Zamiast merytorycznej rozprawy, sala sądowa stała się areną walki prawnej. W centrum uwagi znalazł się sam oskarżony, Bartosz G., który postanowił przerwać milczenie.
Gdy jego obrończyni, mecenas Agnieszka Prętczyńska, toczyła bój z sądem i prokuraturą, oskarżony poprosił o głos.
Uważam że jest to niesprawiedliwe, że mecenas Kasprzyk zabierał głos, a moja obrończyni nie może mówić. To rażąco niesprawiedliwe − stwierdził na początku.
Następnie przeszedł do odpierania zarzutów dotyczących jego charakteru. Próbował zdyskredytować obraz „łobuza”, jaki jego zdaniem próbowano mu przypisać.
Byłem bardzo dobrym uczniem. Mam pytanie do Kasprzyka: skoro byłem łobuzem w szkole to dlaczego pojechałem na Erasmusa? − pytał retorycznie.
Swoje wystąpienie zakończył w zaskakujący, osobisty sposób.
Obraża moją panią mecenas, którą z całego serduszka w tej chwili pozdrawiam. Nie wiem, czy będę miał jeszcze głos, dlatego chciałbym powiedzieć, że kocham moją rodzinę i mamę − powiedział.
Wojna na sali sądowej
Wystąpienie Bartosza G. było kulminacją chaosu, który rozpętał się chwilę wcześniej. Jego obrończyni zarzuciła sądowi bierność wobec „fałszywych informacji” w mediach i złożyła wniosek o wyłączenie dwójki sędziów. Napięcie sięgnęło zenitu, gdy obecna na sali dziennikarka złożyła formalny wniosek o zbadanie pani mecenas alkomatem.
„Bzdury wyssane z palca”
Słowa oskarżonego i strategia jego obrony wywołały oburzenie rodziny Mai. Ojciec dziewczyny nie krył emocji.
Jestem zdumiony tą sytuacją. Wysłuchałem obrony i w mojej ocenie są to bzdury wyssane z palca. Pani mecenas chce wydłużyć postępowanie procesowe − stwierdził Jarosław Kowalski.
Wtórowała mu matka Mai. − Proszę, żeby zacząć proces o morderstwo mojej córki. Proszę nie przedłużać. A to, czy Bartosz miał czerwony pasek na świadectwie, nie ma znaczenia − powiedziała.