- W Ustce rozegrała się tragedia: funkcjonariusz SOP zaatakował nożem swoją rodzinę, zabijając córkę.
- Sąsiedzi opisują przerażające krzyki i płacz dzieci. Zaalarmował ich ranny syn Piotra K.
- Mężczyzna, który chronił najważniejsze osoby w państwie, w środę usłyszy zarzuty. Co pchnęło go do tak potwornego czynu?
Tragedia w Ustce. Relacja sąsiadów jeży włos na głowie
W poniedziałek, około godziny 22, ciszę spokojnego osiedla przerwał rozpaczliwy krzyk.
- To nie był zwykły krzyk. To był ryk. Jeden wielki krzyk o pomoc. Potem pisk dzieci – mówi sąsiad z naprzeciwka. – Tego się nie da wyrzucić z głowy - dodaje.
Funkcjonariusz SOP wpadł w szał
W środku Piotr K., 44‑letni major Służby Ochrony Państwa, rzucił się z nożem na własną rodzinę. Zginęła jego czteroletnia córka, Aniela. Żona Malwina została ciężko ranna, ma wielonarządowe obrażenia i walczy o życie w szpitalu. Ranni są też jej rodzice. Ich syn Olek uciekł z mieszkania i to on zaalarmował sąsiadów. Wybiegł w piżamie, zakrwawiony, bоso na klatkę schodową.
- Stał jak wryty. Cały we krwi. Dopiero wtedy zrozumieliśmy, że w środku dzieje się coś strasznego - opowiada jeden z mieszkańców.
Sąsiedzi próbowali interweniować. Jeden rozbił krzesło na głowie napastnika. Mężczyzna zabarykadował się w pokoju z córką. Dopiero policja wyciągnęła go z mieszkania. Gdy go wyprowadzali, był skuty kajdankami, owinięty bandażami, pobudzony i zakrwawiony. Miał próbować odebrać sobie życie.
Polecany artykuł:
"Zawsze grzeczny, normalny"
Kim był Piotr K.? Przez lata chronił najważniejsze osoby w państwie. Pracował jako pirotechnik. W 2012 roku został odznaczony przez prezydenta Bronisława Komorowskiego za służbę na misjach zagranicznych. Koledzy mówili o nim: spokojny, opanowany, profesjonalista. Blisko dwa metry wzrostu, potężna sylwetka.
- Kawał chłopa, ale zawsze grzeczny. Normalny. Pytał, jak się czuję. A dwa dni później zrobił coś takiego… - mówi sąsiad i spuszcza wzrok.
Malwina pochodziła z Ustki. Tu chodziła do szkoły, potem wyjechała do Warszawy, gdzie poznała Piotra. W niedzielę wszyscy widzieli ich razem na spacerze. Nic nie zapowiadało tragedii.
Dziś po tej rodzinie zostały krew na schodach, zapalone znicze i pisk dziecka, który nie daje spać całemu osiedlu. Ludzie zatrzymują się w ciszy i patrzą w górę, na okna pierwszego piętra. Tam wciąż pracują policjanci, zabezpieczając ślady zbrodni. Prokuratura prowadzi śledztwo, w środę Piotr K. ma usłyszeć zarzuty. Grozi mu dożywocie.