Tajemnicza sprawa studentki z Pruszcza Gdańskiego. Akta do dziś znajdują się w IPN
W 1988 roku Polacy nie mogli jeszcze swobodnie podróżować po świecie tak jak dziś, choć wielu młodych ludzi marzyło o poznawaniu innych krajów. Jedną z takich osób była 19-letnia Beata Piskorz, studentka geografii Uniwersytetu Gdańskiego. Na wymarzone studia dostała się zaledwie miesiąc wcześniej. Była pogodną i pełną życia młodą kobietą. Jeden dzień sprawił jednak, że wszystko się zmieniło, a akta jej sprawy do dziś znajdują się w Instytucie Pamięci Narodowej.
Beata Piskorz mieszkała w Pruszczu Gdańskim. W dorosłość wchodziła w trudnych realiach schyłku PRL-u. Do upadku komunizmu pozostawał jeszcze rok, a porządku na ulicach, zamiast policji, pilnowała milicja obywatelska. Końcówka lat 80. była szczególnie burzliwym okresem dla Gdańska, gdzie trwały strajki robotnicze i studenckie, które ostatecznie doprowadziły do przemian ustrojowych i rozmów Okrągłego Stołu. Miasto stało się symbolem walki o legalizację „Solidarności” i zmianę systemu.
W tamtym czasie Beata mieszkała razem z mamą Kazimierą w mieszkaniu przy ul. Obrońców Wybrzeża w Pruszczu Gdańskim. Wiosną 1988 roku zdała maturę, a już w październiku rozpoczęła studia na kierunku geografia. W piątek, 21 października, 19-latka razem z mamą odwiedziła swoją starszą siostrę Alicję, która mieszkała wraz z mężem i dziećmi w tym samym mieście.
Wyszła odwiedzić koleżanki i już nie wróciła. Dwa tygodnie później nastąpił przełom
Kobiety spędziły razem spokojne popołudnie, a około godziny 18:00 Beata poinformowała, że wybiera się jeszcze do koleżanek. To wtedy po raz ostatni bliscy widzieli 19-latkę żywą. Dziewczyna wyszła z mieszkania na oczach mamy i siostry. Po spotkaniu ze znajomymi miała wrócić prosto do domu przy ul. Obrońców Wybrzeża.
Kiedy późnym wieczorem pani Kazimiera wróciła do mieszkania, zdziwiła się, że Beaty nadal nie ma. Początkowo nie wzbudziło to jednak większego niepokoju. Kobieta zaczęła się martwić dopiero wtedy, gdy córka nie wróciła na noc. Wiedziała, że gdyby planowała zostać poza domem, na pewno wcześniej by o tym powiedziała.
Zaniepokojona matka zgłosiła zaginięcie córki na milicję. Mimo prowadzonych poszukiwań nastolatki nigdzie nie udało się odnaleźć. Pani Kazimiera od początku przeczuwała, że jej córce mogło stać się coś złego. Przełom w sprawie nastąpił dopiero dwa tygodnie później.
Makabryczne odkrycie w rowie melioracyjnym. Znaleziono ciało 19-letniej Beaty
3 listopada jedna z mieszkanek Pruszcza zauważyła wystające z rowu melioracyjnego nieopodal ul. Grunwaldzkiej ludzkie stopy. Postanowiła podejść bliżej. Właśnie wtedy odkryła ukryte pod liśćmi i gałęziami zwłoki młodej kobiety. Wezwani na miejsce milicjanci szybko ustalili tożsamość ofiary. Była nią 19-letnia Beata Piskorz z Pruszcza Gdańskiego. Zwłoki studentki leżały na wznak. Sekcja wykazała, że dziewczyna została uduszona, a przed śmiercią zgwałcona. Śledczy ustalili również, że Beata wyszła z domu siostry bez pieniędzy i dokumentów. Przy ciele odnaleziono jednak łańcuszek i pierścionek, co wykluczyło motyw rabunkowy.
Milicjanci ustalili, że wieczorem 21 października koleżanek, które Beata planowała odwiedzić, nie było w domu. Dziewczyna musiała więc zastać zamknięte drzwi od mieszkania i prawdopodobnie postanowiła pieszo wrócić do swojego domu. Milicjanci od razu rozpoczęli poszukiwania świadków makabrycznego zdarzenia.
- Wojewódzki Urząd Spraw Wewnętrznych w Gdańsku zwraca się z prośbą do wszystkich osób, które w okresie od 21 października do 3 listopada w godzinach wieczorowo-nocnych przechodziły przejściem dla pieszych prowadzącym od dworca PKP do ul. Grunwaldzkiej w Pruszczu Gd., aby osobiście lub telefonicznie skontaktowały się z WUSW w Gdańsku – informowała MO w komunikacie przekazanym lokalnym gazetom.
