Przełom przyszedł po przeprowadzce z Lublina do Warszawy. To właśnie wtedy po raz pierwszy Dominika zaczęła otwarcie mówić o swoim głębokim ubytku słuchu i przestała traktować go jako coś, co należy ukrywać. Wcześniej przez wiele lat dostosowywała się do otoczenia tak skutecznie, że większość osób nie miała pojęcia, z jakimi wyzwaniami mierzy się na co dzień.
Paradoksalnie, mimo bardzo głębokiego ubytku słuchu, zawodowo pracuje głosem. Organizuje wydarzenia i prowadzi działania komunikacyjne na co dzień współpracując z ludźmi. Przez długi czas wiązało się to jednak z ogromnym wysiłkiem – rozmowy przypominały nieustanne zgadywanie kontekstu, a każda sytuacja zawodowa wymagała dodatkowej koncentracji i czujności.
Z czasem znalazła narzędzia, które pozwoliły jej odetchnąć. Napisy na żywo, transkrypcje spotkań i rozwiązania wspierające organizację pracy przejęły część zadań, które wcześniej wymagały od niej nieustannej koncentracji. Dzięki temu Dominika mniej energii poświęca na kontrolowanie sytuacji, a więcej na to, co jest istotą jej pracy – współpracę z ludźmi i tworzenie nowych pomysłów. Podobną zmianę zauważyła także poza biurem. Dziś chętniej spotyka się z ludźmi, odwiedza kawiarnie i restauracje, bo nie musi już obawiać się, że rozmowa zacznie wymykać się jej z rąk.
1. Wspomina Pani, że przez lata robiła wszystko, by nikt nie zauważył ubytku słuchu. Jakie były najbardziej wymagające sytuacje w życiu codziennym lub zawodowym, w których musiała Pani wkładać najwięcej wysiłku, aby ukryć swoją dolegliwość?
Dominika Kopańska: Przez wiele lat żyłam trochę jak tłumacz własnej rzeczywistości. Świat wokół mnie mówił, a ja nieustannie składałam go z fragmentów: z pojedynczych słów, kontekstu, obserwacji ludzi i intuicji. Z czasem stało się to tak naturalne, że mało kto zauważał, ile energii mnie to kosztuje.
Pamiętam to już ze szkoły podstawowej. Lekcje przypominały czasem książkę, z której co kilka stron ktoś wyrwał kartki. Nauczyciel tłumaczył nowy temat, klasa nadążała za tokiem zajęć, a ja próbowałam odtworzyć brakujące fragmenty. Stąd brały się słabsze oceny – nie z braku chęci czy zdolności, ale z tego, że część wiedzy po prostu do mnie nie docierała. Nauczyłam się wtedy jednej z najważniejszych umiejętności w życiu: czytania między wierszami.
Podobnie było później na rynku pracy. Mówię bardzo wyraźnie, dlatego podczas rozmów kwalifikacyjnych nikt nie domyślał się, że jestem osobą słabosłyszącą i noszę aparaty słuchowe. Często nie mówiłam o tym od razu, bo wiedziałam, że dla wielu osób słowo „niedosłuch” uruchamia gotowe wyobrażenia. Chciałam, żeby najpierw zobaczyli moje kompetencje, doświadczenie i osobowość. I nieraz okazywało się, że pracowałam z kimś miesiącami, zanim dowiedział się o mojej wadzie słuchu. To wiele mówi o tym, jak często ograniczenia istnieją bardziej w głowach innych ludzi niż w rzeczywistości.
Szczególnym wyzwaniem (studia) były konferencje naukowe, debaty i wystąpienia publiczne. Kiedy pytanie pada z końca sali, a kilkadziesiąt osób czeka na odpowiedź, nie ma miejsca na zawahanie. W takich momentach działałam trochę jak detektyw – wychwytywałam kilka słów, obserwowałam kontekst rozmowy i w ułamku sekundy budowałam całość. Publiczność widziała pewność siebie. Ja czułam intensywną pracę umysłu, który próbował połączyć wszystkie elementy układanki.
2. Przeprowadzka do Warszawy została opisana jako przełom. Czy potrafi Pani wskazać konkretny moment, osobę, a może zbieg okoliczności, który sprawił, że poczuła Pani gotowość, by zacząć otwarcie mówić o swoim ubytku słuchu i przestać go ukrywać?
Nie pamiętam jednego konkretnego momentu, który wszystko zmienił. Nie była to scena jak z filmu, w której nagle podejmuje się decyzję i od następnego dnia żyje inaczej, tylko to był proces, który dojrzewał we mnie przez lata.
