Wielkanocna wizyta zamieniła się w koszmar. Dwóch nastolatków zniknęło bez śladu
Były okolice Wielkanocy 1999 roku. Pani Wiesława Ziemniak postanowiła odwiedzić swojego 14-letniego syna Andrzeja w Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym w Rewalu. Jak wspominała kobieta, chłopak był dobrym dzieckiem, jednak za drobne kradzieże w listopadzie 1998 roku trafił do Pogotowia Opiekuńczego w Poznaniu. Kilka miesięcy później, w lutym 1999 roku, został umieszczony w placówce dla trudnej młodzieży w Rewalu na północy Polski, daleko od rodzinnego Myszkowa w województwie wielkopolskim.
Niecały miesiąc po przeniesieniu syna do nowego ośrodka, Wiesława Ziemniak zadzwoniła do placówki w pierwszy dzień świąt Wielkanocnych, informując, że przyjedzie odwiedzić chłopca. Kobieta zdecydowała się spędzić z nim Niedzielę Wielkanocną w ośrodku. Wcześniej, gdy chciała zabrać syna do domu na święta, usłyszała przez telefon od pracowników placówki, że Andrzej otrzymał karę, przez co nie będzie mógł opuścić ośrodka na Wielkanoc.
Kiedy w pierwszy dzień świąt pani Wiesława poinformowała, że w takim razie sama przyjedzie do syna, usłyszała druzgocącą wiadomość. Pracownica ośrodka przekazała jej, że Andrzeja nie ma już w placówce, ponieważ miał uciec w Wielką Sobotę. To jednak nie koniec tajemniczych okoliczności, bo tego samego dnia z ośrodka zniknął także drugi nastolatek — 15-letni Łukasz Sas.
Trudne dzieciństwo Łukasza. W ośrodku w Rewalu nie czuł się bezpiecznie
Jak przytacza Milenium Media, obecnie należący do Aldony Błaszczyk-Szostak, żony zmarłego dziennikarza śledczego, Janusza Szostaka, za datę ucieczki chłopców przyjęto 31 marca 1999 roku, lecz ucieczkę uwzględniono w skali liczbowej, gdyż pominięto wpis do wykazu imiennego. Dopiero następnego dnia zniknięcie Andrzeja i Łukasza zostało wpisane do raportu poprawnie.
Łukasz Sas był o rok starszy od Andrzeja Ziemniaka. Pochodził z miejscowości Poganice w województwie pomorskim. Do Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego w Rewalu trafił przed Andrzejem. Wcześniej przebywał w pogotowiu opiekuńczym z powodu ucieczek z domu, wagarów, drobnych kradzieży, palenia papierosów, a także nadużywania alkoholu. Łukasz nie miał łatwego dzieciństwa. Pochodził z niemajętnej rodziny zmagającej się z problemami. Jak relacjonowała jego matka, Dorota, okazało się, że głowa rodziny – ojciec Łukasza, molestował swoją córkę, a zarazem młodszą siostrę zaginionego. Niewykluczone, że wcześniej także Łukasz mógł być ofiarą tego rodzaju przemocy ze strony ojca.
W ośrodku wychowawczym położonym w niewielkiej miejscowości wypoczynkowej nad Morzem Bałtyckim Łukaszowi wyraźnie się nie podobało. Uciekał z niego już kilka razy. Różnica polegała jednak na tym, że nie znikał bez śladu. Wyjeżdżał do rodziny lub do poprzedniego ośrodka, w którym przebywał wcześniej i gdzie najwyraźniej czuł się bezpiecznie.
Tajemnicze zaginięcie nastolatków. O sprawie przez miesiące było cicho
Podczas gdy pani Wiesława o zaginięciu swojego syna Andrzeja dowiedziała się już w Wielkanoc, pani Dorota informację o zniknięciu Łukasza otrzymała dopiero po dwóch miesiącach. Kobieta dostała z ośrodka pismo z informacją, że jej syn został skreślony z listy wychowanków z powodu nieobecności trwającej już osiem tygodni.
Wydział Kryminalny Komendy Powiatowej Policji w Gryficach rozpoczął poszukiwania chłopców dopiero 7 czerwca 1999 roku. Co więcej, matka zaginionego Łukasza oficjalnie zgłosiła zaginięcie syna dopiero 22 grudnia 1999 roku, czyli dziewięć miesięcy po jego zniknięciu. Stało się to krótko po tym, jak kobieta dowiedziała się, że ośrodek nigdy wcześniej nie zgłosił oficjalnego zawiadomienia o zaginięciu nastolatka na policję.
Śledczy przyjęli początkowo, że chłopcy, którzy zniknęli tego samego dnia, mogli wspólnie zaplanować ucieczkę. Jedna z hipotez zakładała nawet, że nastolatkowie wyjechali do Świnoujścia, a stamtąd przedostali się za granicę. Problem w tym, że czternastoletni Łukasz i piętnastoletni Andrzej znali się zaledwie od miesiąca, gdyż Andrzej trafił do placówki dopiero w lutym. Do dziś nie wiadomo, czy chłopcy rzeczywiście utrzymywali bliższą relację. W ośrodku przebywało wielu wychowanków, dlatego nie można wykluczyć, że znali się jedynie z widzenia. Z drugiej strony niewykluczone, że w krótkim czasie zdążyła narodzić się między nimi przyjaźń, gdyż według niektórych relacji nastolatkowie mieli spędzać ze sobą dużo czasu.
