Krwawy atak w szkole, bagnet w plecaku, 10-latka zaatakowana toporkiem. Co dzieje się z naszymi dziećmi? „Dlaczego miałyby nas nie naśladować?”

Dziś 19-letni uczeń zaatakował w szkole w Ostrołęce. Wcześniej 11-latek chwycił za toporek, 13-latek miał szykować się do ataku z bagnetem, a 17-latek planować zamach. Niestety takie historie coraz mniej szokują. Coraz częściej przemoc młodych osiąga skalę, którą jeszcze niedawno trudno było sobie wyobrazić. Skąd bierze się taka agresja? – Jeżeli dorośli próbują zdobyć sławę poprzez agresywne, przemocowe postawy, to dlaczego dzieci, obserwując nas, miałyby tego nie naśladować? – pyta w rozmowie z radiem "Eska" Justyna Kotowska, psycholog i psychoterapeuta.

W środę, 7 października, kolejna szkoła stała się miejscem dramatu. W Zespole Szkół Zawodowych nr 4 w Ostrołęce 19-letni uczeń zaatakował ostrym narzędziem uczniów i nauczycieli. Został zatrzymany przez policję. Po wszystkim zaczęły pojawiać się pytania, które wracają po niemal każdej podobnej tragedii. Jak to możliwe? Dlaczego nikt wcześniej niczego nie zauważył? Czy można było temu zapobiec?

Bo Ostrołęka nie jest jedynym takim przypadkiem. Kilka dni wcześniej policjanci zatrzymali 13-latka, który miał planować atak w swojej szkole. W plecaku przygotowanym na lekcje znaleziono bagnet. Wcześniej 11-letni Czarek zaatakował toporkiem 10-letnią Nikolę w podstawówce w Ptakach pod Kolnem. Jest też historia 17-letniego Pawła G., którego ABW zatrzymała pod zarzutem przygotowywania zamachu. Według śledczych jednym z potencjalnych celów miała być szkoła.

Po fakcie bardzo łatwo stworzyć prosty obraz. Jest ofiara i jest sprawca. Niekiedy o młodym napastniku zaczyna się mówić jak o „bestii” czy „potworze”. Problem w tym, że chwilę wcześniej ludzie z jego otoczenia mogli widzieć zupełnie inną osobę. W przypadku 13-latka spod Wąbrzeźna jego matka mówiła reporterowi „Super Expressu”: „Nie wierzę w to, co mówią o moim synu”. Inni opisywali chłopca jako spokojnego, zamkniętego w sobie. Czarek, który chwycił za toporek, według rodziny wcześniej sam miał doświadczać przemocy ze strony rówieśników. Czy więc naprawdę wystarczy powiedzieć, że dziecko nagle stało się potworem?

„Jesteśmy zanurzeni w przemocy”

Warto zacząć od tego, aby porzucić myślenie o tym, że jest jeden czynnik, który odpowiada za przemoc – mówi „Super Expressowi” Justyna Kotowska, psycholog i psychoterapeuta. – Czy to przemoc rówieśnicza, czy przemoc ze strony dorosłych wobec dzieci. Zawsze jest to kompilacja czynników.

To ważne, bo po każdej tragedii zaczyna się szukanie jednej odpowiedzi. Internet. Gry. Rodzice. Szkoła. Problemy psychiczne. Rówieśnicy. TikTok. „Złe towarzystwo”. Gdyby istniał jeden winny, rozwiązanie byłoby stosunkowo proste. Usuwamy przyczynę i problem znika. Tak jednak nie jest. Zdaniem Kotowskiej jeden element współczesnego świata jest szczególnie istotny: z agresją mamy kontakt niemal bez przerwy.

Obecnie, ze względu na rozwój nowych technologii, my wbrew pozorom jesteśmy zanurzeni w przemocy. I tolerancja na przemoc, na agresję nam wzrasta – mówi.

Nie chodzi wyłącznie o brutalne filmy czy nagrania bójek. Agresja stała się również sposobem zdobywania uwagi. Im mocniejsze słowa, większa awantura i bardziej bezwzględny atak na drugiego człowieka, tym większa szansa na wyświetlenia. Kotowska zwraca uwagę, że ten mechanizm widać również w życiu publicznym i polityce. Wystarczy porównać zainteresowanie spokojnymi, merytorycznymi wypowiedziami z materiałami, w których jedna osoba brutalnie obraża albo atakuje drugą. I dzieci doskonale to widzą.

„Dlaczego dzieci miałyby nas nie naśladować?”

To, co się dzieje w social mediach, to, w jaki sposób obecnie zdobywana jest popularność, jakimi informacjami jesteśmy bombardowani, na jaką ekspozycję młodzi są wystawiani, w jakiej presji żyją – wszystko to ma znaczenie – tłumaczy Kotowska.

Psycholog zwraca jednak uwagę na coś jeszcze. Dorośli bardzo chętnie pytają, skąd młodzi nauczyli się agresji. Znacznie rzadziej zastanawiają się nad tym, co sami im pokazują.

