Henryk R. siał postrach na ulicach Warszawy w latach 90. - głównie na terenie Śródmieścia i Mokotowa. Mężczyźnie szybko nadano pseudonim „Łomiarz”, ponieważ podczas napadania na kobiety miał rzekomo używać łomu jako narzędzia zbrodni, mimo że według współczesnych przekazów był to wytwór medialny, a w rzeczywistości agresor korzystał z bliżej niesprecyzowanego, ciężkiego narzędzia. Zdaniem śledczych, zaatakował łącznie trzydzieści osób, w tym pięć kobiet straciło przez niego życia. Przez długi czas agresor pozostawał anonimowy, działając pod osłoną nocy i skutecznie ukrywając się przed funkcjonariuszami. Za cel obierał przede wszystkim starsze kobiety. Atakował je niespodziewanie, z ukrycia. Najpierw uderzał ciężkim narzędziem w głowę, a później okradał. Z ustaleń mundurowych wynika, że po raz pierwszy miał dopuścić się przestępstwa w 1992 roku. Zanim został schwytany, wielokrotnie powtarzał zbrodniczy proceder. Pewną bezradność służb tłumaczono w tamtym okresie chaosem organizacyjnym w służbach, który był spowodowany niedawną transformacją ustrojową w Polsce.
Trudne dzieciństwo przełożyło się na agresję w życiu dorosłym. Problemy zaczęły się już w wieku nastoletnim
Aby zrozumieć podłoże zachowań Henryka R., należy przeanalizować jego przeszłość, której przyglądał się także wymiar sprawiedliwości podczas toczącego się w sądzie procesu. „Łomiarz” pochodził z Konstancina, a jego pierwszy pseudonim, nadany mu jeszcze za czasów młodzieńczych przez złośliwych rówieśników, miał być formą znęcania się nad chłopakiem. R. miał bowiem zdeformowaną twarz, co spowodowało, że dzieciaki zaczęły wołać na niego „krzywousty”. Ten przydomek, jak tłumaczyli później biegli psychologowie, mógł wpłynąć na jego nienawiść wobec ludzi, zwłaszcza kobiet, które nie tylko odrzucały jego zaloty, lecz również wykorzystywały defekty w urodzie do wzmacniania prześmiewczych komentarzy. Te upokorzenia, doznawane w młodości, mogły mieć wpływ na jego agresję w życiu dorosłym, ale przejawiały się też trudnościami w wychowaniu już za czasów nastoletnich.
Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni
Henryk R. w wieku 15 lat trafił do ośrodka wychowawczego dla trudnej młodzieży. Opuszczał lekcje, nie przykładał się do nauki, przez co musiał powtarzać klasy, a w końcu przyłapano go również na drobnych przestępstwach. Miał od dłuższego czasu przejawiać zachowania aspołeczne. I choć pochodził z biednej rodziny, wraz z dwoma siostrami wychowywany przez samotną matkę, to zawsze mógł liczyć na nieco lepsze traktowanie – przynajmniej w niektórych sferach. Serwis „Onet” relacjonował po latach, że chłopak mógł robić, co chciał, jako jedyny chłopiec w rodzinie, podczas gdy jego siostry miały na głowach liczne obowiązki domowe. To jednak nie oznacza, że żył w sielance – wręcz przeciwnie, bieda i niebezpieczna okolica, w dzielnicy zwanej „Argentyną”, musiała na niego wpłynąć. Zachowania mocno emocjonalne, czasem irracjonalne, wraz z wiekiem tylko się u niego nasilały. Wreszcie popsuły się jego relacje z własną matką, pojawiał się nawet wątek nienawiści wobec niej, co miało według ekspertów być odpowiedzią na pytanie, dlaczego wybierał ofiary w starszym wieku, zbliżonym do wieku jego rodzicielki.
Po raz pierwszy „Łomiarz” miał dopuścić się poważnego przestępstwa dokładnie w marcu 1992 r. To wtedy napadł na starszą kobietę, uderzając ją w głowę ciężkim przedmiotem, kiedy ta przechodziła przez ulicę Nowowiejską w Warszawie. Chciał ją okraść. Upewniając się, że straciła przytomność przy upadku, zabrał jej torebkę i uciekł. Co prawda nigdy nie znaleziono dowodów czy tropów, które mogłyby wskazywać na R., ponieważ ten działał w ciemności i przy braku świadków, lecz w późniejszych działaniach śledczy tę napaść przypisali właśnie jemu.
Następne ataki nasilały się wraz z kolejnymi miesiącami. Na jedną z kobiet napadnięto przy ulicy Puławskiej i tym razem doprowadzono u niej do ciężkich obrażeń. Szczęśliwie udało się ją uratować, ale tyle szczęścia nie miały następne ofiary „Łomiarza”. Wszystkie ataki posiadały mianownik wspólny: poszkodowane zachodzono od tyłu, a następnie uderzano jakąś bronią i zabierano jej kosztowności. Sprawca za każdym razem napadał swoje ofiary po zmroku, w ciemnych zaułkach, wolnych od uważnych spojrzeń gapiów. Taki schemat działania długo pozwalał agresorowi na pozostanie anonimowym i nieuchwytnym. Mundurowi byli całkowicie bezradni.
