Piotruś utopił się w stawie. 4-latek przeczuwał własną śmierć?!

Tragedia w Skórzcu pod Siedlcami. Podczas weekendowego wyjazdu do rodziny wujka, 4-letni Piotruś utopił się w stawie. To, co wydarzyło się dzień wcześniej, budzi zdumienie jego bliskich. Chłopczyk niszcząc ze złością swój plac zabaw, powiedział cioci, że jutro już mu nie będzie potrzebny, bo na pewno nigdy nie będzie się na nim bawił. Jakby przeczuwał swoją śmierć.

Piotruś Ł. (+4 l.) z Siedlec na pewno chciałby mieć wspaniałych, kochających mamę i tatę. Jednak nie sprawdzili się w swojej roli i sąd odebrał im prawa rodzicielskie, a wychowanie malca powierzył Babcie Elżbiecie T., którą wspierała w tym ciocia Agnieszka P. (41 l.), chrzestna matka chłopczyka. Piotrkowi niczego nie brakowało, chłopiec miał wszystko, czego zapragnie dusza, zawsze dostawał najlepsze zabawki, a na podwórku wujek zbudował mu piaskownicę. Roześmiany i swawolny, jak inne czterolatki, ale czasami zastygał w zabawie, jakby otaczała go jakaś mgła smutku i zamyślenia. Ciocia zabierała Piotrusia do kina i na wycieczki za miasto. Najczęściej jeździli do swojej rodziny, by maluch poznał wszystkich najbliższych.

13 sierpnia 2011 roku pani Agnieszka postanowiła udać się z Piotrusiem do rodziny męża zamieszkałej we wsi Skórzec. Chłopiec lubił tam przebywać, bo ze wszystkimi dobrze się dogadywał i nigdy nie odmówił wyjazdu. Pani Agnieszka poszła na plac zabaw, by siostrzeńcowi zakomunikować radosną wieść o wyjeździe. - Gdy powiedziałam Piotrowi o wycieczce do Skórzca, oczekiwałam wystrzału radość - opowiadała Agnieszka P. - On jednak zrobił minę, jakiej nigdy u niego nie widziałam. Poderwał się i zaczął rzucać zabawkami. Po chwili kopiąc w deski, rozbił swoją ulubioną piaskownicę. Zapytałam, dlaczego to zrobił? Bardzo się zmieszał, opuścił głowę, chwilę milczał. Po czym powiedział, że jutro już mu nie będzie potrzebna, bo już na pewno nie będę się tu bawił - powtórzył to kilka razy - pani Agnieszka nie wiedziała, co o tym myśleć.

Tragedia w Skórzcu. 4-letni Piotruś wpadł do stawu

Następnego dnia razem z chłopcem i mężem pojechali do Skórzca. Piotrek bawił się na podwórku z innymi dziećmi. Biegał, śmiał się, dokazywał. Ciocia obserwowała go ze szczególną uwagą, po tym co, zrobił w przeddzień wyjazdu. - Rozmawiałam na podwórku z rodziną, a kątem oka śledziłam siostrzeńca. Zajęta rozmową, odwróciłam na chwilę głowę w inną stronę, zniknął mi gdzieś w jednej sekundzie - pani Agnieszka ocierała łzy, opisując te chwile. - Nagle usłyszałam, jak dzieci zaczęły krzyczeć, że Piotrek wpadł do stawu. Pobiegliśmy wszyscy go ratować. Jego ciało bezwładnie unosiło się na wodzie. Wyciągnęłam nieprzytomnego na brzeg. Reanimowałam do przyjazdu karetki pogotowia - wspominała. Kiedy karetka na sygnale odjeżdżała do szpitala, chłopczyk żył jeszcze. Niestety, zmarł.

- Kiedy po wielu dniach ochłonęłam już nieco po tragedii, zaczęłam analizować słowa Piotrka, wypowiedziane, kiedy niszczył plac zabaw. Powiedział, że następnego dnia już mu nie będzie potrzebny. Czy on faktycznie przeczuł swoją śmierć? Gdybym podejrzewała, że coś się może mu stać, na pewno nie wyjeżdżalibyśmy z Siedlec – mówiła, pokazując album ze zdjęciami chłopczyka.

W Skórzcu wciąż żywa jest pamięć o tej tragedii. - Kiedy patrzę na ten staw, przed oczami staje mi obraz zamyślonego malca, który wpatruje się w wodę. Co dostrzegał w przebłyskach słońca tańczących na marszczonej wiatrem jego powierzchni? Czego wypatrywał? - zastanawia się Franciszek C. (70 l.) mieszkaniec wsi.

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki