Do dramatycznych wydarzeń doszło w środę (18 marca) około godziny 13 na placu budowy sześciokondygnacyjnego bloku przy ulicy Laurowej na warszawskiej Białołęce. To okolice stacji BP niedaleko Żerania, teren znany z bardzo gęstej zabudowy. Kolejne bloki powstają tu niemal jeden obok drugiego, a w pobliżu stoją już zamieszkane budynki.
Według wstępnych ustaleń ogień pojawił się podczas prac prowadzonych na parterze budynku. Płomienie błyskawicznie rozprzestrzeniły się na elewację i dach powstającego bloku, a także na materiały budowlane składowane przed budynkiem. Wśród nich znajdowały się również butle z gazem, co tylko zwiększało zagrożenie.
Nad okolicą pojawił się gęsty czarny dym, widoczny z dużej odległości. Ogień objął około 100 metrów kwadratowych elewacji, 70 metrów dachu oraz część podziemną, gdzie również paliły się składowane materiały. Sytuacja była bardzo niebezpieczna, bo płomienie odcięły drogę ucieczki operatorowi żurawia. Mężczyzna utknął wysoko na maszynie i nie był w stanie samodzielnie zejść na dół.
Akcja ratunkowa. Operator żurawia uwięziony na wysokości
Strażacy prowadzili w tym czasie równocześnie akcję gaśniczą i ratunkową. Około godziny 14:30 ratownicy wysokościowi dotarli do operatora i bezpiecznie sprowadzili go na ziemię. Został przekazany zespołowi ratownictwa medycznego i trafił do szpitala z poparzeniami twarzy i dłoni.
Na miejscu pracowało kilkanaście zastępów straży pożarnej. Policja zabezpieczyła teren i zamknęła pobliskie ulice, aby umożliwić sprawne prowadzenie akcji. Strażacy jeszcze przez wiele godzin dogaszali pogorzelisko i sprawdzali teren. Jak poinformował kpt. Łukasz Zagdański ze Stołecznej Straży Pożarnej, działania służb zakończyły się dopiero po godz. 4 nad ranem.
Ewakuacja mieszkańców po pożarze
Po ugaszeniu ognia pojawił się kolejny problem. Inspektorzy nadzoru budowlanego uznali, że konstrukcja żurawia mogła zostać uszkodzona i stanowi zagrożenie. W związku z tym podjęto decyzję o ewakuacji mieszkańców pobliskich budynków. Z okolicy wyprowadzono łącznie 37 osób. Dla ewakuowanych zorganizowano transport oraz miejsca noclegowe.
Dzień po pożarze na miejscu pojawił się reporter „Super Expressu”. To, co zobaczył, wyglądało jak obraz po wielkiej katastrofie − powyginane metalowe elementy, nadpalona konstrukcja i ogrom zniszczeń. Przechodnie zatrzymywali się i robili zdjęcia pogorzeliska. Wśród ludzi było słychać tylko ciche komentarze: „szkoda tych ludzi i szkoda tego dewelopera”.
Przyczyny pożaru będą jeszcze dokładnie wyjaśniane. Wstępnie zakłada się, że ogień mógł powstać podczas prac budowlanych prowadzonych na parterze budynku.
Wiemy, że na czwartek (19 marca) zaplanowano działania z biegłym z zakresu pożarnictwa. − Dopiero po otrzymaniu opinii biegłego będzie można mówić o tym, jakie były przyczyny pożaru − powiedziała w rozmowie z TVN nadkom. Paulina Onyszko, rzeczniczka policji na Białołęce.