- Za panem kolejna fascynująca podróż. Jakie miejsca odwiedził pan tym razem?
- Ten sezon jest nieco krótszy. Byliśmy w dwóch miejscach. Pierwszym celem była Ukraina rozumiana jako ziemia lwowska, czyli Lwów i okolice, a kolejnym Kazachstan.
- Pana kulinarne podróże trwają już ponad 20 lat. Liczy pan ile krajów już pan odwiedził?
- Nigdy nie liczyłem. W Europie byłem prawie wszędzie, wyjąwszy San Marino i Białoruś.
- Ma pan jeszcze jakieś cele, które na pana czekają?
- Ależ oczywiście! Świat jest wielki, mimo że się skurczył z racji tego, że samolot jest coraz dostępniejszym środkiem transportu. Same Chiny to jest przecież kontynent kulinarny, ogromne państwo z przeróżnymi kuchniami, więc trudno by powiedzieć, że byłem wszędzie. Chiny bardzo mało znam, byłem tylko w Hong-Kongu. Jest jeszcze Afryka ogromna, a z niej liznąłem jedynie Maghreb i RPA. Życia nie starczy z pewnością!
- Do których z tych miejsc wraca pan najchętniej?
- Siłą rzeczy do tych, które są dość blisko, takich, które wymagają najwyżej kilku dni jazdy samochodem – więc Europa, którą znam dość dobrze. A gdzie wracam najchętniej? W miejsca gdzie narodziła się nasza kultura, położonych w szeroko rozumianym basenie Morza Śródziemnego…
- Takich jak Dalmacja?
- Mam tam dom i pomieszkuję tam, więc siłą rzeczy jest to moje drugie miejsce na ziemi po Krakowie. Wspaniałe miejsce! Wybrzeże Morza Śródziemnego, ale zamieszkałe przez Słowian, więc łatwo nauczyć się języka, ma w sobie elementy wielu kultur i wszystkie lubię, bo do jedzenia mieszanka: z jednej strony śródziemnomorska klasyka, niemal to samo, co we Włoszech lub nadmorskiej Hiszpanii, z drugiej strony Europa Środkowa, z trzeciej strony Bałkany, więc pokłosie Imperium Osmańskiego, obecne do dziś na stołach, słyszalne w śpiewie, widoczne w folklorze. Kocham to miejsce niezwykle.
i
- Mówi się, że podróże kształcą. Czego nauczyły pana te wszystkie lata w podróży?
- Po pierwsze tego, że nikt na świecie, żadna kultura, nie ma monopolu na prawdę i na rację. My często myślimy, że to, co jest u nas to norma, a cała reszta to dziwactwo, ale przecież inni mogą myśleć dokładnie tak samo. Na przykład dla większości ludzi żyjących na świecie jedzenie chleba i spożywanie mleka jest kompletną abstrakcją. Proszę pamiętać, że Chińczycy nie jedzą chleba, nie piją mleka, nie mają serów. A przecież jest ich nieco więcej niż Polaków. Więc co jest normą? Po prostu nie ma normy! Wniosek jest taki, że należy szanować inne kultury, ponieważ żadna kultura nie jest prawdą objawioną. Każda jest objawiona na swój sposób, dla danego miejsca na ziemi, dla danego klimatu.
- Konwencją pana programu jest poznawanie różnych kultur i narodów poprzez ich kuchnię. A jak to jest z Polakami. Co nasz kuchnia może o nas powiedzieć?
- Moim zdaniem szukamy własnej tożsamości. Trochę zapomnieliśmy o niej. I Rzeczpospolita była państwem wielu kultur, wielu narodów i wielu religii. Podobnie jak II RP. W państwie niemal monoetnicznym i monoreligijnym żyjemy dopiero od 1945 roku, a właśnie przez ten pryzmat rozpatrujemy całą historię polskiego narodu. Tak nigdy, do 1945 r. w naszej historii nie było. Szukamy też naszej tożsamości kulinarnej, bo bardzo często za rzeczy tradycyjnie polskie przyjmujemy takie, które powstały dopiero w PRL-u, jak kotlet schabowy czy zupa pomidorowa. To są rzeczy, których się nie jadało przed wojną. Z kolei zapominamy o kaszach, które z kolei były niemal stale obecne w naszej kulturze. Trochę bezrefleksyjnie do tego podchodzimy.
- A skoro już mowa o polskich stołach: jakie są pana zdaniem najczęstsze błędy, które Polacy popełniają w kuchni? Czego się wystrzegać?
- Na pewno jemy za dużo mięsa, co również jest wynikiem historii, gdyż w większości jesteśmy społeczeństwem chłopskim, a zapominamy o tym, że jeszcze do II wojny światowej większość ludzi żyjących na wsi z mięsem miała kontakt niemal incydentalny – z okazji Wielkiej Nocy, Bożego Narodzenia czy jakichś wielkich uroczystości. To również wynika z zaszłości PRL-owskich, kiedy mięso było często racjonowane, ciężko je było zdobyć. Ludzie stali w kolejkach po kiełbasę. Teraz ludzie, może nawet podświadomie, chcą podkreślić zmianę swoje statusu społecznego, jedząc mięso niemal codziennie. Marnujemy w związku z tym mnóstwo żywności. Mówimy sobie: „Co? Mnie nie stać?”. Ale w efekcie ludzie kupują za dużo, a potem wyrzucają. To też jest pewnego rodzaju próba podkreślenia zmiany swojego statusu społecznego, ale kraje znacznie od nas bogatsze marnują o wiele mniejsze ilości. Ale wiem, że musi trochę czasu upłynąć, zanim zmienimy swój sposób myślenia.
Emisja w TV:
Makłowicz w drodze
poniedziałek-czwartek 19.15 Food Network