Anna German otarła się o śmierć. Przez wiele godzin nikt nie wiedział, gdzie jest

Najpierw odebrano jej ojca i rodzinny dom. Potem, gdy była o krok od światowej kariery, wypadek odebrał jej sprawność. Wiele godzin czekała na ratunek. Anna German wracała jednak za każdym razem - do Polski, do miłości, do chodzenia i na scenę. Dopiero ostatniej walki nie mogła wygrać.

Noc, która złamała jej życie

Na włoskiej Autostradzie Słońca kończył się najpiękniejszy rozdział jej kariery. Dzień wcześniej w Viareggio Anna German odebrała „Oscara della simpatia”, nagrodę publiczności przyznawaną najbardziej lubianym artystom. Miała kontrakt z włoską wytwórnią, występ w San Remo i otwarte drzwi do świata. W nocy z 27 na 28 sierpnia 1967 roku samochód, którym wracała z koncertu, wypadł z drogi. Piosenkarka została wyrzucona z auta. Ciężko ranną odnaleziono dopiero po wielu godzinach.

Miała złamany kręgosłup i liczne złamania kości. Przez wiele dni nie odzyskiwała przytomności, później miesiącami pozostawała unieruchomiona. Lekarze nie potrafili obiecać, że będzie chodzić, a tym bardziej że jeszcze zaśpiewa. Dla kobiety, która dopiero zaczynała podbijać Zachód, oznaczało to nie tylko ból. W jednej chwili straciła przyszłość, na którą pracowała całe dorosłe życie. Nie po raz pierwszy musiała zaczynać wszystko od początku...

Ojca znała tylko ze zdjęcia

Anna przyszła na świat 14 lutego 1936 roku w Urgenczu, w sowieckim Uzbekistanie. Miała zaledwie dziewiętnaście miesięcy, gdy NKWD aresztowało jej ojca, Eugena Hörmanna, pod zarzutem szpiegostwa. W 1938 roku został zamordowany. Córka właściwie go nie pamiętała. Zostało zdjęcie, rodzinne opowieści i tęsknota za człowiekiem, który pewnego dnia zniknął bez pożegnania.

Razem z matką Irmą i babką Anna wędrowała przez Azję Środkową, doświadczając biedy, przesiedleń i wojennego chaosu. Małżeństwo Irmy z polskim oficerem Hermanem Bernerem pozwoliło rodzinie w 1946 roku przyjechać do Polski. We Wrocławiu Anna dopiero uczyła się polskiego. W domu wcześniej brzmiały rosyjski, niemiecki i holenderski. Ta wielojęzyczność miała później pomóc jej śpiewać dla publiczności od Warszawy po Moskwę i Neapol.

Geolog, która wybrała piosenkę

Matka chciała dla jedynej córki bezpiecznego zawodu. Anna ukończyła więc geologię na Uniwersytecie Wrocławskim. Wybrała ją - jak sama przyznawała - ze zdrowego rozsądku. Wiedziała, że nie ma rodzeństwa ani krewnych, na których mogłaby liczyć w biedzie. Jednocześnie śpiewała w studenckim Kalamburze i jeździła z Estradą Wrocławską po małych miasteczkach. Jej pierwszy poważny występ zakończył się zapomnieniem tekstu. „Można uciec od sceny, ale nie od przeznaczenia” - mówiła po latach.

Przeznaczenie miało tytuł „Tańczące Eurydyki”. W 1964 roku piosenka przyniosła jej nagrody w Opolu i Sopocie. Rok później triumfowała w Opolu utworem „Zakwitnę różą”. Śpiewała w paryskiej Olimpii, Carnegie Hall i na włoskich festiwalach. Miała 184 centymetry wzrostu, jasny sopran i naturalną elegancję, która nie potrzebowała estradowych póz. Gdy włoski konferansjer próbował żartować z jej wzrostu, odpowiedziała, że ważne jest tylko to, iż jest wyższa od niego. Publiczność stanęła po jej stronie.

Uczyła się poruszać palcem

W Warszawie czekał na nią Zbigniew Tucholski, poznany w 1960 roku na wrocławskim basenie. Poprosił wysoką blondynkę z książką, żeby przypilnowała jego rzeczy. Media nazwą to później miłością od pierwszego wejrzenia. On prostował: najpierw było zafascynowanie, bo miłość przychodzi z czasem. Przyszła w listach, podróżach między Warszawą i Wrocławiem oraz godzinach czekania pod studiem nagrań.

Po wypadku Tucholski był przy Annie, ale nie grał bohatera. Pomagał zorganizować rehabilitację i wierzył, że znów stanie na scenie. Ona ćwiczyła każdy ruch: zgięcie palca, uniesienie ciężkiego buta o milimetr, pierwszy krok. - Ania nigdy nie narzekała - wspominał. W czasie przymusowego bezruchu napisała książkę „Wróć do Sorrento?” i zaczęła komponować. Wtedy powstał „Człowieczy los” - piosenka, która brzmiała jak jej własna odpowiedź na nieszczęście.

Publiczność przyjęła ją po raz drugi

W 1970 roku wróciła do Opola. Nie była już tą samą olśniewającą dziewczyną, która sześć lat wcześniej śpiewała o Eurydykach. Każdy krok kosztował ją wysiłek. Gdy stanęła przed mikrofonem, widownia zaśpiewała jej „Sto lat”. German mówiła potem, że właśnie wtedy uwierzyła, iż znów może śpiewać na żywo i że wszystko zacznie się od początku. Był to jej drugi debiut - znacznie ważniejszy od pierwszego.

Dwa lata później Anna i Zbigniew pobrali się skromnie w Zakopanem. W 1975 roku urodził się ich jedyny syn, Zbigniew Ivarr. Dla kobiety, która tak wcześnie straciła ojca i dom, własna rodzina była czymś więcej niż spełnieniem marzenia. Na Żoliborzu chętnie gotowała, sprzątała i zajmowała się dzieckiem. Potrafiła śpiewać dla tysięcy ludzi w Moskwie, a potem wrócić do domu i cieszyć się najzwyklejszym dniem.

Z ostatniej drogi nie mogła zawrócić

Jesienią 1980 roku koncertowała w Australii. W Melbourne dała swój ostatni publiczny recital. Coraz silniejszy ból zapowiadał jednak nową walkę. Po powrocie rozpoznano u niej złośliwy nowotwór kości. Relacje o leczeniu są niepełne i sprzeczne, wiadomo jednak, że przechodziła operacje i pobyty w szpitalu. Choroba postępowała. Tucholski, zwykle otwarty we wspomnieniach, po latach nie chciał już opowiadać o tych miesiącach. Uważał, że prywatność rodziny została odsłonięta zbyt mocno.

Anna poprosiła męża o Biblię swojej babci. W domu nagrywała na magnetofonie psalmy i własne pieśni religijne. Wiosną 1982 roku przyjęła chrzest w Kościele Adwentystów Dnia Siódmego. Zmarła w warszawskim szpitalu w nocy z 25 na 26 sierpnia 1982 roku, niemal dokładnie piętnaście lat po katastrofie we Włoszech. Miała 46 lat. Na jej grobie zapisano słowa Psalmu 23: „Pan jest pasterzem moim”. Całe życie wracała. Do utraconej sprawności, do publiczności, do rodziny i wiary. Został głos, w którym do dziś słychać, jak wiele kosztował każdy z tych powrotów.

Śmiertelna choroba Anny German. Historia z Koprem

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki