– Przez lata funkcjonowałam w tradycyjnym modelu rynku muzycznego. Teraz zdecydowałam się na zmianę - mówi Super Expressowi Martyna Jakubowicz - Moje kolejne wydawnictwa mają powstawać niezależnie od wielkich koncernów fonograficznych. Rynek zalewany jest produkcjami robionymi szablonowo. Ma być szybko, taniej i dużo, bo w masie daje to większe zyski. Miksy idą taśmowo i być może są robione za pomocą AI. Problem polega również na tym, że mojej muzyki nie sposób łatwo zakwalifikować do jednej kategorii. Od lat łączę bluesa, folk, rock i muzykę autorską, wymykając się prostym podziałom stosowanym przez branżę fonograficzną. Duży wydawca korporacyjny powie od razu, bo takie zdanie słyszę od lat: „Nie wiemy jak mamy Cię sprzedawać”. Także rozmowy z wydawcami stały się, mówiąc bardzo oględnie, mało przyjemne.
„Wydawca łupi”
Za decyzją o usamodzielnieniu się stoją także pieniądze. Zdaniem menedżerki Martyny , Patrycji Jakubowicz, tradycyjny system wydawniczy nie zapewnia dziś takim artystom godziwych pieniędzy.
– Prosty rachunek ekonomiczny pokazuje, że wydawcy w sposób mało atrakcyjny chcą dzielić się zyskami ze sprzedaży. Wiem, że mają wysokie koszty firmowe, ale za to zniżki przy opłatach licencyjnych ZAiKS, w tłoczniach i w dystrybucji, a także promocja jest tańsza w masie – mówi menedżerka.
Sama artystka ocenia system jeszcze dosadniej – Wydawca łupi. - mówi - "Twój wydawca jest złodziejem" - śpiewał już lata temu Kazik i założył własne wydawnictwo. - Ja też będę produkowała sama, nie pierwszy zresztą raz. Tym sposobem materiał będzie moją własnością. Zwracam uwagę na jeszcze jeden problem, będący konsekwencją wieloletniej współpracy z korporacjami - wydawane u nich płyty mogą nie ujrzeć już nigdy światła dziennego, nie doczekają się reedycji. Chyba, że firma zdecyduje się na udzielenie płatnej licencji. Na szczęście prawa do pierwszych moich płyt są własnością moją i Marcina Jacobsona, mojego byłego menadżera.
Stare płyty nawet po 500 zł
Paradoksalnie, choć muzyka Jakubowicz ma wierną publiczność, wiele jej starszych albumów trudno dziś kupić. Na rynku wtórnym osiągają ceny, które mogą zaskakiwać.
– Moich płyt nie ma na rynku. Ceny na Allegro starych wydawnictw to około 400, 500 zł za sztukę – mówi artystka. Przypomina przy tym, że w przeszłości jej albumy sprzedawały się w nakładach, które dziś robią wrażenie.
– Podam panu taki przykład: płyta koncertowa „Kołysz mnie”, podwójny album, sprzedała się w nakładzie około 64 tysięcy. Mówię o płytach CD. Po trzech miesiącach była Złota Płyta – wspomina.
Dla porównania teraz Złotą Płytę w kategoriach muzyka poważna, jazz mamy na poziomie 5 tysięcy, a w przypadku muzyki rozrywkowej 15 tysięcy – dodaje.
Dokładna sprzedaż najstarszych albumów Jakubowicz pozostaje jednak zagadką. Jej pierwsze trzy płyty ukazywały się zarówno na winylach, jak i kasetach magnetofonowych.
– Umowy wtedy nie przewidywały dzielenia się zyskiem w ogóle. Do tego kaseta była łatwo kopiowalna i piractwo kwitło – przypomina Jakubowicz.
Winyl wraca, także wśród młodych
W czasach dominacji Spotify i innych platform streamingowych Martyna Jakubowicz nie zamierza rezygnować z fizycznych wydań swoich nagrań. Wręcz przeciwnie. Winyl stał się istotną częścią jej niezależnej działalności.
