Uciekli z domu w kilka minut
Dla Nikoletty Siklósi-Dąbrowskiej wieczór z początku lipca 2025 roku zaczął się zupełnie zwyczajnie. Wróciła z zakupów do domu. Nagle na klatce schodowej poczuła zapach spalenizny. Początkowo nie wzbudziło to jej niepokoju.
− Ciężko powiedzieć od czego to się zaczęło. Akurat wróciłam z zakupów, czułam na korytarzu spaleniznę, ale przypisałam to jakiemuś obiadowi − opowiadała „Super Expressowi”.
Kilka chwil później wszystko się zmieniło. Sąsiad zapytał, czy zna numer na straż pożarną, bo − jak powiedział − pali mu się dach. Początkowo ognia nie było jeszcze widać. Dym z minuty na minutę szybko gęstniał.
− Przed ewakuacją weszłam do mieszkania, żeby zamknąć okna na poddaszu. Wtedy już było widać kłęby ciemnoszarego dymu. Miałam takie takie odczucie, że zaraz ogień wejdzie mi do mieszkania − dodawała.
Razem z mężem i niespełna trzyletnią córką uciekli z domu praktycznie bez niczego.
− To była szybka ewakuacja, zabranie najpotrzebniejszych rzeczy. Mamy niespełna trzyletnią córkę, więc jej bezpieczeństwo było dla nas priorytetem. Mąż wziął ją pod pachę. Ja wzięłam wózek, bo nie wiedzieliśmy ile będzie trwała cała ta sytuacja. Wyszliśmy tak jak staliśmy, córka nawet bez butów − mówiła dalej.
Ich mieszkanie spłonęło doszczętnie. Jak wspomina dziś Nikoletta, gdy po raz pierwszy pozwolono mieszkańcom wejść do środka, im udało się zabrać ze środka tylko jedną reklamówkę rzeczy. Reszta nadawała się do utylizacji.
Najtrudniejsze zaczęło się po pożarze
Miniony rok nie był jednak wyłącznie próbą poradzenia sobie ze stratą mieszkania i wszystkiego, co zostało w środku. Bardzo szybko zaczął się drugi etap: walka o powrót do normalnego życia.
− Pomalutku do przodu? Czy udało wam się chociaż trochę otrząsnąć po tym pożarze? − pytam.
− Tak, zaciągnęliśmy nowy kredyt, bo inaczej się nie dało. Córce trzeba zapewnić stabilizację, więc u tych znajomych, kilkaset metrów stąd, mieszkaliśmy pół roku. W styczniu dopiero się od nich wyprowadziliśmy i tak naprawdę od stycznia jesteśmy już na nowych włościach − odpowiada Nikoletta, z którą rozmawiam przed spalonym budynkiem.
Walka o odszkodowanie trwała niemal rok
Rodzina miała kredyt hipoteczny na spalone mieszkanie. Pierwszą transzę odszkodowania ubezpieczyciel wypłacił dopiero jesienią. Ponieważ polisa była scedowana na bank, pieniądze w pierwszej kolejności posłużyły do spłaty kredytu.
− Mniej więcej w październiku ubezpieczyciel wypłacił pierwszą transzę ubezpieczenia. A ponieważ była cesja na bank, to kredyt, który pozostał, od razu się spłacił. W związku z tym zamknęliśmy go w okolicach października lub listopada. I wtedy tak naprawdę odzyskaliśmy zdolność kredytową na nową nieruchomość − tłumaczy.
Nowy dom udało się znaleźć. To jednak nie oznaczało końca problemów. W przypadku rodziny Nikoletty walka z ubezpieczycielem trwała niemal rok. − Ubezpieczyciel zrobił kosztorys na mniej więcej jedną trzecią wartości ubezpieczenia. Założyliśmy sprawę w sądzie. Do rozprawy nie doszło, bo podpisaliśmy ugodę z ubezpieczycielem i wypłacili nam pieniądze dopiero w maju tego roku − mówi.
Nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Jak mówi Nikoletta, część mieszkańców z niższych kondygnacji nadal walczy o odszkodowania. Paradoks polega na tym, że wiele mieszkań nie spłonęło, ale zostało zniszczonych przez wodę podczas akcji gaśniczej. Dziś lokatorzy zmagają się z wilgocią i grzybem, a niektórzy ubezpieczyciele twierdzą, że nie ponoszą za to odpowiedzialności. Mieszkańcy zlecają kolejne ekspertyzy, zatrudniają prywatnych rzeczoznawców i kierują sprawy do sądów, bo sami nie mają już siły walczyć.
Blok nadal stoi pusty. Powrotu wciąż nie widać
Dziś Nikoletta patrzy na całą sytuację już nie tylko jako jedna z poszkodowanych, ale również członkini zarządu wspólnoty mieszkaniowej. Jak mówi, budynek wciąż jest daleki od tego, by ktokolwiek mógł do niego wrócić. Na dachu pojawiło się tymczasowe zabezpieczenie, ale to dopiero początek całego procesu.
− Mamy tymczasowy dach. Pracujemy zgodnie z decyzją Inspektoratu Budowlanego. Teraz jesteśmy na etapie robienia ekspertyz i planów. Mieszkańcy nadal nie wiedzą, co i kiedy, bo tak naprawdę teraz jest robiona inwentaryzacja i ekspertyza, przede wszystkim tego, w jakim stopniu i na których kondygnacjach brakuje instalacji. Instalacje spłonęły: gaz, prąd, woda − wszystko − wylicza.
