjęcie ilustracyjne/ Wygenerowane przez AI Historie z życia wzięte
  • Monika prowadzi nowy salon i każda internetowa opinia ma dla niej ogromne znaczenie
  • Teściowa przychodzi na farbowanie i przyprowadza sąsiadkę, licząc na darmową usługę
  • Przy kasie teściowa obraża się, mimo że dostała 50 procent rabatu rodzinnego
  • Następnego dnia teściowa wystawia jedną gwiazdkę i pisze, że synowa policzyła jak obcej
  • Sąsiadka przychodzi przeprosić i zdradza, że teściowa obiecała jej strzyżenie za darmo

„Mój salon jest nowy, a ja dalej liczę każdy grosz”

Mój salon ma wejście od ulicy. W witrynie stoją dwie doniczki, które podlewam częściej niż sama o siebie dbam. Na recepcji leży notes z zapisami, a obok terminal. Czasem mam wrażenie, że jego dźwięk śni mi się po nocach. Rok działalności brzmi dumnie, ale prawda jest taka, że nadal liczę, czy starczy na ZUS i nową dostawę farb.

Opinie w internecie zbieram i sprawdzam jak nakręcona. Mam ich kilkanaście i każda jest ważna, bo ludzie nie wchodzą już tak po prostu z ulicy. Najpierw patrzą na gwiazdki, potem dopiero na witrynę.

Teściowa, Halina, od początku mówiła, że fajnie, że mam swoje. Tylko że to jej „fajnie” brzmiało bardziej jak uprzejmość niż prawdziwa radość. „Teraz to będę wyglądać jak człowiek, bo w rodzinie fryzjerka” potrafiła rzucić przy stole. Śmiali się, a ja zaciskałam usta, bo nie wiedziałam, czy to komplement, czy obietnica kłopotów.

Dzień wcześniej zapowiedziała się na farbowanie. Zadzwoniła koło południa i powiedziała, że wpadnie „na chwilę”, jakby farbowanie trwało pięć minut. Zgodziłam się, bo to w końcu rodzina, a ja chciałam mieć święty spokój na weekend.

„Przyszła z sąsiadką i już wtedy zrobiło mi się podejrzanie”

Halina weszła punktualnie, w perfumach, które zawsze zostają w powietrzu jeszcze długo po niej. Za nią weszła kobieta, której nie znałam, z wielką torbą na zakupy. Halina nawet nie spytała, tylko oznajmiła: „To pani Jola z klatki, ona tak ładnie chciała się ostrzyc”.

Uśmiechnęłam się, bo co miałam zrobić, wyrzucić obie za drzwi? Sprawdziłam szybko grafik, miałam pół godziny luzu po farbie, a potem klientkę na pasemka. „Dobrze, niech pani usiądzie po mamie, tylko zrobimy to sprawnie” powiedziałam. Już wtedy poczułam, jak mi się robi gorąco na karku.

Halina rozsiadła się na fotelu, jakby była u siebie. „Wiesz, Monika, ja to bym chciała taki chłodny brąz, ale nie za ciemny, bo mnie postarza” mówiła, patrząc na moje półki z produktami. Pani Jola stała obok i patrzyła na cennik na ścianie, a potem na Halinę, jakby czekała na jakieś potwierdzenie.

Zrobiłam farbę, nałożyłam, zaparzyłam Halinie kawę z ekspresu. Pani Joli zaproponowałam wodę. Z kawą jest tak, że jak zrobię jednej osobie, to zaraz musiałabym robić wszystkim. Halina śmiała się głośno, opowiadając, jak to „młode teraz wszystko w telefonie”, a ja pracowałam szybko, bo czas mnie gonił.

„Przy kasie zrobiło się niezręcznie”

Farba wyszła ładnie, chłodny odcień, taki jak chciała. Pani Jola wyszła odświeżona, z krótszymi włosami, spojrzała w lustro i powiedziała cicho: „O, jak lekko na głowie”. Odprowadziłam je do kasy przy wejściu. Obok stoi mój słoik z cukierkami dla klientów.

Najpierw nabiłam strzyżenie pani Joli, normalnie według cennika. Potem nabiłam farbowanie Haliny i od razu wbiłam rabat rodzinny, 50 procent. Tak się umówiłam sama ze sobą, żeby potem nie było gadania. Paragon wysunął się z drukarki i odruchowo go wygładziłam palcami.

Halina spojrzała na kwotę i jej twarz, jeszcze przed chwilą zadowolona, zrobiła się twarda. „Ty serio każesz mi za to płacić?” zapytała, tak głośno, że kobieta przechodząca za witryną spojrzała do środka. Pani Jola odsunęła się o krok, jakby nagle znalazła się w nie swoim miejscu.

- Monika, od rodziny się nie bierze - Mamo, masz połowę ceny, to mój rodzinny rabat - Rabat? Ja tu przyszłam do synowej, a nie do obcej - Ja mam salon, rachunki i cennik. A ty dostałaś zniżkę, naprawdę dużą.

