60 lat Artura Żmijewskiego. Widzowie pokochali go na dobre – nie tylko jako ojca Mateusza

Artur Żmijewski kończy 60 lat i jest jednym z najlepszych dowodów na to, że w show-biznesie wcale nie trzeba krzyczeć, żeby być słyszanym. Przez lata nie zasłynął z ekscesów, nie urządzał medialnych awantur, nie sprzedawał prywatności na raty. A mimo to – a może właśnie dlatego – widzowie od dekad mają do niego słabość. Bo Żmijewski nigdy nie próbował być "produktem". Był aktorem. I to takim, któremu publiczność po prostu wierzy.

Dziś dla wielu jest przede wszystkim ojcem Mateuszem – księdzem, który z niewzruszoną miną rozwiązuje zagadki i przywraca światu porządek. Ale zanim założył sutannę i wsiadł na rower, zdążył już zbudować coś znacznie cenniejszego niż popularność - zaufanie. A tego nie daje ani dobry PR, ani liczba followersów.

Najpierw był doktor Burski – i pół Polski przepadło

Zanim Artur Żmijewski stał się najsłynniejszym serialowym księdzem w Polsce, był doktorem Jakubem Burskim w "Na dobre i na złe". Widzowie nie tylko polubili graną przez niego postać – oni naprawdę ją kupili. Burski nie był wydumanym herosem z telewizyjnej tektury. Nie błyszczał jak postać z reklamy pasty do zębów, nie uwodził efekciarstwem. Był normalny – zmęczony, czasem oschły, czasem pogubiony, ale przez to prawdziwy. Żmijewski dał mu twarz faceta, któremu można zaufać w trudnej chwili. I nagle okazało się, że pół Polski patrzy na niego nie jak na aktora, tylko jak na kogoś znajomego. Kogoś, kto już od dawna siedzi w salonie po drugiej stronie ekranu.

Ojciec Mateusz? Sukces, który mógł być pułapką

Kiedy pojawił się "Ojciec Mateusz", wielu mogło pomyśleć: ryzykowny ruch. Bo przecież łatwo było wpaść w serialową pocztówkę – sympatyczny ksiądz, małe miasteczko, zagadki i przewidywalny uśmiech. A jednak Żmijewski zrobił coś trudniejszego niż efektowna rola. On sprawił, że ta postać zaczęła działać.

Jego ojciec Mateusz nie był przerysowanym świętoszkiem ani ulepionym z lukru bohaterem dla grzecznych widzów. Był spokojny, uważny, trochę ironiczny, bardzo ludzki. Taki, który nie musi walić pięścią w stół, żeby przejąć kontrolę nad sceną. I właśnie dlatego serial okazał się takim hitem. Widzowie dostali bohatera, który nie męczył, nie grał pod tani efekt, nie udawał kogoś bardziej błyskotliwego, niż był. Po prostu był wiarygodny.

A wiarygodność – zwłaszcza dziś – to towar bardziej luksusowy niż celebrycki blichtr.

Zobacz też: Żmijewski jest z jedną kobietą już od ponad 30 lat! Tak słynny "ksiądz" randkuje z żoną w Sopocie

Od Pasikowskiego i Wajdy po romantyczne kino

Żmijewski to zresztą znacznie więcej niż bezpieczny bohater telewizyjnego prime time’u. Zanim na dobre przykleił się do niego wizerunek faceta, któremu ufa pół Polski, zdążył zanurzyć się także w dużo ostrzejszym kinie – i to u samego Władysława Pasikowskiego. Zagrał Radosława Wolfa w "Psach" i później wrócił do tej postaci w "Psach II: Ostatnia krew", pokazując, że umie odnaleźć się także w świecie twardych facetów, brudnych interesów i męskiej, nerwowej energii. W pamięciu wielu widzów została jego przejmująca kreacja w "Katyniu" Andrzeja Wajdy.

A z drugiej strony miał też w dorobku role z zupełnie innego rejestru – choćby w uwielbianym przez widzów "Nigdy w życiu!", gdzie pojawił się w dużo lżejszej, romantycznej odsłonie jako Adam. Właśnie ten rozrzut robi największe wrażenie: od Pasikowskiego i cięższego kalibru po kino obyczajowe, które oglądało się dla przyjemności. To najlepszy dowód, że Żmijewski nigdy nie był tylko serialową twarzą, ale aktorem, który potrafił odnaleźć się w bardzo różnych światach.

Żmijewski wygrał czymś, co dziś prawie wyszło z mody

Najciekawsze w fenomenie Żmijewskiego jest to, że jego siłą nigdy nie była nachalność. Nie robił z życia prywatnego serialu pobocznego. Nie zamieniał każdego występu w autopromocję. W czasach, gdy wielu znanych ludzi żyje w trybie nieustannego "patrzcie na mnie", on od lat działa dokładnie odwrotnie. Żmijewski reprezentuje typ aktora, który coraz rzadziej trafia się w mainstreamie – fachowca. Człowieka, który nie musi co tydzień przypominać, że istnieje, bo jego obecność i tak zostaje z widzem. Nie epatuje sobą, a jednak trudno go przeoczyć. Nie narzuca się, a jednak od lat jest na pierwszej linii.

To trochę paradoks naszych czasów – im mniej się przepycha, tym bardziej go widać.

Zobacz też: Artur Żmijewski nie zawsze był święty. Przed laty miał romans ze znaną aktorką

Nie idol z plakatu, tylko facet, którego się lubi

Widzowie pokochali Żmijewskiego nie dlatego, że był "najbardziej". Nie najbardziej skandaliczny, nie najbardziej efektowny, nie najbardziej ekstrawagancki. Pokochali go, bo na tle wielu ekranowych bohaterów wydawał się po prostu ludzki. Bez zadęcia. Bez tej irytującej świadomości własnej wyjątkowości, którą kamera czasem bezlitośnie obnaża. Jest w nim coś, co w polskim aktorstwie zawsze działało bardzo mocno – rodzaj spokojnej siły. Taki ekranowy ciężar, który nie polega na wielkich gestach, tylko na obecności. Żmijewski nie musi "robić dużo", żeby scena należała do niego. Wystarczy spojrzenie, pauza, ton głosu. To aktor, który wie, że mniej często znaczy więcej – i umie z tej zasady zrobić użytek.

W przypadku Artura Żmijewskiego nie chodzi tylko o role. Chodzi o pewien rodzaj emocjonalnego kontraktu z widzem. Publiczność przez lata przyzwyczaiła się, że kiedy on pojawia się na ekranie, nie będzie wstydu, przesady ani fałszu. Będzie warsztat, spokój i bohater, w którym da się zobaczyć człowieka. Artur Żmijewski kończy 60 lat z dorobkiem, którego nie trzeba pudrować, i sympatią widzów, której nie da się wyprodukować. A to oznacza jedno – jego fenomen nie wziął się z przypadku. I zdecydowanie nie skończył się na jednej roli.

Od "Na dobre i na złe" po "Ojca Mateusza". Tak na przestrzeni lat zmieniał się Artur Żmijewski
„Ojciec Mateusz” - quiz o serialu sprawdzi, czy jesteś uważnym widzem
Pytanie 1 z 11
Zacznijmy od kilku pytań na rozgrzewkę. Główną rolę w serialu gra:

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki