Witia - młody, zawadiacki, filmowy syn Kazimierza Pawlaka wszedł do historii polskiego kina tak mocno, że aktorowi potem trudno było uciec od tej jednej roli. Jerzy Janeczek znał smak popularności, emigracyjnej samotności, wielkich powrotów i zwyczajnego domowego szczęścia. Jego koniec przyszedł nagle, w miejscu, które kojarzyło się raczej ze spokojem niż z tragedią.
Jedna pszczoła przerwała wszystko
To miał być zwyczajny lipcowy dzień. Jerzy Janeczek, aktor, którego Polska pokochała jako Witię Pawlaka, odszedł nagle 11 lipca 2021 roku. Miał 77 lat. Według ustaleń "Super Expressu" tragedia zaczęła się od użądlenia pszczoły. Aktor był uczulony na jad, wcześniej miał już problemy po takich ukąszeniach. Tym razem także miał przy sobie adrenalinę. Rozmówca gazety mówił krótko: "Próbował się ratować". W tej śmierci jest coś szczególnie przejmującego. Przyszła w codzienności, przy ulu, blisko domu. Do człowieka, który kilka razy wymykał się niebezpieczeństwu, los wrócił w najprostszej, najokrutniejszej postaci.
Witia wszedł do domów Polaków
Dla widzów Jerzy Janeczek miał zawsze trochę chłopięcy uśmiech Witii. W "Samych swoich" Sylwestra Chęcińskiego zagrał syna Kazimierza Pawlaka i od razu trafił do świata, który Polacy cytowali przez pokolenia. Kargulowie i Pawlakowie stali się rodziną prawie każdego domu, a Witia był jednym z tych bohaterów, których nie trzeba było przedstawiać. Sam Janeczek po latach nie budował wokół tej roli legendy. W rozmowie z "Echem Średzkim" mówił: "W aktorstwie rządzą przypadki". I właśnie przypadek miał zaprowadzić go na zdjęcia próbne do filmu, który zmienił jego życie. Był młody, kończył szkołę, miał przed sobą teatr, role, kolejne miasta. A jednak to Witia przykleił się najmocniej. Potem wrócił jeszcze w "Nie ma mocnych" i "Kochaj albo rzuć". Trylogia rosła, a razem z nią rosła jego rozpoznawalność. To była wielka wygrana, ale także pułapka. Bo kiedy publiczność raz pokocha aktora za jedną postać, często nie chce wypuścić go dalej.
Teatr był jego prawdziwym domem
Janeczek nie był jednak tylko chłopakiem z filmowej wsi Pawlaków. W 1968 roku ukończył łódzką szkołę filmową, a potem pracował na scenach we Wrocławiu, Kaliszu, Koszalinie i Warszawie. Grał w klasyce, w repertuarze współczesnym, w Teatrze Telewizji i Teatrze Polskiego Radia. ZASP przypominał po jego śmierci nie tylko "Samych swoich", ale też role w "Stawce większej niż życie", "Sanatorium pod Klepsydrą", "07 zgłoś się" czy "Najdłuższej wojnie nowoczesnej Europy".
O teatrze mówił z tęsknotą. W jednym z wywiadów padło zdanie, które brzmi jak podsumowanie całego pokolenia aktorów: "Dawniej teatr był domem". Nie interesował go tani skandal. Nie ciągnęło go do sceny, która za wszelką cenę chce prowokować. Miał w sobie przywiązanie do starego rzemiosła: słowa, partnera, publiczności i sensu. Może właśnie dlatego tak trudno było mu odnaleźć się w świecie, który zmieniał się szybciej niż aktorskie losy.
Ameryka miała być tylko na chwilę
Pod koniec lat 80. wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Według późniejszych relacji miał zostać rok. Został niemal dwie dekady. Dla aktora znanego w Polsce był to bolesny reset. W kraju miał twarz z kultowego filmu, za oceanem musiał układać życie od początku. Nie udawał, że było łatwo. W USA działał dla Polonii, tworzył gazetę, organizował wydarzenia. W rozmowach przyznawał, że rozpoznawano go przede wszystkim wśród polskich emigrantów. Tam też poznał żonę Emilię. Miłość i praca pozwoliły mu przetrwać czas, który w biografii artysty mógłby wyglądać jak przerwa, ale w życiu człowieka był całą epoką.
Gdy wrócił do Polski w 2007 roku, nie był już młodym Witią z filmu. Był człowiekiem po przejściach, dojrzalszym, z doświadczeniem emigracji i z poczuciem, że nic nie jest dane raz na zawsze. Nadal jednak pracował. Pojawiał się w filmach i serialach, nagrywał, grał. Publiczność wciąż widziała w nim dawnego bohatera Chęcińskiego, ale on szedł dalej.
Kilka razy wymknął się śmierci
W opowieści o Janeczku wraca jeszcze jeden niepokojący motyw. "Super Express" przypominał jego wspomnienia o tym, że już wcześniej kilka razy otarł się o śmierć. Aktor mówił: "Trzy razy się topiłem". W dzieciństwie i młodości przeżywał sytuacje, które po latach brzmią jak ostrzeżenia losu. Opowieść o ostatnich chwilach jego życia mocno chwyta za serce. Człowiek, który przeżył trudne początki, zawodowe zakręty, emigrację i powroty, odszedł przez coś, co mogło wydawać się drobiazgiem. Jedno użądlenie. Kilka chwil walki. Bezradność najbliższych. Szpital. Cisza. Po śmierci pożegnał go m.in. Wiktor Zborowski. Krótko, po męsku, bez wielkich słów: "Odpoczywaj Jurku w spokoju".
Zobacz także: Jerzy Janeczek zmarł, bo nie posłuchał żony. Tak wygląda grób gwiazdy "Samych swoich"
Został tam, gdzie był młody
Pogrzeb Jerzego Janeczka odbył się 20 lipca 2021 roku w Lutkówce. "Super Express" relacjonował, że przy urnie byli najbliżsi: żona, córki, brat, przyjaciele, a także fani. Na grobie pojawiły się białe róże. Taki obraz zostaje w pamięci: nie czerwony dywan, nie reflektory, tylko mały cmentarz, rodzina i ludzie, którzy przyszli pożegnać aktora znanego im od dzieciństwa.
Jerzy Janeczek całe życie próbował być kimś więcej niż Witią Pawlakiem. Był aktorem teatralnym, emigrantem, mężem, człowiekiem, który potrafił zaczynać od nowa. Ale kino ma swoje prawa. Zostawiło go młodego, uśmiechniętego, między Kargulem a Pawlakiem, w historii, którą Polska zna na pamięć. I może właśnie na tym polega jego cicha nieśmiertelność. Nie uciekł od Witii. Ale Witia ocalił go dla kolejnych pokoleń.