„Przed wyjściem schowałam zeszyt do torby, jakby to było coś wstydliwego”
Tata mieszka sam na drugim końcu miasta, w bloku z lat osiemdziesiątych, gdzie klatka zawsze pachnie kapustą i płynem do podłóg. Wpadłam do niego rano, jeszcze przed dyżurem. Miałam kawę na wynos i klucze w ręce, bo przestałam ufać, że otworzy mi od razu. Drzwi otworzył szybko, uczesany, w koszuli, jakby czekał na gości, a nie na własną córkę, która go ciągnie do lekarza.
„Nie przesadzaj, Martusia” powiedział, wkładając buty spokojnie, jakbyśmy mieli iść na spotkanie, a nie do lekarza. Na stole leżały rachunki pomieszane z ulotkami z apteki, a na krześle jego kurtka, ta zimowa, choć na dworze było ciepło. Zauważyłam pilot od telewizora w lodówce. Nic nie powiedziałam, bo miałam już dość kłótni o rzeczy, które są oczywiste.
Ten zeszyt miałam już od dawna. Zwykły, w kratkę, z kiosku. A i tak czułam, jakbym nosiła w nim coś ciężkiego. Daty, sytuacje, krótkie zdania: „pomylił leki”, „zapomniał o urodzinach wnuczki”, „zadzwonił o 23:40, że nie wie, jak wyłączyć piekarnik”. Schowałam go do torby, bo tata spojrzał na nią tak, jakby od razu wiedział, że mam coś „na niego”.
„W samochodzie gadał o pogodzie, jakbyśmy jechali na lody”
Po drodze opowiadał mi o sąsiedzie z parteru, że kupił nowy rower i „rozrabia jak dzieciak”. Śmiał się, a ja kiwałam głową, patrząc na jego dłonie na kolanach. Miał je ułożone równo, jak do zdjęcia, i tylko palce co chwilę zaciskały się na materiale spodni, jakby nie mógł znaleźć wygodnego miejsca.
„Marta, naprawdę musisz robić taki cyrk? Ja sobie świetnie radzę” rzucił, kiedy skręcałam na parking przy przychodni. Zatrzymałam auto i przez chwilę trzymałam ręce na kierownicy. Bałam się, że jak je puszczę, to zacznę machać rękami jak w pracy, kiedy trafia mi się trudny pacjent. A to nie był pacjent, tylko mój ojciec.
W przychodni pachniało jak zawsze, dezynfekcją i perfumami ludzi, którzy wpadli „na szybko”, a potem i tak siedzą godzinę w kolejce. Tata od razu wypiął pierś i podszedł do rejestracji, jakby był tam stałym bywalcem, a nie kimś, kogo przyprowadziłam. Pani w okienku spojrzała na mnie z pytaniem w oczach, a ja tylko podałam skierowanie i powiedziałam cicho: „Chodzi o pamięć, o orientację”. Tata udawał, że nie słyszy.
„W gabinecie nagle wrócił ten dawny, czarujący tata”
Lekarka była młodsza ode mnie, miała spokojny głos i okulary w cienkich oprawkach. „Co pana sprowadza?” zapytała, a tata rozłożył ręce z uśmiechem. „Córka mnie sprowadza. Ona się martwi na zapas, taka jej uroda. A ja się czuję dobrze. Wie pani, moje pokolenie nie narzeka” powiedział i puścił do niej oko, jakby byli w restauracji, a nie w gabinecie.
Próbowałam wejść w słowo. Powiedziałam o rachunkach, o tym, że dwa razy w tym miesiącu dzwonił, bo nie wiedział, jak wrócić z piekarni, do której chodzi od lat. Tata zareagował lekko, śmiechem, takim, który zawsze rozbrajał ludzi. „Ona jest pielęgniarką, widzi choroby wszędzie. A po rozwodzie… no wie pani, człowiek sobie czasem coś dopowie” dodał. Poczułam, jak mi płoną policzki.
Wyjęłam zeszyt, bo inaczej nie umiałam. Położyłam go na biurku i otworzyłam na ostatnich notatkach. Lekarka spojrzała, ale tata już mówił dalej, pewny siebie, gładki. „Marta jest kochana, tylko taka… lękowa. Może jej by się przydała rozmowa z psychologiem, bo ona to wszystko bierze do siebie” rzucił, jakby mówił o pogodzie, nie o mnie.
„Przy lekarsce powiedział, że to ja mam problem z głową”
Nie umiałam od razu odpowiedzieć. Miałam wrażenie, że widzę siebie z boku. Siedzę na krześle w swetrze, torba na kolanach, a ja tylko pilnuję, żeby nie zacisnąć zębów. W pracy słyszałam różne rzeczy, ludzie w strachu potrafią być okrutni, ale to było inne. To był mój ojciec, który zna moje słabe miejsca i wcisnął w nie palec, żeby odsunąć od siebie temat.
