Student prawa Mieszko R. wszedł rok temu na teren kampusu UW z siekierą w plecaku. Po wykładach (o godz. 18.34) przy budynku Audytorium Maximum zamordował tą siekierą kilkoma ciosami 53-letnią Małgorzatę D., która zamykała drzwi do budynku. Miał też przy sobie dwa noże − bagnet i scyzoryk. Został obezwładniony i natychmiast zatrzymany. Ale w szaleństwie zdołał poranić strażnika uniwersyteckiego, który trafił do szpitala.
Dziś na kampusie UW odbędzie się symboliczne upamiętnienie zamordowanej Małgorzaty D. O godz. 12 studenci spotkają się w miejscu zbrodni przed budynkiem Audytorium, by w ciszy wspomnieć pracownicę. Na skwerze między budynkami zostanie posadzony miłorząb − drzewo, które ma symbolizować pamięć, miłość i nadzieję. Będzie ono wyrazem pamięci i szacunku społeczności akademickiej wobec tragicznie zmarłej współpracowniczki.
Czy dziś inny „Mieszko R.” mógłby wejść na teren UW z bronią w plecaku? Czy dziś interwencja wobec agresora wyglądałaby inaczej? Na pewno ochroniarz nie musiałby gołymi rękami próbować obezwładniać wymachującego siekierą szaleńca.
Ostatnie miesiące przyniosły spore zmiany związane z bezpieczeństwem Uniwersytetu Warszawskiego. Strażnicy zyskali nowe uprawnienia i wyposażenie – mogą użyć gazu i paralizatorów, mają też kamery nasobne. Powstało Biuro ds. Bezpieczeństwa UW, które koordynuje działania w całym kampusie. Wprowadzono monitoring, systemy alarmowe i przeprowadzono szkolenia dla studentów oraz pracowników. Mimo to poczucie bezpieczeństwa wielu osób zostało zachwiane.
Mieszko R. z zarzutami zabójstwa, znieważenia zwłok, usiłowania zabójstwa strażnika i naruszenia nietykalności cielesnej funkcjonariusza podczas zatrzymania (w trakcie zakładania mu kaftana bezpieczeństwa ugryzł go w nogę) być może nigdy nie trafi na ławę oskarżonych. Od 1 września do 27 października ubiegłego roku przeszedł badania psychiatryczne. Biegli uznali, że w chwili ataku był niepoczytalny. W świetle prawa więc nie można przypisać mu jakiejkolwiek winy. Prokuratura, zamiast aktu oskarżenia, skierowała niedawno do sądu wniosek o umorzenie sprawy i zastosowanie wyłącznie środka zabezpieczającego − umieszczenie Mieszka R. w zamkniętym szpitalu psychiatrycznym, bez określonego terminu wyjścia. W praktyce może to oznaczać nawet dożywotnią izolację, choć bez wyroku skazującego.
− Na popełnienie przez Mieszka R. czynów zabronionych złożyło się współdziałanie nieprawidłowych cech osobowości oraz rozwiniętej psychozy z zaburzeniami oceny rzeczywistości i poczuciem wyższej konieczności popełnienia takich czynów. W przypadku uwzględnienia przez sąd wniosku o zastosowanie środka zabezpieczającego czas pobytu w szpitalu psychiatrycznym nie jest z góry określony. Oznacza to, że podejrzany może go nigdy nie opuścić − mówił nam prok. Piotr Antoni Skiba z Prokuratury Okręgowej w Warszawie.
W sieci nie brak komentarzy: „zbrodniarz uniknie odpowiedzialności”, „wyjdzie z psychiatryka za kilka lat”, „dadzą mu żółte papiery", „wybroni się chorobą".
− Powód takich komentarzy jest psychologiczny: niepoczytalność to pojęcie abstrakcyjne, środek zabezpieczający również. Kara więzienia jest konkretna i policzalna. Brak konkretnej, policzalnej kary łatwo czytany jest jako brak konsekwencji w ogóle, choć faktycznie umieszczenie w zamkniętym szpitalu na czas nieokreślony bywa surowszą realnością niż wyrok terminowy − tłumaczy zjawisko w rozmowie z „Super Expressem” dr Mateusz Grzesiak, psycholog, wykładowca Akademii WSB.
− Drastyczny czyn wymaga równie drastycznej odpowiedzi. Wyrok skazujący tę zasadę spełnia. Umorzenie postępowania, nawet z umieszczeniem sprawcy w zamkniętym szpitalu, tej zasady nie spełnia w sposób oczywisty, bo nie pada słowo „skazuję” i nie ma kary w klasycznym rozumieniu. To wytwarza napięcie między tym, co stanowi prawo, a intuicyjnym oczekiwaniem opinii publicznej − dodaje psycholog.