Blisko 30 ataków, kobiety bały się wychodzić z domów. "On się czuł bezkarny, napadał z coraz większą śmiałością"
Z uwagi na to, że w kulminacyjnym momencie na koncie sprawcy zapisano już blisko 30 ataków, mieszkanki Warszawy dosłownie bały się wychodzić z domów po zmroku. Tym bardziej, że „Łomiarz” zdawał się czuć bezkarny i atakował coraz śmielej. 14 czerwca 1993 roku, jednego dnia, napadł aż pięć kobiet w ciągu kilku godzin, a dwie z nich zmarły w wyniku odniesionych obrażeń. Andrzej Gaz, jeden z dziennikarzy, relacjonował wówczas, że radiowozy i karetki na sygnale jeździły po mieście bez przerwy. - To był dzień apokalipsy – stwierdził reporter.
Czytaj także: 15-letni Szymon udusił Olka papierem toaletowym. Wciskał 14-latkowi kulki w gardło, dociskał łokciem i kolanem
Jednocześnie ludzie zastanawiali się, jak to możliwe, że przy tylu atakach nie znalazła się żadna osoba, która mogłaby przybliżyć śledczym rysopis napastnika. Ale należy pamiętać, że to były zupełnie inne czasy: jakość portretów pamięciowych pozostawiała wiele do życzenia i rzadko okazywały się one przydatne do czegokolwiek, poza tym zdecydowana większość pokrzywdzonych traciła przytomność w momencie ataku, który następował od tyłu, jeszcze zanim zdążyły kogokolwiek zobaczyć. Brakowało śladów na miejscach napaści, nie udało się zabezpieczyć linii papilarnych ewentualnego podejrzanego, a w mieście nie było monitoringu czy kamer przemysłowych, jak w dzisiejszych czasach.
Zobacz galerię zdjęć. Dalsza część materiału znajduje się pod nią.
Tak naprawdę czysty przypadek sprawił, że Henryk R. w końcu wpadł w ręce funkcjonariuszy. 6 września 1993 roku, podczas swojego ostatniego napadu na starszą kobietę, był nieostrożny. Zaatakował na ulicy Puławskiej i tym razem zgubiła go prawdopodobnie zbyt duża pewność siebie. Nie upewnił się, że w okolicy nie ma świadków, a ci dostrzegli jego atak i zaczęli krzyczeć. Jedna z osób zadzwoniła na służby, co skutkowało błyskawicznym wysłaniem w to miejsce patrolu. Sklepikarz, który widział jak „Łomiarz” ucieka z torebką ofiary, rozpoznał w nim napastnika. To właśnie ten świadek wskazał Henryka R., siedzącego już wówczas przed sklepem z piwem w ręku, jak gdyby nigdy nic. Funkcjonariusze dostrzegli, że ma zakrwawioną dłoń, więc postanowili go aresztować, a niedługo potem postawiono mu prokuratorskie zarzuty. Trudny i skomplikowany proces, który się rozpoczął, śledziła cała Polska.
Dlaczego jednak „trudny i skomplikowany”? Otóż zdaniem obrony, i była to dość słuszna uwaga, prokuratura nie posiadała praktycznie żadnych jednoznacznych dowodów na winę oskarżonego, poza wskazaniem go przez jednego świadka. Nie dało się połączyć R. ze wszystkimi odnotowanymi w Warszawie napadami, które miały wspólne cechy i przebieg zdarzenia. Proces uznawano więc za poszlakowany. Tymi dowodami, które wydawać by się mogło przesądziły o wyroku, były linie papilarne na reklamówce należącej do jednej z ofiar, a także znaleziony u „Łomiarza” kalkulator, którego właścicielką była inna pokrzywdzona. Miał on znajdować się w skradzionej przez agresora torebce. Do tego zeznania świadków i różne „działania operacyjne”.
Relacje pokrzywdzonych wbijały w fotel. Telewizyjny reportaż wstrząsnął całą Polską
W programie przygotowanym przez Telewizję Polską pod nazwą "Celownik", znalazły się też wypowiedzi poszkodowanych kobiet. Jedną z nich była warszawska lekarka, pani Anna, która po napaści długo dochodziła do siebie. Miała duże trudności z pamięcią i koncentracją, źle widziała na prawe oko, prawie ogłuchła. - Twarz mi krzywiło w straszliwy sposób. Brama, którą wchodziłam, była dość szeroka i oświetlona. Weszłam na podwórze, pamiętam, że była mżawka. Zwróciłam uwagę, że pod klatką stało dużo samochodów i... tu mi się film urywa - opowiadała kobieta.
Zobacz również: Nastolatkowie wykorzystywali bezdomnego. Pan Tomasz nie przeżył! Szokujące, co robili mu nieletni chłopcy
Inna pokrzywdzona, pani Krystyna, relacjonowała że agresor przyszedł od strony podwórka, czego ona w ogóle nie zauważyła. - Całe szczęście, że uderzył mnie w prawą stronę, a nie w lewą, bo nie mogłabym mówić. Lekarze powiedzieli, że centymetr dalej i bym nie żyła. Ten centymetr uratował mi życie - opowiadała wieloletnia charakteryzatorka w TVP.