Bardzo ważną rolę odegrała moja terapeutka. Przez kilka lat pomagała mi odzyskiwać ciekawość świata i samej siebie. Dzięki niej zaczęłam patrzeć na niedosłuch nie jak na coś, co trzeba ukrywać, ale jak na część własnej historii. Nie najważniejszą, ale też nie taką, którą trzeba chować przed ludźmi.
Warszawa dała mi przede wszystkim przestrzeń do rozwoju. Zaczęły pojawiać się pierwsze zlecenia, zaproszenia do współpracy, wystąpienia na konferencjach. Moja działalność naukowa i samorzecznicza była zauważana. I chyba właśnie wtedy coś się we mnie zmieniło. Coraz
częściej miałam poczucie, że ludzie widzą we mnie przede wszystkim człowieka, specjalistkę, społeczniczkę, a dopiero później osobę słabosłyszącą. To daje niesamowicie ogromną wolność.
W pewnym momencie pomyślałam też: skoro aparaty słuchowe towarzyszą mi każdego dnia, skoro dzięki nim funkcjonuję, pracuję, występuję publicznie i realizuję swoje marzenia, to dlaczego miałabym je ukrywać? Przecież są częścią mnie. Nie powodem do wstydu, ale dowodem na to, jak różnymi drogami ludzie dochodzą do swoich celów.
Przez lata angażowałam się w działania samorzecznicze, opowiadałam o swoich doświadczeniach, tłumaczyłam świat osób słabosłyszących. To ważne, ale też bardzo wyczerpujące. Niosąc własną historię, łatwo zapomnieć o sobie. Dlatego teraz świadomie robię krok w tył. Nadal działam społecznie, ale już bez potrzeby bycia na pierwszej linii. Coraz bardziej interesuje mnie spokojne, konsekwentne działanie niż ciągłe tłumaczenie swojej obecności w świecie.
I chyba właśnie to jest dla mnie największa zmiana. Kiedyś ukrywałam niedosłuch, żeby nikt go nie zauważył. Dziś nie mam problemu, żeby o nim mówić, ale nie czuję też potrzeby, by był głównym bohaterem mojej historii.
3. Praca wymagająca ciągłej interakcji z ludźmi, jest wyzwaniem dla osoby z niemal 90-procentowym ubytkiem słuchu. Zanim pojawiły się technologie wspierające, jak radziła sobie Pani z "nieustannym zgadywaniem kontekstu" i jakie strategie wypracowała Pani, by sprostać wymaganiom zawodowym?
„Radziłam sobie”. Przez wiele lat funkcjonowałam w masce osoby, która doskonale sobie radzi. To była maska uśmiechu, pewności siebie i nieustannej gotowości. Trochę jak żołnierz na warcie, który wie, że nie może stracić czujności nawet na chwilę. Podczas rozmów stale obserwowałam ludzi, czytałam z ruchu warg, analizowałam mimikę, zgadywałam kontekst. Kiedy ktoś opowiadał historię, inni po prostu jej słuchali. Ja jednocześnie słuchałam, patrzyłam, interpretowałam i uzupełniałam brakujące fragmenty. To był proces, którego nikt nie widział.
Ta maska do pewnego czasu działała całkiem skutecznie. Ludzie często mówili, że jestem komunikatywna, otwarta i świetnie odnajduję się w kontaktach z innymi. Nie wiedzieli jednak, że pod koniec dnia czułam się tak, jakbym przez wiele godzin chodziła po polu minowym zbudowanym z dźwięków, rozmów, hałasu i bodźców. Wystarczył jeden dzień pełen spotkań, aby mój umysł był całkowicie przeciążony.
Dlatego po powrocie do domu zdejmowałam tę maskę. Dom był dla mnie czymś więcej niż miejscem do mieszkania. Był bezpieczną przystanią. Miejscem, w którym nie musiałam niczego udowadniać, niczego analizować i za nikim nadążać. Bardzo rzadko zapraszałam gości. Nie dlatego, że ich nie lubiłam, ale dlatego, że właśnie tam odzyskiwałam siły. Jeśli chciałam spotkać się z ludźmi, wybierałam spacer, kawiarnię, restaurację albo ławkę w parku. Mój dom był przestrzenią odpoczynku od świata i wszystkich jego dźwięków.
Dopiero po latach zrozumiałam, że największym wyzwaniem w życiu osoby słabosłyszącej nie jest sam niedosłuch, tylko ta nieustanna gotowość. Ciągłe bycie na posterunku. A przecież każdy człowiek potrzebuje miejsca, w którym może ten posterunek opuścić.
4. Wspomina Pani o narzędziach takich jak napisy na żywo czy transkrypcje. Czy są jeszcze inne, mniej oczywiste technologie lub rozwiązania, które znacząco poprawiły komfort Pani życia i pracy, a o których warto wspomnieć?
