Mama Krzysia Dymińskiego w poruszającym wywiadzie. Wierzy, że syn nie skoczył z mostu! Mąż ją przepraszał

Agnieszka Dymińska, mama zaginionego Krzysztofa Dymińskiego, w poruszającym wywiadzie dla "Wysokich Obcasów" opowiedziała o życiu po zaginięciu syna. Wróciła wspomnieniami do samych początków sprawy i słów, które skierował wówczas do niej mąż. - Przepraszam, że nie znalazłem nam syna - stwierdził mężczyzna. Rodzina Dymińskich od tamtej pory żyje w pewnym zawieszeniu, lecz nie traci nadziei na szczęśliwy finał tej historii.

Krzysztof Dymiński zaginął 27 maja 2023 roku. Wyszedł z domu nad ranem. Kamery po raz ostatni zarejestrowały go na Moście Gdańskim w Warszawie. Od tamtej pory jego rodzina próbuje ustalić, co wydarzyło się później, o czym wielokrotnie pisaliśmy na naszych łamach. Jednym z najbardziej przejmujących obrazów tych poszukiwań stała się Wisła. Daniel Dymiński, ojciec Krzysztofa, przez kolejne lata przeczesywał rzekę, próbując znaleźć jakikolwiek ślad syna. Jego działania pokazuje film Michała Marczaka „Bez końca”. Agnieszka Dymińska, która udzieliła obszernego i poruszającego wywiadu dla „Twoich Obcasów”, zobaczyła produkcję jeszcze przed festiwalową premierą w Sundance. Jej reakcja była jednoznaczna. „To straszny film, bo tak wygląda teraz nasze życie” – powiedziała reżyserowi. Nie chodziło o ocenę samego filmu. Dla matki Krzysztofa był on zapisem rzeczywistości, którą rodzina zna aż za dobrze: desperacji ojca, ogromu rzeki i kolejnych prób odnalezienia odpowiedzi. „Żaden rodzic nie powinien szukać swojego dziecka w taki sposób” – mówi.

Ostatni ślad na moście. Mama wspomina syna: radosnego, ciekawego świata nastolatka

Agnieszka Dymińska również była na Moście Gdańskim. Pojechała tam, gdy policja poinformowała rodzinę, że właśnie stamtąd pochodzi ostatni ślad Krzysztofa. Patrząc na mętną i brudną wodę, nie potrafiła uwierzyć, że syn mógł do niej skoczyć. Jak przyznaje, znała go jako radosnego, ciekawego świata nastolatka. Miał plany, interesował się m.in. biologią i chciał zostać lekarzem. Dlatego możliwość samobójstwa była dla niej tak trudna do pogodzenia z obrazem syna, który znała. Jednocześnie samo zaginięcie podważyło jej poczucie pewności. Nie przypuszczała przecież również, że Krzysztof może wstać w środku nocy i bez słowa opuścić dom.

Czytaj także:  "Pierwszy raz miałem odruch wymiotny w kinie". Film o zaginionym 16-latku ma szansę zgarnąć Oscara

Rodzice zaczęli więc szukać odpowiedzi. Analizowali informacje, do których byli w stanie dotrzeć, sprawdzali komputer syna, a Daniel Dymiński odzyskał kopię danych z jego telefonu. Matka przeczytała prywatne rozmowy Krzysztofa, choć - jak przyznaje - było to dla niej bardzo niekomfortowe. Wiedzieli, że nastolatek był zakochany. Dzień przed zaginięciem spotkał się z dziewczyną, później długo rozmawiali przez internet. Nad ranem zabrał ze sobą m.in. plastikową różę, którą od niej dostał, i wyszedł z domu. Rodzice od początku starali się jednak chronić dziewczynę przed publicznymi oskarżeniami i nie ujawniali jej danych.

Pierwsze godziny po zniknięciu syna oznaczały dla rodziny gorączkowe poszukiwanie logicznego wyjaśnienia. Może wyszedł i zasłabł? Może rozładował mu się telefon? Z czasem pojawiały się coraz trudniejsze pytania. „Co się stało? Czy zrobiliśmy coś nie tak? Coś nie tak powiedzieliśmy? Zadręczaliśmy się” – wspomina Agnieszka Dymińska. Rodzina skorzystała z pomocy psychotraumatologa i interwencji kryzysowej. Specjalista uczył rodziców, by nie tworzyli kolejnych hipotetycznych wersji wydarzeń i nie próbowali bez końca odtwarzać tego, co Krzysztof mógł tamtej nocy myśleć lub czuć. To szczególnie trudne, gdy nie ma jednej informacji pozwalającej zamknąć poszukiwania.

„Nie oszukuję się: potrzebujemy dziś cudu, żeby cokolwiek znaleźć, jeśli on jest w tej wodzie” – przyznaje matka chłopca.