Ostatecznie Sąd Wojewódzki stwierdził, że Henryk R. jest winny zarzucanych mu czynów, choć nie wszystkich, bo na zdecydowaną większość nie znaleziono dowodów. Mimo tego został skazany na 25 lat pozbawienia wolności. Oczywiście obrona złożyła od wyroku apelację, którą rozpatrzono 31 stycznia 1996 roku. Wówczas kara została zmniejszona do zaledwie 15 lat, a dwa z trzech napadów, za które mężczyzna usłyszał pierwotny wyrok, zostały wykluczone z uzasadnienia. Sąd uznał, że tak naprawdę bezsprzeczną winę R. można wskazać tylko w jednym przypadku.
Ta decyzja wywołała ogromne oburzenie wśród lokalnej społeczności, lecz i tak została później podtrzymana przez sąd okręgowy, po kolejnym rozpatrzeniu sprawy. W 2000 roku oficjalnie zniesiono „Łomiarzowi” zarzuty za wspomniane dwie napaści, lecz wyrok 15 lat więzienia podtrzymano w mocy. Niestety, jak to często w tego typu sprawach bywa, Henryk R. nie spędził za kratami pełnego wymiaru kary: wyszedł na wolność nieco wcześniej, we wrześniu 2008 roku. To, co stało się później, na nowo rozbudziło pytania opinii publicznej, czy przypadkiem sąd nie popełnił błędu, uniewinniając „Łomiarza” od pozostałych zarzutów.
Po opuszczeniu więzienia, znowu atakował. Czy dziś mieszkańcy mogą czuć się bezpiecznie?
Nie minął nawet rok, kiedy Henryk R. znowu zaatakował. Jego metody właściwie się nie zmieniły, ale przecież z duchem czasu poszła technologia, więc złapanie winowajcy okazało się dziecinnie proste. Kamery monitoringu i nowoczesne metody pracy śledczych pozwoliły na zidentyfikowanie sprawcy. Henryk R. zaatakował kobietę z Piaseczna, którą najpierw brutalnie pobił, a później okradł. Trafił do aresztu i został skazany w 2011 roku: na kolejne siedem lat więzienia. Wypuścili go w marcu 2016 roku. Wymiar sprawiedliwości jednak ponownie źle ocenił jego proces resocjalizacji, ponieważ agresor niecały miesiąc po opuszczeniu więziennych murów znowu uderzył: zaatakował starszą kobietę w Łowiczu. Także i w tym przypadku złapano go błyskawicznie, a następnie ponownie postawiono przed sądem. Mężczyzna, który spędził za kratami większość życia, został tym razem skazany na 10 lat więzienia, a na wolność wyszedł niedawno, w 2026 roku, kiedy miał 63 lata. To od początku rodziło pytania o bezpieczeństwo kobiet, zwłaszcza że według ustaleń Radia Eska nie podjęto decyzji dotyczącej odizolowania tego niebezpiecznego człowieka od społeczeństwa. Jak ustalili dziennikarze, Ministerstwo Sprawiedliwości po konsultacjach z dyrekcją więzienia zdecydowało, że nie ma podstaw do umieszczenia mężczyzny na przykład w ośrodku zamkniętym w Gostyninie. Resort podkreśla, że w przypadku R. zastosowane mogą być inne środki kontroli: od monitoringu elektronicznego po obowiązkową terapię lub leczenie uzależnień.
– To jest właściwie przestępca zawodowy, który z tego uczynił sobie źródło dochodu. On już nie ma innych źródeł poza dokonywaniem przestępstw. Jest przyzwyczajony do tego stylu życia – ocenił profesor Brunon Hołyst, polski kryminolog. Podobnego zdania jest były rzecznik stołecznej policji Dariusz Janas, który brał udział w śledztwie przeciwko „Łomiarzowi”. – Myślę, że jakiś dyskretny nadzór policyjny nad takim typem powinien być, bo on wcześniej czy później może powtórzyć to, co robił. I nie daj Bóg, żeby znów z jakiegoś głupiego napadu nie zrobiło się zabójstwo – ostrzega funkcjonariusz.
Henryk R. w rozmowach z dziennikarzami utrzymywał w przeszłości, że został niesłusznie skazany. Nie przyznaje się on do winy i uważa, że został wrobiony w rolę „Łomiarza”. Skazany zapowiedział, że po wyjściu na wolność zamierza podjąć uczciwą pracę i nie będzie stwarzał zagrożenia dla mieszkańców Warszawy. Jego wyrok zakończył się w marcu 2026 roku, dzisiaj Henryk R. żyje między ludźmi, a jego zapewnienia o przejściu na "jasną stronę mocy" nie przekonują prawie nikogo. Służby zapewniają, że zostały postawione w stan podwyższonej gotowości i monitorują zachowanie "Złomiarza" po jego wyjściu na wolność. Pozostaje mieć nadzieję, że to wystarczy.