Szczerze mówiąc, pewnie jest wiele nowoczesnych rozwiązań, z których mogłabym korzystać, ale ja należę raczej do osób, które wybierają narzędzia rzeczywiście potrzebne na co dzień. Największą zmianę przyniosły mi napisy na żywo oraz automatyczne transkrypcje. Bardzo często korzystam również z Microsoft Copilot. To rozwiązania, które w prosty sposób zwiększają moją niezależność i pozwalają mi swobodniej uczestniczyć w rozmowach, spotkaniach czy wydarzeniach, bez ciągłego stresu, że coś ważnego mi umknie.
Technologia jest dla mnie przede wszystkim skuteczna wtedy, gdy staje się niemal niewidoczna. Nie szukam gadżetów, tylko rozwiązań, które realnie ułatwiają codzienność. Dlatego najbardziej cenię te narzędzia, które pozwalają mi skupić się na rozmowie, pracy czy drugim człowieku, zamiast na samym fakcie niedosłuchu.
Mam też poczucie, że czasem większą różnicę niż kolejna aplikacja robi zwykła dostępność i otwartość ludzi. Nawet najlepsza technologia nie zastąpi sytuacji, w której rozmówca mówi wyraźnie, nie zasłania ust i jest gotowy powtórzyć zdanie, jeśli zajdzie taka potrzeba. Dlatego obok rozwoju technologii równie ważny jest rozwój świadomości społecznej.
Ważną informacją jest to, że technologia, która jest dla mnie odpowiednia, może nie być skuteczna dla drugiej strony i na odwrót. Każdy z nas ma inne potrzeby i doświadczenia.
5. Od wystąpienia na TEDx Lublin, poprzez wybór kolorowych aparatów, po aktywne dzielenie się swoją historią – co jest dla Pani najważniejszą motywacją w tym procesie otwierania się i jakie konkretne przesłanie chciałaby Pani przekazać osobom, które być może wciąż ukrywają swoje trudności?
Najważniejszą motywacją jest dla mnie nadzieja. Nie ta wielka, patetyczna, ale bardzo konkretna. Nadzieja, że ktoś, kto dzisiaj siedzi w szkolnej ławce, na uczelni albo wraca z pracy i czuje się „gorszy”, przeczyta moją historię i pomyśli: „Skoro jej się udało, to może ja też dam radę”.
Przez wiele lat wydawało mi się, że muszę zasłużyć na akceptację. Być lepsza, bardziej przygotowana, bardziej uważna od innych. Jakbym każdego dnia musiała udowadniać światu, że
mimo niedosłuchu jestem wystarczająca. Dopiero z czasem zrozumiałam, że człowiek nie musi zasługiwać na prawo do bycia sobą.
Dlatego dziś nie pokazuję aparatów słuchowych dlatego, że chcę zwracać na siebie uwagę. Pokazuję je, bo pamiętam małą dziewczynkę, nastolatkę którą sama kiedyś byłam. Dziewczynę, która próbowała schować wszystko, co ją wyróżniało. Która bała się, że jeśli inni zobaczą jej słabość, przestaną dostrzegać jej siłę. A przecież prawda jest dokładnie odwrotna. To właśnie nasze doświadczenia, nasze blizny, nasze trudniejsze drogi często stają się źródłem największej siły.
Chciałabym, żeby osoby słabosłyszące wiedziały, że ich życie nie zaczyna się po operacji, po zakupie nowego aparatu, po znalezieniu idealnej pracy czy po zdobyciu akceptacji otoczenia. Ono dzieje się teraz: TU I DIŚ. Warto przestać odkładać siebie na później.
Niedosłuch zabiera część dźwięków, ale nie zabiera możliwości zachwycania się światem. Nie zabiera marzeń, odwagi, prawa do miłości, przyjaźni, kariery, podróży czy spełnienia. Nie zabiera człowieczeństwa.
Jeśli miałabym zostawić jedno przesłanie, byłoby ono bardzo proste: nie marnujcie życia na ukrywanie siebie. Świat potrzebuje ludzi prawdziwych, a nie idealnych. I wiem, że czasem potrzeba wielu lat, żeby w to uwierzyć. Mnie też zajęło to bardzo, baaaaaaaaaaaardzo długo.
Dzisiaj, kiedy patrzę na swoją drogę, nie myślę o tym, ile dźwięków mnie ominęło. Myślę raczej o wszystkich miejscach, do których dotarłam mimo ciszy. I chciałabym, żeby każda osoba słabosłysząca wiedziała, że jej historia również może być piękna, odważna i pełna sensu. Czasem wystarczy zrobić pierwszy krok i uwierzyć, że nie jesteśmy problemem do rozwiązania. Jesteśmy ludźmi, którzy mają prawo zajmować swoje miejsce w świecie – dokładnie takimi, jacy są.