87-latek spadł z noszy na chodnik
Do tragedii doszło w sierpniu ubiegłego roku przy ul. Woszczerowicza w Siedlcach. Córka Romana Flegiera (+87 l.) wezwała do ojca karetkę pogotowia. Senior źle się czuł, tracił przytomność i skarżył się na liczne dolegliwości.
Do mieszkania na trzecim piętrze przyjechał zespół pogotowia: lekarz i dwóch ratowników medycznych. Po zbadaniu 87-latka zdecydowali, że jego stan wymaga przewiezienia do szpitala. Mężczyznę położono na noszach i rozpoczęto transport do karetki. W pewnym momencie doszło do tragedii. Senior spadł z noszy na twardy chodnik i rozciął sobie głowę. Medycy opatrzyli ranę, a następnie przewieźli go na Szpitalny Oddział Ratunkowy. Mimo udzielonej pomocy po kilkudziesięciu minutach 87-latek zmarł.
Córka pana Romana zawiadomiła prokuraturę. Jej zdaniem członkowie zespołu ratownictwa mogli przyczynić się do śmierci ojca. Śledczy ustalili, że senior zmarł wskutek urazu głowy, którego doznał podczas upadku na twarde podłoże.
Lekarz i ratownicy stanęli przed sądem
Przed Sądem Rejonowym w Siedlcach rozpoczął się proces lekarza i dwóch ratowników medycznych. Prokuratura Okręgowa w Siedlcach zarzuca im, że podczas transportu nieprzytomnego pacjenta nie dopełnili podstawowych obowiązków i w ten sposób nieumyślnie doprowadzili do jego śmierci.
Nieprzypięcie pasami bezpieczeństwa naraziło mężczyznę na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia - mówił prokurator Robert Więckiewicz z Prokuratury Okręgowej w Siedlcach.
Medycy nie przyznają się do zarzucanych im czynów.
Nie przypięliśmy pacjenta, bo był nieprzytomny, miał przykurczone ręce i nogi. Ponadto, gdy wieźliśmy go do karetki, drogę zajechała nam rowerzystka, co przyczyniło się do tego, że mężczyzna spadł – tłumaczył Kacper Ł. (28 l.), ratownik medyczny.
Innego zdania jest córka zmarłego.
Powinni zrobić wszystko, żeby tatę bezpiecznie dowieźć do szpitala. Chcę, żeby ekipa pogotowia została ukarana według uznania sądu - mówi Dorota Niemiałtowska (62 l.), pokazując zdjęcie ojca.