- Tato, ja nie przyszłam tu dla siebie. Przyszłam, bo się gubisz. Nie raz.
- Nie gubię się, tylko mi się raz zdarzyło. A ona robi z tego dramat. Proszę pani, ona jest po prostu… no, sama pani widzi.
Lekarka popatrzyła na mnie uważniej, jakby próbowała ocenić, czy to ja jestem „tą trudną”. Zapytała tatę o datę, nazwisko panieńskie mamy i jaki mamy dzień tygodnia. Tata odpowiedział szybko, nawet z lekkim żartem. Kiedy padło pytanie o to, co jadł na śniadanie, zawahał się na sekundę, po czym powiedział: „Jajecznicę, jak zawsze”. Ja widziałam w jego zlewie kubek po herbacie i suchą bułkę na talerzyku.
„Na korytarzu zgubił kurtkę i tym razem nie było z tego żartu”
Wyszliśmy z gabinetu z zaleceniem „obserwacji” i skierowaniem na podstawowe badania. Miałam wrażenie, że lekarka wpisała to bardziej dla świętego spokoju niż z przekonania. Tata był z siebie zadowolony, gwizdnął nawet pod nosem. Na korytarzu odwrócił się nagle i stanął jak wryty.
„Gdzie moja kurtka?” zapytał i rozejrzał się, jakby korytarz miał mu odpowiedzieć. Zamarłam, bo przed chwilą ta kurtka wisiała na wieszaku przy gabinecie, a on sam ją tam odwiesił. Widziałam to wyraźnie, pamiętałam nawet, że poprawił rękaw, żeby nie spadł.
„Tato, wisi tam” powiedziałam, wskazując. Poszedł w przeciwną stronę, w stronę toalety. Dopiero kiedy dotknęłam go w łokieć, zatrzymał się, jakby nagle wrócił do siebie. Pod wieszakiem popatrzył na kurtkę i przez moment miał w oczach coś, czego nie widziałam u niego od lat, czysty strach bez słów.
„No, człowiek roztargniony” mruknął, ale nie brzmiało to jak żart. Wziął kurtkę i ścisnął ją w dłoniach, jakby miał się jej trzymać, żeby nie zgubić czegoś jeszcze. Nic nie powiedziałam, bo nie było już o co się spierać. A w środku poczułam ulgę i jednocześnie strach, bo wreszcie zobaczyłam to czarno na białym.
„Wieczorem umówiłam kolejną wizytę i nie dałam się już spławić”
Odwiozłam tatę do domu w ciszy. On patrzył przez okno, ja na drogę, i tylko raz powiedział: „Nie musisz robić ze mnie wariata”. Zatrzymałam auto pod jego blokiem, wysiadłam z nim, odprowadziłam do drzwi mieszkania. Kiedy wkładał klucz, pomylił go dwa razy. Potem zaśmiał się krótko, takim śmiechem na zbycie, jakby to była błahostka.
W domu u siebie usiadłam przy kuchennym stole i otworzyłam zeszyt. Dopisałam: „kurtka w przychodni, dezorientacja na korytarzu, poszedł w złą stronę”. Obok zrobiłam gwiazdkę, bo wiedziałam, że to jest to, co muszę pokazać, nawet jeśli będzie mnie to kosztować kolejne upokorzenie. Wzięłam telefon i zadzwoniłam do przychodni, prosząc o kolejną wizytę, tym razem dłuższą, z czasem na rozmowę ze mną osobno.
Przed snem dostałam od taty wiadomość: „Dzięki za podwózkę. Nie gniewaj się. Po prostu nie lubię lekarzy”. Odpisałam: „Nie gniewam się. Ale idziemy dalej”. Nie dopisałam, że nie pozwolę, żeby ktoś nazywał moją troskę histerią. Nie miałam siły tego ciągnąć ani ubierać w słowa.
Leżąc w łóżku, myślałam o jego spojrzeniu przy wieszaku. O tym, jak szybko potrafił w gabinecie założyć maskę, a jak nagle spadła na korytarzu. I o tym, że następnym razem wejdę do gabinetu spokojniej. Zeszyt będę mieć otwarty na właściwej stronie i nie dam się zbić z tropu.
Przedstawione historie są inspirowane prawdziwymi zdarzeniami. Nie odzwierciedlają jednak konkretnych wydarzeń ani rzeczywistych osób, a wszelkie podobieństwa do nich mają charakter przypadkowy.