Ojciec wciąż szuka. Pani Agnieszka w pewnym sensie doświadczyła najpierw zniknięcia syna, a potem męża

Po zaginięciu syna Daniel Dymiński skoncentrował się na Wiśle. Agnieszka opisuje jego poszukiwania jako działanie na granicy obsesji. Sama nie była w stanie szukać w ten sposób. W filmie „Bez końca” widać m.in. próby odtworzenia możliwej trajektorii w rzece. Dla Agnieszki techniczny sposób patrzenia na poszukiwania jest niemal niemożliwy. Tam, gdzie inni mówią o ciele czy szczątkach, ona nadal myśli o swoim dziecku. Aktywność męża miała też swoją cenę dla całej rodziny. Jak przyznaje, po zniknięciu syna w pewnym sensie straciła również Daniela, który całkowicie pochłonięty był poszukiwaniami. Nie chciała jednak żądać, żeby przestał. „Mogłam jedynie powtarzać: 'nie zapominaj, że masz drugiego syna'”. Szczególnie zapamiętała jeden z pierwszych powrotów męża znad rzeki.

Zobacz również:  Ojciec Krzysia Dymińskiego od lat przeszukuje Wisłę. Znalazł już 7 ciał

„Przepraszam, że nie znalazłem nam syna” – powiedział wtedy Daniel i rozpłakał się w drzwiach. Rodzina Krzysztofa nie otrzymała informacji, która pozwoliłaby jej rozpocząć i zakończyć żałobę. Nie odnaleziono ciała, a rodzice nie wiedzą, czy ich syn nie żyje, czy też z jakiegoś powodu zniknął. „Jeśli Krzyś żyje, niech się odezwie. A jeśli nie, to też chciałabym się dowiedzieć” – mówi jego matka. To właśnie niewiedzę określa jako jeden z najbardziej wyniszczających elementów całej sytuacji. „Codziennie, gdy kładę się spać, o niczym innym nie marzę, tylko o tym, by znaleźć odpowiedź na pytanie: Co się stało z moim synem?”.

Agnieszka Dymińska mówi, że nie potrafi sama zdecydować, że Krzysztof nie żyje. Bez odnalezienia syna nie może przejść procesu żałoby. Musiała zamiast tego nauczyć się funkcjonować w niepewności. „Musiałam nauczyć się żyć w niewiedzy, niepewności i zawieszeniu. I to jest najtrudniejsza rzecz, bo jestem tym naprawdę bardzo zmęczona” - podkreśla. 

Zobacz galerię zdjęć. Dalsza część materiału znajduje się pod nią.

Oskarżenia zamiast wsparcia, czyli trudności, z którymi przyszło się mierzyć rodzinie Dymińskich

Rodzina Dymińskich od początku szeroko nagłaśniała zaginięcie. Dzięki temu sprawa Krzysztofa stała się znana w całym kraju, a do rodziców zaczęły napływać zgłoszenia od osób przekonanych, że gdzieś widziały nastolatka. Rozpoznawalność przyniosła jednak również drugą, znacznie bardziej bolesną stronę. „Nie jestem celebrytką ani influencerką, nie dlatego występowałam w mediach, nie szukałam sławy. Jestem po prostu mamą Krzyśka” – podkreśla Agnieszka Dymińska. Jak mówi, publicznie oceniano ją jako matkę, analizowano jej słowa, zdjęcia i zachowanie. W internecie pojawiały się również całkowicie bezpodstawne historie dotyczące życia prywatnego rodziny. „Ocenianie mnie jako matki bardzo mnie bolało i boli do dziś” - mówi. Jedna z kobiet, która początkowo pomagała rodzinie, założyła później grupę w mediach społecznościowych, na której publikowała insynuacje na temat Dymińskich. Pojawiały się tam sugestie dotyczące małżeństwa rodziców, starszego syna oraz rzekomego życia prywatnego Agnieszki. Rodzina zetknęła się również z działalnością samozwańczego jasnowidza. Najpierw przekonywał matkę Krzysztofa, że jej syn został zamordowany, później twierdził, że widział go żywego. Publicznie posługiwał się wahadełkiem, sugerując odpowiedzialność członków rodziny za zaginięcie chłopca. Po interwencji prawnika usunął materiały i przeprosił.

Agnieszka Dymińska podkreśla, że zaginięcie syna zostało potraktowane poważnie, a Krzysztof otrzymał najwyższy stopień poszukiwań. Jednocześnie ma do działań służb wiele pytań i zastrzeżeń. Rodzice zobaczyli jedynie fragment nagrania z Mostu Gdańskiego. Według relacji matki widać na nim Krzysztofa stojącego przez około 20 minut i patrzącego w dal. Kamera nie zarejestrowała momentu skoku. Rodzina chciała również zobaczyć zapis z autobusu, którym nastolatek jechał do Warszawy. Nie otrzymała do niego dostępu. „Ja bym chciała zobaczyć, jak się wtedy zachowywał. Może dałoby mi to jakąś odpowiedź, może bym zrozumiała, co wtedy myślał, bo naprawdę dobrze go znałam” – mówi matka.