Halina wyciągnęła portfel tak ostentacyjnie, jakby płaciła karę. Terminal zapiszczał, a ona nawet na mnie nie spojrzała. Zabrała paragon, nie powiedziała nawet „do widzenia”. Pociągnęła panią Jolę za rękaw i wyszły.

„Rano zobaczyłam jej opinię i mnie zmroziło”

Rano obudziłam się wcześniej niż zwykle, bo zaczynałam z klientką od rana. Zrobiłam kawę w mieszkaniu, telefon leżał na blacie obok kluczy i gumek do włosów, takich, które noszę zawsze na nadgarstku. Otworzyłam wizytówkę salonu w Google, bo czasem ktoś zostawia opinię po wizycie. Lubię je czytać, chociaż wiem, że to wciąga.

Na górze świeciła nowa opinia, jedna gwiazdka. Imię i nazwisko Haliny. Bez anonimów, bez kombinowania. Przeczytałam, że jestem właścicielką, a policzyłam ją „jak obcą”, i że rodzinę powinno się traktować inaczej.

Pierwsze, co zrobiłam, to sprawdziłam, czy dobrze pamiętam, ile jej policzyłam. Potem odpaliłam system z kasy i znalazłam paragon. Rabat rodzinny 50 procent, czarno na białym, dokładnie to, co wczoraj wklepałam.

Oparłam się o blat w kuchni, bo dosłownie zrobiło mi się słabo. Tyle pracy, tyle drobnych rozmów z klientkami, tyle starań o czystość, kawę, dobre słowo, a tu jedna gwiazdka, podpisana. I to nie od jakiejś obcej osoby z internetu, tylko od kogoś z rodziny.

„Sąsiadka wróciła sama i od progu zaczęła się tłumaczyć”

W południe zadzwonił dzwoneczek nad drzwiami. Myślałam, że to kolejna klientka, a zobaczyłam panią Jolę. Trzymała w ręku małą reklamówkę, wyglądała, jakby przyszła w drobnej sprawie, a nie po wczorajszej awanturze.

- Pani Moniko, ja przepraszam, ja muszę pani coś powiedzieć - Proszę usiąść, tylko chwilę, bo właśnie dezynfekuję - Ja widziałam tę opinię… i mi się tak głupio zrobiło, bo ja wiem, jak było naprawdę

Usiadła na krześle w poczekalni, pod wieszakiem na kurtki. Powiedziała mi, że Halina wczoraj na klatce opowiadała, że „Monika zrobi za darmo, bo to rodzina”, a ona dała się namówić. „Pani teściowa mówiła, że pani nawet się ucieszy, że przyprowadzę kogoś, że to reklama” dodała, mieszając nerwowo palcami w uchwycie torebki.

Pani Jola mówiła dalej, że przy kasie zobaczyła kwoty i ze wstydu patrzyła w podłogę. Że Halina udawała oburzoną, ale tak naprawdę chodziło jej o to, że obie muszą zapłacić i ktoś zobaczy, że „załatwianie po znajomości” nie wyszło. „Ona obiecała mi to za darmo. Ja bym nie przyszła, gdybym wiedziała, że panią w to wpakuję” powiedziała. Podała mi reklamówkę z dwoma pączkami z cukierni.

„Odpisałam pod opinią i napisałam wprost o rabacie”

Zostałam sama w salonie na kilka minut, między jedną klientką a drugą. Wzięłam do ręki paragon, ten wczorajszy, i położyłam go obok klawiatury, jakby miał mi dodać odwagi. Palce drżały mi tak, że musiałam oprzeć nadgarstki o blat.

Słyszałam w głowie głos męża: „Daj spokój, mama czasem przesadza”. Tylko że to nie było przesadzanie przy stole, to była gwiazdka, która mogła odstraszyć kogoś, kto dopiero ma mnie poznać. A ja nie miałam ochoty urządzać rodzinnej wojny, ale też nie zamierzałam udawać, że jestem złodziejką.

Odpisałam krótko i bez złośliwości, chociaż kusiło mnie, żeby rozpisać wszystko dokładnie. Podziękowałam za wizytę i dodałam, że klientka otrzymała rabat rodzinny w wysokości 50 procent, zgodnie z paragonem. Dopisałam, że rabat nadal obowiązuje i zapraszam ponownie.

Kiedy kliknęłam „opublikuj”, poczułam ulgę, ale taką ostrożną. Halina pewnie to zobaczy i zadzwoni. A potem usłyszę: „Monika, jak mogłaś mi tak odpisać publicznie?”. Tylko że ja też zostałam wystawiona publicznie, pod nazwą mojego salonu.

Wieczorem mąż zapytał, czemu jestem taka cicha. Pokazałam mu ekran i powiedziałam tylko: „Nie chcę się z nią kłócić, ja chcę normalnie pracować”. Nie odpowiedział od razu, tylko westchnął i poprosił, żebym mu wysłała link, a ja po raz pierwszy od rana poczułam, że nie muszę wszystkiego dźwigać sama.

Przedstawione historie są inspirowane prawdziwymi zdarzeniami. Nie odzwierciedlają jednak konkretnych wydarzeń ani rzeczywistych osób, a wszelkie podobieństwa do nich mają charakter przypadkowy.

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki

ROLKI