Nawet tam, gdzie ogień nie dotarł, mieszkania często nie nadają się do zamieszkania. Podczas wielogodzinnej akcji gaśniczej do środka dostały się ogromne ilości wody. Potem przyszły deszcze i mroźna zima. Efekt? Wilgoć, grzyb i pleśń. Woda nie miała gdzie odparować, więc weszła głęboko w grube ściany.
Podobny obraz wyłania się z materiału „Interwencji” Polsatu. Mieszkańcy na materiale wideo pokazują mokre ściany, ciemne plamy i lokale, które po roku nadal wymagają generalnego remontu. Niektórzy przyznają, że pieniądze z odszkodowań pochłania wynajem mieszkań, inni nie dostali ich wcale. Są też osoby, którym po opłaceniu czynszu i wynajmu zostaje zaledwie kilkaset złotych na życie.
Płacą za mieszkania, do których nie mogą wejść
Najbardziej absurdalne jest to, że mieszkańcy wciąż płacą za mieszkania, do których od roku nie mogą wejść. − Mimo że tu nie mieszkamy, musimy płacić czynsz, co prawda obniżony, ale jednak. Płacimy za części wspólne i na fundusz remontowy. W naszym wypadku, przy mieszkaniu 72,5 m km. plus garaż, jest to kwota w granicach 570 zł miesięcznie − mówi Nikoletta.
Pieniądze jednak nie przepadają. Trafiają na fundusz remontowy, który będzie potrzebny, bo samo odszkodowanie wspólnoty nie pokryje wszystkich kosztów.
− Ubezpieczyciel wspólnoty oczywiście zapłaci za doprowadzenie budynku do stanu sprzed pożaru, ale za nic ponadto. (...) Będziemy też zaciągać kredyt jako wspólnota, bo nie poradzimy sobie bez niego przy tych modernizacjach − mówi dalej moja rozmówczyni.
Dodatkowo trzeba będzie wykonać zabezpieczenia przeciwpożarowe, których wcześniej nie było.
Śledztwo umorzone. Dla mieszkańców to nie koniec sprawy
To właśnie kwestia zabezpieczeń pojawia się także w ustaleniach Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga w Warszawie. Śledztwo po roku zostało umorzone. Śledczy nie ustalili przyczyny pożaru. Za najbardziej prawdopodobną uznano przypadkowe zaprószenie ognia. Wykluczono podpalenie i sabotaż, tak jak to było w przeszłości w pożarach związanych z centrami handlowymi czy najgłośniejszym z nich − halami na Marywilskiej 44.
Biegli stwierdzili również, że podczas budowy nie wykonano grodzi przeciwpożarowych ponad poszyciem dachu zgodnie z zaleceniami rzeczoznawcy. Jednocześnie podkreślono, że w czasie powstawania budynku takie rozwiązanie nie było obowiązkowe, dlatego nie można było przypisać odpowiedzialności karnej z tego tytułu.
Nikoletta przyznaje, że decyzja o umorzeniu śledztwa budzi skrajne emocje, ale z punktu widzenia mieszkańców ma też praktyczne znaczenie.
− Ta decyzja jest o tyle korzystna, że odblokowuje mieszkańcom furtkę do odszkodowań od własnych ubezpieczycieli. Większość klauzul ubezpieczeniowych stanowi, że w przypadku umyślnego podpalenia odszkodowanie nie jest wypłacane − tłumaczy.
Najgorsza jest niewiedza
Największym problemem pozostaje jednak czas. Budynek nadal jest wyłączony z użytkowania. Okolica zabezpieczona jest wysokim ogrodzeniem, przez które nie można przejść. Przed wspólnotą czekają kolejne ekspertyzy, decyzje nadzoru budowlanego i wybór wykonawcy. Dopiero wtedy będzie można rozpocząć właściwy remont. − Nie możemy robić nic wbrew postanowieniom PINB-u. Nakazano nam wykonanie ekspertyzy i inwentaryzacji i tylko to możemy na razie zrobić. Nie możemy działać na zapas − mówi.
I to właśnie dlatego na pytanie, kiedy mieszkańcy będą mogli do swoich domów, wciąż nie ma odpowiedzi. − Czy będzie można tam wejść za pół roku, za rok, czy za dwa? Tego nikt nie jest w stanie powiedzieć − dodaje.
Sama Nikoletta nie ukrywa, że gdyby dziś mogła podjąć decyzję, sprzedałaby mieszkanie po jego wyremontowaniu. Problem w tym, że obecnie jest to praktycznie niemożliwe.
− Na chwilę obecną nie jesteśmy w stanie tego nawet sprzedać. Chyba że ktoś kupiłby za gotówkę. Żaden bank tego nie skredytuje, a ubezpieczyciel nie ubezpieczy − podsumowuje.
Na razie mieszkańcom pozostaje więc czekać. Nie na odbudowę, ale na decyzje, które w ogóle pozwolą ją rozpocząć.
Pożar skończył się po kilku godzinach. Ich dramat trwa do dziś
Pożar bloku w Ząbkach trwał kilka godzin. Dla wszystkich mieszkańców jego skutki trwają już ponad rok. Niektórzy wciąż płacą kredyty, wynajmują mieszkania i czekają na dzień, w którym znów będą mogli otworzyć drzwi do własnych domów. Jednak na razie nikt nie potrafi powiedzieć, kiedy to nastąpi.