Jeżeli dorośli próbują zaistnieć w świecie i zdobyć sławę poprzez prezentowanie agresywnych, przemocowych postaw, to dlaczego dzieci, obserwując nas, miałyby tego nie naśladować?

W przypadku 19-latka z Ostrołęki pojawiały się relacje, że wcześniej miał mówić, iż chce, żeby w dniu jego urodzin było o nim głośno. Na razie nie wiadomo, jaki rzeczywiście był motyw ataku. Samo pragnienie zdobycia uwagi poprzez agresję nie jest jednak dla psycholog czymś niewyobrażalnym.

Może się za tym kryć potrzeba zauważenia – mówi Kotowska, zastrzegając, że informacje dotyczące konkretnego 19-latka muszą zostać zweryfikowane przez śledczych.

Agresja może bowiem dać młodemu człowiekowi coś, czego wcześniej nie miał: uwagę. Nagle wszyscy o nim mówią.

Najpierw ofiara, później sprawca?

Historia 11-letniego Czarka pokazuje, że granica między ofiarą i sprawcą potrafi być bardziej skomplikowana, niż wygląda na pierwszy rzut oka. 22 września chłopiec zaatakował w szkole toporkiem młodszą koleżankę. Ranna Nikola trafiła pod opiekę medyków, a dalszą napaść przerwał dorosły, który obezwładnił 11-latka i odebrał mu narzędzie. Później rodzina Czarka przekonywała, że wcześniej to on miał być dręczony i wyśmiewany przez innych uczniów. Szkoła odpowiadała, że nie otrzymywała takich sygnałów.

Doświadczenie przemocy oczywiście nie usprawiedliwia brutalnego ataku. Może być jednak jednym z elementów prowadzących do późniejszej agresji.

Im większe jest ryzyko, że osoba doświadcza przemocy, tym większa szansa, że w przyszłości może stać się sprawcą agresji – zwraca uwagę Kotowska.

I tu liczby są wyjątkowo niepokojące. Psycholog przywołuje badanie Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę przeprowadzone na ponad 140 tys. młodych osób. 87 procent dzieci powyżej 10. roku życia zgłosiło doświadczenie przemocy rówieśniczej. Jeszcze bardziej zastanawiająca jest druga liczba.

Jedynie 35 procent z nich zgłasza tę przemoc – mówi Kotowska. – To znaczy, że z jakiegoś powodu albo nie wierzą w skuteczność systemu reagowania, albo obawiają się eskalacji.

Innymi słowy: ogromna część dzieci może przeżywać swoją krzywdę po cichu.

„Nagła zmiana zachowania powinna nas zaniepokoić”

Czy rodzic może zauważyć, że dzieje się coś złego? Nie istnieje prosty zestaw zachowań pozwalający stwierdzić: „to dziecko może kogoś zaatakować”. Takie myślenie samo w sobie byłoby niebezpieczne. Wycofany nastolatek nie jest potencjalnym napastnikiem tylko dlatego, że stał się bardziej zamknięty. Są jednak sygnały, których zdaniem Kotowskiej nie warto ignorować.

Zawsze powinna nas zaniepokoić nagła zmiana zachowania – mówi. – Oczywiście nie jest to sygnał specyficzny, czyli na podstawie samej zmiany zachowania nie możemy zakładać, że ktoś kogoś zaatakuje. Ale wtedy powinniśmy zwrócić uwagę na dziecko.

Do tego dochodzą coraz większa izolacja, samotność czy spadek empatii. I właśnie tu wraca historia 13-latka, którego policjanci mieli zatrzymać przed planowanym atakiem. Chłopiec był opisywany jako spokojny i zamknięty w sobie, a nie jako ktoś, przed kim otoczenie od dawna drżało ze strachu. Dopiero później pojawiły się informacje o bagnecie przygotowanym w szkolnym plecaku.

Dlatego nie chodzi o doszukiwanie się w każdym zamkniętym w sobie dziecku przyszłego sprawcy. Chodzi o zauważenie nagłej zmiany i zainteresowanie się tym, skąd się wzięła.

„Jeżeli ktoś planuje, zawsze jest szansa”

Paradoksalnie najbardziej przerażający element niektórych z tych spraw może być także szansą. Chodzi o planowanie. Według śledczych 17-letni Paweł G. przygotowywał zamach, interesował się bronią, a jednym z potencjalnych celów miała być szkoła. 13-latek spod Wąbrzeźna również miał przygotowywać się do ataku. W obu przypadkach do tragedii nie doszło.

Najtrudniej jest przeciwdziałać zachowaniom impulsywnym, nagłym, nieprzewidywalnym, bo tam nie ma tego interwału czasowego na zareagowanie zewnętrzne – wyjaśnia Kotowska. – Natomiast jeżeli ktoś planuje, to zawsze jest szansa, mniejsza lub większa, ale zawsze jest więcej czasu na to, żeby zareagować i żeby takiemu dzieciakowi pomóc.

