- 72-letni Sylwester K. zaryzykował życie, by uratować kota z płonącego domu.
- Wrócił do pożaru, by wydostać Mruczka, który zaklinował się za regałem.
- Mężczyzna trafił do szpitala z zatruciem czadem; kot jest bezpieczny.
Samotny emeryt i jego wierny kot
Samotny emeryt Sylwester K. (72 l.) z Mińska Mazowieckiego kilka razy w roku jeździ na posesję swoich zmarłych rodziców pod Seroczyn (woj. mazowieckie). W podróżach starym Passatem seniorowi zawsze towarzyszy jego nieodłączny przyjaciel, kot Mruczek (4 l.). Chociaż znajomi namawiali go, by sprzedał stary dom, który nie nadawał się do remontu, pan Sylwek odpowiadał, że nigdy nie odda nikomu chałupy w której się urodził.
- Chcę umrzeć w tym domu - powtarzał wszystkim, którzy radzili mu pozbyć się „ciężaru”. Na początku marca pan Sylwester zapakował prowiant, zabrał do klatki Mruczka i wyruszył na swoją ojcowiznę.
Obudził go dym. Wyniósł kota z płonącego domu
Następnego dnia po przyjeździe rozpalił pod starą kuchnią, zjadł obiad i zdrzemnął się. Obudził go gryzący w gardło dym.
- Sylwek zerwał się i jak mówił mi po pożarze pierwszą rzecz, którą zrobił zaczął nawoływać Mruczka - opowiada reporterowi „Super Expressu” pan Grzegorz Roguski (78 l.), mieszkający kilkaset metrów od miejsca pożaru. - Gdy Sylwek wyskoczył z kotem na ręku z palącego się domu zobaczyłem, że ma poparzoną rękę i nogę. Zapytałem jak się czuje, a on odparł, że musiał ratować Mruczka, który gdy poczuł dym ze strachu wskoczył za regał i tam się zaklinował - dodaje znajomy.
Po chwili przyjechała straż, która ugasiła pożar.
- Gdy było już po wszystkim, zabrałem Sylwestra z kotkiem do siebie, opatrzyłem rany i kazałem mu się przespać. Następnego dnia wieczorem Sylwek źle się poczuł - relacjonuje pan Grzegorz. Przyjaciel twierdził, że nic mu nie dolegało.
„Liczy się tylko to, że Mruczek żyje”
- Nie słuchałem go, tylko zawiozłem do szpitala. Tam fachowo opatrzyli go i podłączyli tlen, bo podtruł się czadem. Życie jego nie jest zagrożone, ale nacierpiał się co nie miara. Mówił mi, że liczy się tylko to, że Mruczek żyje. Kocurem sąsiada zaopiekowała się moja wnuczka, Kinga. Do pożaru doszło poprzez zapalenie się sadzy w starym kominie - pan Grzegorz pokazuje spalone pomieszczenia.