Tajemniczy list i nieścisłości w sprawie zaginięcia chłopców z Rewala
Jak podawał program „Interwencja”, zaginięcie od początku owiane było wieloma dziwnymi i trudnymi do wyjaśnienia okolicznościami. Marcin Ziemniak, brat zaginionego Andrzeja, przekazał reporterowi, że według informacji otrzymanych przez rodzinę chłopiec miał uciec z ośrodka 31 marca w Wielką Sobotę. Również zaginięcie Łukasza przypisano właśnie na ten dzień. Problem w tym, że w 1999 roku Wielka Sobota przypadała dopiero 3 kwietnia, czyli kilka dni po rzekomej ucieczce nastolatków. Mimo wszystko przed Wielkanocą pani Wiesława dzwoniła do ośrodka, by poinformować o tym, że chce zabrać do siebie syna na święta. Przypomnijmy, że wówczas miała usłyszeć, iż Andrzej otrzymał karę i nie może opuścić placówki.
To jednak nie koniec nieścisłości. 14-letni Andrzej miał wcześniej napisać do rodziny list, w którym informował, że chce spędzić Wielkanoc w domu i prosił, by odebrać go z ośrodka. Właśnie dlatego pani Wiesława próbowała zabrać syna z placówki. W tym samym liście Andrzej miał później dopisać, po dłuższej przerwie, że po godzinie 20 razem z kolegą uciekł z ośrodka. Rodzina jest jednak przekonana, że zdanie to zostało dopisane później — innym charakterem pisma, prawdopodobnie już kolejnego dnia po zaginięciu chłopców.
Z kolei Grzegorz Wójcicki ze Stowarzyszenia Przystań Nadzieja twierdził w rozmowie z reporterem, że pod koniec lat 90. pod ośrodek miał podjeżdżać biały mercedes. Według jego relacji wychowankom placówki oferowano usługi seksualne za niewielkie pieniądze. Mężczyzna, który miał być związany z tym procederem, został później zatrzymany, jednak ostatecznie nie powiązano go ze sprawą zaginięcia chłopców.
Poszukiwania po latach i sensacyjny trop. Czy chłopcy zostali zamordowani?
W 2018 roku wolontariusze ze Stowarzyszenia Przystań Nadzieja postanowili ponownie przyjrzeć się tajemnicy zaginięcia chłopców. Teren dawnego ośrodka w Rewalu został dokładnie przebadany georadarem. Rok później rozpoczęto także przekopywanie ziemi w poszukiwaniu ewentualnych szczątków.
Nagle zaczęło się mówić o możliwym przełomie w sprawie. W miejscu dawnej studni odnaleziono bowiem chłopięcy sweter, co do którego rodzina Ziemniaków była przekonana, że należał do Andrzeja. Dodatkowe emocje wzbudziło odkrycie zakopanych w ziemi kości.
Wkrótce okazało się jednak, że były to szczątki zwierzęce. Po analizie DNA odnalezionym na części garderoby, śledczy z Archiwum X wykluczyli, by znaleziony sweter należał do któregokolwiek z zaginionych chłopców.
Mieli pontonem dopłynąć do Szwecji. Rodziny chłopców nie wierzyły w tę wersję
Warto również zwrócić uwagę na informacje, które rodziny miały otrzymać tuż po zaginięciu nastolatków. Według jednej z wersji chłopcy mogli pontonem przedostać się do Szwecji. Taki scenariusz od początku budził jednak ogromne wątpliwości. Mowa była przecież o 14- i 15-latku, którzy mieliby samodzielnie pokonać około 170 kilometrów Bałtyku. Czyli najkrótszą trasę pomiędzy Polską a Szwecją od strony Świnoujścia. Dodatkowo rodzina jednego z chłopców podkreślała, że nastolatek w ogóle nie potrafił pływać.
Inna hipoteza wskazywała, że wychowankowie ośrodka skorzystali z promu i w ten sposób mieli pokonać Bałtyk. Tu pojawia się jednak pytanie, jak dwójka nieletnich miałaby przetrwać za granicą bez pracy, pieniędzy i znajomości języka.
- Czy nikt by się nie zainteresował, że dzieci są same bez rodziców? Uważam, że chłopcy nie mieli pieniędzy, a jeśli dokonaliby kradzieży, to i tak zostaliby złapani. Tak bywało wcześniej. Otrzymałam także informację, iż mój syn chciał wyrobić paszport. Sprawdziłam to. Oczywiście Andrzej nie wyrabiał żadnego paszportu w Szamotułach ani dowodu – mówiła Wiesława Ziemniak w rozmowie z Fundacją na Tropie im. Janusza Szostaka.
Seria zaginięć nastolatków w tej samej części Polski
To wciąż nie koniec dziwnej otoczki, która towarzyszy tej niecodziennej sprawie. W podobnym okresie, w tej samej części Polski, doszło bowiem do zaginięcia 15-letniego Janusza Asminiena w 1998 roku. Rok później zaginął także 15-letni Marek Paczkowski.
Obaj chłopcy zniknęli w marcu, podobnie jak Łukasz i Andrzej. Co prawda, nie ma żadnych przesłanek, by łączyć te sprawy ze zniknięciem nastolatków z Rewala, ponieważ ani Janusz, ani Marek nie byli wychowankami wspomnianego ośrodka. Istnieją jednak pewne podobieństwa.
Wszyscy chłopcy byli w zbliżonym wieku, wszyscy zaginęli w marcu, a jedno z tych zaginięć miało miejsce w tym samym roku, co sprawa Łukasza i Andrzeja. Co więcej, do wszystkich zdarzeń doszło w promieniu maksymalnie 100 kilometrów.
Zagadka zaginięcia chłopców z Rewala cały czas pozostaje otwarta. Sprawą Łukasza Sasa i Andrzeja Ziemniaka zajmuje się szczecińskie Archiwum X. Od ich tajemniczego zniknięcia minęło w tym roku 27 lat.