Ma też żal, że działania na Wiśle – w jej ocenie – nie zostały podjęte wystarczająco szybko i z taką intensywnością, z jaką później szukał Daniel. „Myślę sobie, że gdyby weszli na wodę wcześniej i gdyby szukali tak, jak szuka mój mąż, być może dzisiaj miałabym odpowiedź i nie cierpiałabym w niewiedzy tak długo”. Z doświadczenia własnej tragedii Dymińscy stworzyli działania skierowane także do innych rodzin osób zaginionych. Powstała kampania społeczna „Gdzie jesteś?”, której pierwszej odsłonie towarzyszyło hasło: „Gdy znika dziecko, gubi się cała rodzina”.

Próbują być wsparciem dla innych. „Nie wymazuję syna z mojego życia”

Do Agnieszki zaczęli zgłaszać się bliscy innych zaginionych. Niektórzy potrzebowali informacji, inni przede wszystkim kogoś, kto rozumie doświadczenie życia bez odpowiedzi. Matka Krzysztofa uważa, że rodzinom w podobnej sytuacji potrzebna jest natychmiastowa pomoc psychotraumatologiczna, najlepiej dostępna lokalnie i uruchamiana bez konieczności samodzielnego szukania specjalisty przez ludzi znajdujących się w szoku. Postuluje również wyznaczanie policyjnego oficera kontaktowego, który byłby łącznikiem między rodziną a służbami. Za szczególnie istotny uważa większy dostęp bliskich do materiałów z poszukiwań, jeśli członkowie rodziny zostali wykluczeni z grona osób podejrzewanych.

Po zaginięciu Krzysztofa jego matka wróciła do pracy po dwóch tygodniach. Jak tłumaczy, nie chciała już siedzieć w domu i płakać. Jednocześnie rozsypało się życie, które wcześniej uważała za swój fundament. Rodzina zawsze była dla niej najważniejsza. Krzysztof był długo wyczekiwanym dzieckiem. Agnieszka wcześniej dwukrotnie straciła ciążę. O synu opowiada jako o chłopcu pogodnym, lubianym i ciekawym świata. „Nie wymazuję syna z mojego życia, nie wymazuję tych 16 lat, kiedy był z nami. Jestem za nie bardzo wdzięczna” - podkreśla.

Dziś Dymińscy próbują wykorzystać własne doświadczenie, by mówić również o kryzysach psychicznych młodych ludzi. Nowe hasło kampanii „Gdzie jesteś?” brzmi: „Gdziekolwiek jesteś, nie jesteś sam”. Przekaz kierowany jest szczególnie do nastolatków, którzy czują się osamotnieni lub myślą o odebraniu sobie życia: mają szukać pomocy u bliskich, przyjaciół lub specjalistów i nie podejmować nieodwracalnych decyzji pod wpływem emocji. Przez lata rzeka była dla rodziny jednym z najboleśniejszych symboli zaginięcia. Agnieszka długo nie była w stanie uczestniczyć w prowadzonych tam przez męża poszukiwaniach. Z czasem jej stosunek do Wisły zaczął się zmieniać. Uznała, że jeśli jej syn rzeczywiście skoczył z mostu, rzeka nie ponosi za to winy. W końcu zdecydowała, że chce popłynąć łodzią razem z mężem. Czekała na odpowiedni dzień, obawiając się, że w ostatniej chwili zrezygnuje. Nie zrezygnowała. Popłynęli tylko we dwoje.

„Gdyby nie to, że Wisła do końca życia będzie dla mnie pewnym symbolem, to nazwałabym tę wyprawę piękną” - wyznała. 

Poszukiwania Krzysztofa Dymińskiego nadal trwają. Jego rodzice wciąż czekają przede wszystkim na odpowiedź, która od maja 2023 roku pozostaje poza ich zasięgiem: co stało się z ich synem. Film Michała Marczaka „Bez końca”, opowiadający o poszukiwaniach prowadzonych przez Daniela Dymińskiego, ma trafić do kin 11 września.

Artykuł opracowany na podstawie wywiadu Pauliny Reiter z Agnieszką Dymińską opublikowanego w tygodniku „Wysokie Obcasy”

Sonda
Czy kiedykolwiek poszukiwany Krzysztof Dymiński odnajdzie się?
Szukali zaginionego Krzysia Dymińskiego w Wiśle. Ojciec wyłowił zwłoki z rzeki

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki