Spis treści
"Nie mogę uwierzyć w to co się stało"
Pan Józef jest wstrząśnięty tragedią, która spotkała jego rodzinę oraz rodzinę jego swata. Mężczyzna w jednej chwili stracił syna Mateusza, synowa, którą bardzo szanował – Gabrysię i nowonarodzoną wnuczkę Luizę.
– Oni dwa lata temu wzięli ślub, zorganizowali skromne przyjęcie, niedawno kupili mieszkanie w Skawinie, które wyremontowali i czekali na narodziny córki. Moja wnuczka urodziła się osiem dni temu w krakowskim szpitalu. Dopiero w czwartek Gabrysia z Luizą wróciły do domu ze szpitala. Ja nie mogę uwierzyć w to co się stało – opowiada w rozmowie z "Super Expressem" pan Józef.
Dodaje, że następnego dnia w piątek (3 lipca) synowa miała jechać do szpitala na zdjęcie szwów. Do nowonarodzonej wnuczki przyjechała babcia, mama Gabrysi by się zaopiekować maleństwem na czas wizyty u lekarza.
Dramat za zamkniętymi drzwiami
Nie wiadomo co się stało za zamkniętymi drzwiami mieszkania kamienicy, w którym od roku mieszkało młode małżeństwa. W piątek tata Gabrysi nie mógł dodzwonić się do żony. Jej telefon nie odpowiadał. Zaniepokojony przyjechał z Wadowic do Skawiny, a gdy nikt nie otworzył mu drzwi mieszkania, zawiadomił służby. Zanim strażacy wyważyli drzwi, zajrzeli do mieszkania przez okno. Ociekało krwią. Stało się jasne, że doszło do wielkiej tragedii. Faktycznie po wyważeniu drzwi oczom funkcjonariuszy ukazał się straszny widok, który na pewno chcieliby wymazać z pamięci. Jak poinformowali funkcjonariusze policji w środku znajdowały się cztery ciała: dwóch kobiet, mężczyzny oraz 8 dniowego dziecka.
– Ostatni kontakt z tą rodziną był w czwartek, 2 lipca, wieczorem. Wstępnie zakładamy, że do tej zbrodni mogło dojść na przestrzeni 24 godzin, między czwartkiem a piątkiem, ponieważ ostatni kontakt ze swoją żoną, czyli babcią noworodka, dziadek dziecka miał w czwartek wieczorem. W piątek, gdy dziadek nie mógł się dodzwonić pojawił się w tym mieszkaniu o godz. 15.00 – poinformował "Super Express" Tomasz Waszczuk, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Krakowie.
Dodał, że ofiarom zadano liczny rany ostrym narzędziem oraz rany tłuczone, które mogły zostać zadane ciężkim przedmiotem.
"Mateusz muchy by nie skrzywdził"
– To był pierwszy dzień w domu mojej wnuczki – mówi zdruzgotany Józef G.
Dodaje, że nie może uwierzyć, że bezwzględnym zabójcą okazał się jego syn.
– Mateusz muchy by nie skrzywdził, co dopiero maleńką córeczkę czy żonę. Byli szczęśliwi razem. Odwiedzali nas, czekali na te narodziny. Mateusz od razu po urodzinach córki wszystko załatwiał w urzędach, zameldował dziecko w mieszkaniu – mówi.
Dodaje, że o tragedii dowiedział się od swata, który zaniepokojony brakiem kontaktu z żona pojechał sprawdzić co się stało.
– Ja od samego rano w piątek miałem złe przeczucia, choć o niczym nie wiedziałem i wtedy zadzwonił ojciec Gabrysi i mi powiedział, że wydarzyła się tragedia– wyznaje pan Józef. – Może ktoś ich zamordował bo ich pomylił z kimś innym, może to na jakieś zlecenie egzekucja była i pomyli się. Dzieci nie miały długów, mieli mieszkanie, pracę, nie mieli konfliktu z teściami. Nie rozumiem co się stało – mówi starszy pan.
Mieszkańcy zszokowani. "Jeszcze tydzień temu grillowali"
Także mieszkańcy miejscowości, gdzie Mateusz się urodził, wychował i mieszkał przez wiele lat z rodzicami i rodzeństwem mają o nim jak najlepsze zdanie.
– To złoty chłopak był. Spokojny, ułożony, nie łobuzował. A jak "dzień dobry mówił" to wręcz kłaniał się głową. Do kościoła na 7 rano rowerem jeździł. Pracował. Dwa lata temu się ożenił i zamieszkał z żoną. Ale rodziców wspólnie odwiedzali – mówi mężczyzna, który Mateusza znał od dziecka.
W podobnym tonie o Mateuszu G wyrażają się klienci sklepu w którym pracował w Skawinie.
– W nim cienia agresji nie było. Był bardzo miły i pomocny – mówią zdruzgotani.
W domu małżeństwa nigdy nie było żadnych awantur, a sąsiedzi nie słyszeli nawet podniesionych głosów.
– Jeszcze tydzień temu, przed narodzinami córeczki grillowali i nie mogli się doczekać aż będzie na świecie – mówią.
Polecany artykuł: