Podwórko zamiast książek
Krzysztof Kiersznowski wychował się w Warszawie, w okolicach placu Zbawiciela. W latach 50. i 60. dzieciaki spędzały całe dni na podwórkach, a on sam po latach przyznawał, że nauka nie należała do jego największych pasji. Znacznie bardziej pociągały go podwórkowe wojny. W rozmowie z "Super Expressem" wspominał zbiórki chłopaków uzbrojonych w kije i łańcuchy oraz wyprawy na inne dzielnice. Żartował, że dziś taką grupę pewnie nazwano by gangiem.
Był żywiołowy, krnąbrny, dwa razy powtarzał klasę. Na dodatek się jąkał. Trudno więc było wyobrazić sobie, że ten chłopak pewnego dnia będzie zarabiał głosem i twarzą. A jednak jego matka była przekonana, że syn zostanie aktorem. Sama marzyła o scenie i swoje niespełnione marzenie przeniosła na Krzysztofa.
Aktorstwo to był tak naprawdę pomysł mojej matki
- wspominał po latach Krzysztof Kiersznowski.
Do filmówki prosto z wojska
Zanim spełnił jej marzenie, zdążył jeszcze spróbować zupełnie innego życia. Przekonany, że z nauką niewiele zdziała, poszedł do wojska. Służba okazała się kolejną lekcją pokory. Kiersznowski opowiadał, że w pewnym momencie chciał nawet uniknąć awansu, bo marzył o wyjeździe do Ameryki i bał się, że wojskowe zobowiązania zatrzymają go w kraju na lata.
Do Stanów ostatecznie nie wyjechał. Po wojsku zdał maturę, pracował nad jąkaniem i spróbował sił w łódzkiej filmówce. Ku własnemu zdziwieniu został przyjęty. Ukończył Wydział Aktorski w 1977 roku, a na ekranie pojawił się jeszcze wcześniej, m.in. w "Człowieku z marmuru" Andrzeja Wajdy.
Polecamy: Krzysztof Kiersznowski długo walczył z nowotworem. W ostatnich dniach bardzo cierpiał
"Bandycka twarz" zrobiła karierę
Krzysztof Kiersznowski miał coś, czego nie da się nauczyć w żadnej szkole - twarz, którą kamera zapamiętywała natychmiast. Sam żartował, że jest "bandycka", a reżyserzy chętnie wykorzystywali ten atut. Juliusz Machulski zobaczył w nim idealnego Nutę w "Vabanku", a kilkanaście lat później obsadził go jako Wąskiego w "Kilerze". Wystarczyło kilka scen, żeby powstała postać, której teksty widzowie powtarzają do dziś.
Tyle że Kiersznowski był znacznie lepszym aktorem, niż mogły sugerować komediowe epizody. W "Cześć Tereska" zagrał przejmującą rolę ojca głównej bohaterki, za którą otrzymał nominację do Orła. Kilka lat później za "Statystów" zdobył Polską Nagrodę Filmową dla najlepszego aktora drugoplanowego. Potrafił więc jednym gestem rozbawić, a w następnej roli zbudować człowieka pogubionego i bezradnego.
Machulski po jego śmierci wspominał, że kiedy na scenie stało pięciu aktorów, publiczność i tak patrzyła na Kiersznowskiego. Nie musiał być na pierwszym planie. Wystarczyło, że był.
Rodzina została za granicą
Prywatnie długo próbował pogodzić aktorstwo z rodzinnym życiem. Ożenił się z Francuzką pracującą w dyplomacji. Doczekali się dwojga dzieci – syna Maksymiliana i córki Katarzyny. Na początku lat 90. rodzina mieszkała w Irlandii, gdzie żona aktora pracowała na placówce dyplomatycznej. Kiersznowski wspominał, że jako jej mąż nie mógł normalnie wykonywać zawodu. Po powrocie do Polski małżeństwo ostatecznie się rozpadło.
Później media szeroko rozpisywały się o jego związku z młodszą o 33 lata Katarzyną. Relacja była burzliwa i ostatecznie również się zakończyła. Sam aktor deklarował później, że miłości już nie szuka, choć natychmiast dodawał z charakterystycznym dla siebie uśmiechem:
Rzuciłbym wszystko i poleciał za ukochaną na koniec świata.
Najważniejsza pozostała rodzina. Syn mieszkał we Francji, córka w podwarszawskim Komorowie. Kiersznowski żartował, że dla dzieci nauczył się nawet korzystać z komputera, by łatwiej utrzymywać z nimi kontakt. Coraz bardziej cenił też spokojne życie, książki, spacery i swojego psa.
Nie dawał po sobie poznać, że cierpi
Przez ostatnie lata aktor zmagał się z chorobą nowotworową. Nie robił z niej publicznego spektaklu i długo pracował mimo pogarszającego się stanu zdrowia. Widzowie oglądali go jako Stefana Górkę w "Barwach szczęścia", nie wiedząc, ile wysiłku kosztuje go każde kolejne wejście na plan. Ewa Ziętek, która w serialu grała jego żonę, wspominała później, że Kiersznowski "nie dawał po sobie poznać, że coś go boli". Odwiedziła go krótko przed śmiercią. Mówiła o jego niezwykłej godności i o tym, że nawet wtedy nie chciał obarczać innych własnym cierpieniem.
Krzysztof Kiersznowski zmarł 24 października 2021 roku, zaledwie miesiąc przed 71. urodzinami. 4 listopada pożegnali go bliscy i przyjaciele. Po mszy w kościele św. Aleksandra w Warszawie urna z jego prochami została złożona na cmentarzu w Komorowie.
Minęło pięć lat, a wystarczy włączyć "Vabank" albo "Kilera", by znów zobaczyć ten charakterystyczny półuśmiech i twarz, którą sam nazywał bandycką. Paradoksalnie ludzie, którzy znali go prywatnie, zapamiętali kogoś zupełnie innego – dyskretnego, serdecznego i niechętnego robieniu wokół siebie zamieszania. Może właśnie dlatego tak dobrze działał na ekranie. Nigdy nie musiał udowadniać, że jest "debeściakiem".