Rok po dramacie przy bramie Uniwersytetu Warszawskiego znów słychać gwar studentów i turystów. W trakcie naszego spaceru spotkaliśmy w okolicy kilka grup z Azji. Każda z nich zatrzymywała się w okolicy, robiła zdjęcia, wskazywała palcami na budynki UW. Na pierwszy rzut oka wszystko wróciło do normy. Ale wystarczy jedno pytanie, by wróciły emocje.
− Pamiętam, co wydarzyło się tu rok temu, chociaż nie wiedziałem, że rocznica przypada dokładnie 7 maja − mówi nam Piotr. I dodaje bez wahania: − Moralnie uważam, że takie osoby powinny być w więzieniu. Ale skoro biegli stwierdzili, że nie miał świadomości tego, co robi, to sprawa jest skomplikowana.
Bo właśnie ta decyzja budzi dziś największe kontrowersje. Śledczy uznali, że Mieszko R. w chwili ataku był niepoczytalny. To oznacza jedno: zamiast więzienia może trafić do zamkniętego szpitala psychiatrycznego. Bez wyroku. Bez określonego terminu wyjścia. I nie wszyscy się z tym godzą.
− Uważam, że sprawca powinien normalnie ponieść konsekwencje. Ta sytuacja była brutalna i okrutna − mówi nam Sabina, przyszła studentka UW. I dodaje wprost: − Ma ojca prawnika, więc wiedzieli, co załatwić. Takie rzeczy się zdarzają.
Te słowa pokazują skalę emocji, jakie do dziś budzi ta sprawa. W sieci podobnych opinii nie brakuje. Ale są też głosy zupełnie inne.
− Jeżeli jest chory psychicznie, to nie powinien iść do więzienia. Trzeba go leczyć − przekonuje Małgorzata. − To, że jego rodzice mają powiązania, nie ma znaczenia, jeśli psychiatrzy orzekli inaczej − dodaje.
Podzielone opinie nie dziwią. Nawet ci, którzy pamiętają tamten dzień, nie mają jednoznacznych odpowiedzi. − Ciężko stwierdzić, czy więzienie, czy szpital. Niech zdecydują kompetentni ludzie − mówi krótko Radosław.
„Wszyscy to przeżyli”
Dla społeczności uczelni to wciąż otwarta rana. − To było tragiczne wydarzenie. Wszyscy to przeżyli, wszystkich to dotknęło − mówi Mirosław, pracownik Wydziału Geografii i Studiów Regionalnych Uniwersytetu Warszawskiego. − Kampus wydawał się miejscem spokojnym i bezpiecznym. Okazało się, że nie − tłumaczy dalej. I choć od tamtej chwili minęło 12 miesięcy, pamięć nie zniknęła.
Uniwersytet się zmienił. Pojawiły się nowe procedury, lepsze wyposażenie strażników, monitoring i systemy alarmowe. − Strażnicy są lepiej wyposażeni i skomunikowani. Jest nowa centrala − wylicza Mirosław. Ale jedno pozostaje problemem. − Ten kampus jest otwarty, przechodni. Nie da się go w pełni kontrolować − przyznaje.
Najbardziej poruszające są jednak wspomnienia reakcji ludzi. − Zamiast pomóc, ludzie nagrywali i wrzucali to do sieci. To było tragiczne − mówi Mirosław. − Obserwowanie tego i ekscytowanie się tym było bardzo słabe − dodaje. I ten wątek powraca w wielu rozmowach. Jako symbol zmieniającego się świata.
Czy jest bezpieczniej?
− Polska jest naprawdę bezpiecznym krajem, więc zobaczenie czegoś takiego było okropne − mówi Simon, student z Azji. − Ochroniarze są teraz bardziej uważni. Obserwują wszystkich − dodaje.
Studenci też zauważają zmiany, choć nie wszyscy czują, że tragedia była „związana z miejscem”. − Taka sytuacja mogła zdarzyć się wszędzie − mówi Marek. − To nie miejsce się do tego przyczyniło − tłumaczy. Ale jedno jest pewne: poczucie bezpieczeństwa już nigdy nie będzie takie samo.
Przypomnijmy: 7 maja 2025 roku około godziny 18:34 spokojny kampus zamienił się w scenę koszmaru. Mieszko R. zaatakował 53-letnią pracownicę uczelni. Kobieta zginęła na miejscu. Ciężko ranny został także strażnik, który ruszył jej na pomoc.
Dziś sprawa wciąż czeka na finał. Jeśli zapadnie decyzja o zastosowaniu środka zabezpieczającego, sprawca może spędzić resztę życia w zamkniętym szpitalu psychiatrycznym. Bez wyroku. Bez daty wyjścia.
A na kampusie? 7 maja studenci i pracownicy zatrzymają się na chwilę ciszy. Posadzony zostanie miłorząb: symbol pamięci, miłości i nadziei. Bo choć życie toczy się dalej, jedno się nie zmieniło. Ta historia wciąż nie daje spokoju.