Świadkowie słyszeli krzyki kobiety. Beata była zaledwie kilkaset metrów od domu
Komunikat umieszczony w prasie przeczytały osoby, które mogły wnieść nowe informacje do sprawy. Z relacji świadków wynikało, że Beata po raz ostatni była widziana około kilometra od domu. A dokładniej w przejściu podziemnym przy dworcu PKP. To właśnie tam zauważyła ją znajoma, Elżbieta B. Kilkaset metrów dalej, przy ul. Wita Stwosza, kolejni świadkowie mieli usłyszeć kobiecy krzyk i wołanie o pomoc.
Jak później tłumaczyli śledczym, nie wzbudziło to ich podejrzeń. Okolica uchodziła za specyficzną, a miejsce to chętnie odwiedzali „amatorzy” tanich trunków. Mieszkańcy mieli regularnie słyszeć podobne odgłosy, a mimo wszystko nigdy wcześniej nigdy nie doszło tam do żadnej tragedii. Świadkowie nie zareagowali, choć wiele wskazuje na to, że o pomoc mogła wołać właśnie zaatakowana Beata. Dziewiętnastolatka zginęła zaledwie 900 metrów od swojego domu.
Jak później ustalono, tego samego dnia około godziny 17 (kiedy Beata przebywała jeszcze w mieszkaniu siostry Alicji) w okolicy miejsca późniejszego ataku przechodziła inna kobieta. Miał zaczepiać ją nieznany mężczyzna. Kobieta przestraszyła się i uciekła, a po drodze poprosiła o pomoc napotkanego przechodnia. Mężczyzna również widział podejrzanego. Milicjanci sporządzili portret pamięciowy domniemanego napastnika i rozpoczęli jego poszukiwania. Tego samego mężczyznę w pobliżu miejsca zbrodni miała zauważyć także inna kobieta. Miał zaczepić ją i zapytać, czy nie boi się tędy chodzić.
Fałszywe tropy i sprzeczne zeznania. Zabójca Beaty Piskorz nigdy nie został odnaleziony
W tym samym czasie milicjanci otrzymywali kolejne zgłoszenia dotyczące innego mężczyzny, który miał zaczepiać kobiety w okolicy dworca PKP i mógł być powiązany ze sprawą. Jeden ze świadków zeznał również, że późnym wieczorem 21 października słyszał przy ul. Wita Stwosza kobiece krzyki, o których wcześniej wspominali inni mieszkańcy. Tym razem świadek twierdził, że kobieta miała wcześniej powiedzieć do domniemanego napastnika: „nie wygłupiaj się, puść mnie”. Śledczy zdawali sobie sprawę, że jeśli głos należał do Beaty, mogło to oznaczać, że znała swojego oprawcę. Nigdy jednak nie udało się potwierdzić, że wołającą o pomoc była właśnie zamordowana 19-latka.
Po pewnym czasie milicjanci zatrzymali mężczyznę o imieniu Stanisław, który przypominał osobę z portretu pamięciowego. Jak się okazało, miał on wcześniej zaczepiać przypadkowe kobiety. Tuż po zatrzymaniu przyznał się do zabójstwa Beaty. Choć na miejscu zbrodni zabezpieczono ślady biologiczne sprawcy, m.in. nasienie i włosy, w 1988 roku w Polsce nie było jeszcze możliwości przeprowadzenia badań DNA. Podczas rekonstrukcji zdarzeń Stanisław wielokrotnie zmieniał swoje zeznania, a żadna z jego wersji nie zgadzała się z ustaleniami milicjantów dotyczącymi przebiegu zbrodni. Wkrótce wyszło też na jaw, że 21 października przebywał w szpitalu psychiatrycznym. Mężczyzna został wypuszczony na wolność, a po dziś dzień nikt nie odpowiedział za zabójstwo studentki ze szczególnym okrucieństwem.
Sprawą zajmuje się Archiwum X. Zagadka śmierci Beaty cały czas pozostaje nierozwiązana
Kilka lat temu sprawę zabójstwa Beaty Piskorz z Pruszcza Gdańskiego przejęli policjanci z Archiwum X. Mimo że od zbrodni na Pomorzu minęło już prawie 38 lat, śledczy wciąż mają nadzieję, że uda się ustalić, co wydarzyło się z 19-latką feralnego wieczoru. W polskim prawie zabójstwo przedawnia się po 40 latach od chwili popełnienia czynu, co oznaczałoby, że za dwa lata sprawa mogłaby zostać przedawniona. Istnieją jednak wyjątki m.in. w przypadku zabójstw ze szczególnym okrucieństwem, połączonych z gwałtem lub motywem seksualnym, które mogą nie przedawniać się nigdy.
Ponieważ do zbrodni doszło pod koniec lat 80., sprawca może dziś być już osobą w podeszłym wieku albo nawet nie żyć. Przy obecnym rozwoju technologii ślady DNA zabezpieczone na miejscu zbrodni mogłyby zostać ponownie przebadane i być może pomogłyby śledczym z Archiwum X posunąć śledztwo do przodu. Niestety, te nie przetrwały.