Zapowiedzi przemocy, gromadzenie narzędzi mogących służyć do ataku czy konkretne przygotowania nie powinny więc być zbywane jako „głupie gadanie”. W pewnym momencie sama rozmowa z dzieckiem może już nie wystarczyć.

„Sama rozmowa może nie pomóc”

Jeżeli chodzi o stan zagrożenia sobie bądź komuś, to sama rozmowa może nie pomóc – podkreśla psycholog. – Tutaj najczęściej trzeba dodatkowej konsultacji, czasami izolacji czasowej. Zawsze musi to określić specjalista, na ile rzeczywiście osoba jest zagrażająca sobie bądź komuś.

Kotowska wskazuje m.in. na potrzebę oceny ryzyka przez lekarza psychiatrę i dobrania pomocy odpowiedniej do konkretnej sytuacji. Rodzic słyszący niepokojące słowa naturalnie może chcieć najpierw usiąść z dzieckiem i porozmawiać, ale jeśli istnieje realne zagrożenie dla niego samego albo innych osób, potrzebna jest pomoc specjalisty. Kluczowe jest reagowanie, zanim przygotowany scenariusz stanie się rzeczywistością.

„Szkoła musi przyjrzeć się swoim procedurom”

Dom to jednak tylko część świata dziecka. Ogromną część dnia młodzi spędzają w szkole. Tam powstają przyjaźnie i konflikty, tam rozgrywa się część przemocy rówieśniczej i tam nauczyciel może zobaczyć coś, czego rodzic nie widzi w domu.

Dzieciaki naprawdę kawał swojego czasu spędzają w szkołach – mówi Kotowska. – System edukacji musi przyjrzeć się swoim procedurom przeciwdziałania przemocy.

Nie dopiero wtedy, gdy uczeń pojawi się na korytarzu z toporkiem, nożem czy bagnetem. Zdaniem psycholog działania powinny zaczynać się dużo wcześniej. Pierwszy poziom to profilaktyka i zapobieganie przemocy, także tej występującej w sieci. Drugi to szybka reakcja bezpośrednio po zdarzeniu i ograniczenie jego skutków. Trzeci to długofalowa pomoc, zarówno pokrzywdzonym, jak i sprawcy, aby sytuacja się nie powtórzyła.

Na tych trzech poziomach musimy systemowo do tego problemu podejść. Inaczej takich zdarzeń będzie więcej – ostrzega Kotowska.

Znów można wrócić do Czarka. Jego rodzina mówiła o wcześniejszym prześladowaniu, podczas gdy szkoła zapewniała, że takich informacji nie miała. Te dwie rzeczy nie muszą się wzajemnie wykluczać. Dziecko mogło doświadczać przemocy i jednocześnie nikomu w szkole o niej nie powiedzieć. Tym ważniejsze staje się pytanie: czy dziecko, które dziś jest krzywdzone, wie, komu może o tym powiedzieć? I czy wierzy, że ktoś rzeczywiście mu pomoże?

„Treści agresywne są klikalne. To jest nasza zguba”

Jest jeszcze przestrzeń, do której dorośli często zaglądają dopiero wtedy, kiedy wydarzy się coś złego: internet. Przemoc rówieśnicza dawno przestała oznaczać tylko bójkę na szkolnym korytarzu czy wyzwiska na boisku. Może oznaczać wyrzucenie z grupy, prześmiewcze zdjęcie, mem, nagranie, publiczne poniżenie czy przerabianie wizerunku. Do tego dochodzi świat, w którym agresja po prostu dobrze się sprzedaje.

Może być tak, że ta agresja, która jest clickbaitowa w social mediach, nie sprzyja rozwojowi empatii – mówi Kotowska. – Niestety w social mediach treści agresywne są klikalne i to jest nasza zguba.

Dorosły często nadal mówi: „to tylko internet”. Telefon można odłożyć, aplikację zamknąć, komputer wyłączyć. Tyle że dla dziecka ten podział może już nie istnieć.

„Dla młodych to jest jeden świat”

I być może właśnie tu leży jedna z największych różnic między dziećmi i ich rodzicami. Pokolenie dzisiejszych dorosłych dorastało w świecie, w którym internet był dodatkiem do życia albo pojawił się dopiero później. Dlatego łatwiej oddziela to, co wydarzyło się „w realu”, od tego, co wydarzyło się w sieci. Młodzi takiego podziału często nie znają.

To dla nas, osób, które wzrastały bez nowych technologii, to są dwa światy. Dla młodych jest to jeden i ten sam świat – mówi Justyna Kotowska.

Jeżeli więc dziecko jest wyśmiewane w internecie, dla niego krzywda nie znika po zgaszeniu ekranu.

Jeżeli doświadczają czegoś w internecie, w sieci, przeżywają to realnie. To jest jeden świat. Traktujmy to na równi, bo niestety ma to podobną siłę. Nie możemy tego pomijać w żaden sposób – podkreśla psycholog.

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki

ROLKI