Przykładem jest album „Tylko Dylan”, którego winylowa edycja ukazała się niedawno i błyskawicznie się rozeszła.
– Winyl był wyprodukowany w małym nakładzie i szybko się sprzedał, CD jest dostępne w sieci i będzie sprzedawane głównie na koncertach. Dla dużego wydawcy są to ilości zupełnie nieopłacalne – wyjaśnia artystka.
Co ciekawe, po jej płyty sięgają nie tylko wieloletni słuchacze pamiętający początki kariery.
– To wydania dla stałych fanów, dla zbieraczy winyli, którzy, przyznaję, są bardzo wymagający. W tej grupie mamy także ludzi bardzo młodych. Dlatego dzięki winylom ta płyta dociera również do nich – podkreśla.
Czy oznacza to, że czarne płyty na dobre odzyskały miejsce na rynku muzycznym?
– W moim pojęciu jest to kolekcjonerska nisza. Jednak rozmawiając z ludźmi, dla których jest to ważne, sądzę, że na razie będzie to trwała tendencja. Jak długo potrwa, to trudno powiedzieć.
I dodaje z przymrużeniem oka:
– Zatwardziały winylowiec ze wstrętem patrzy na CD a co dopiero na streaming. Dla niego winyl to jakość, a także inwestycja. To klub ekskluzywny.
Z danych SPAV (Związek Producentów Audio Video) wynika, że sprzedaż winyli w Polsce wzrosła w pierwszym półroczu tego roku o 46 procent i, osiągając wartość 42,4 miliona złotych, niemal zrównała się z płytami CD. Nadal oczywiście króluje streaming, ale nośniki fizyczne odpowiadały za 16,7% całego polskiego rynku nagrań.
Spotify? Na waciki
Wielką rewolucją ostatnich lat był streaming. Dla słuchaczy oznacza niemal nieograniczony dostęp do muzyki za stosunkowo niewielką opłatą. Dla artystów bilans tej zmiany nie zawsze jest jednak korzystny.
– Sprzedaż cyfrowa w moim przypadku jest mało opłacalna. To głównie promocja – mówi artystka.
Podobnie ocenia przychody z serwisów streamingowych.
– Odkąd ZAiKS pobiera opłaty ze sprzedaży cyfrowej, drobne kwoty dla autorów czasem spłyną. Wielkość oczywiście zależy od popularności. Dla takich artystów, jak ja, to nie są kokosy.
Wydawanie płyt. Czy to się opłaca?
Samodzielne wydawanie albumów nie oznacza rezygnacji z ponoszenia wysokich kosztów. Nagranie, miks, mastering, przygotowanie okładki, tłoczenie i dystrybucja wymagają pieniędzy oraz odpowiedniej organizacji.
– Studio – bardzo droga droga – mówi Jakubowicz. – W tej chwili właściwie można tam nagrywać na tzw. setkę, czyli grają wszyscy razem. Długie sesje nagraniowe przestały być opłacalne. Mogą pozwolić sobie na nie artyści z grubym portfelem lub wytwórnie, które już zarobiły na artyście wystarczająco dużo i inwestują dalej – wyjaśnia.
Jej zdaniem współczesna technologia daje jednak muzykom możliwości, które jeszcze kilkanaście lat temu były znacznie trudniej dostępne.
– Kwestia wyboru: dom, małe studio, duże studio – w zależności od pomysłu i zasobu finansowego – tłumaczy.
Gotowy materiał trafia następnie do tłoczni, a artysta musi zdecydować, w jaki sposób sprzedawać płyty. Może skorzystać z zewnętrznej dystrybucji, prowadzić sprzedaż internetową albo oferować wydawnictwa bezpośrednio podczas koncertów.
W tym ostatnim przypadku korzyść jest szczególna: między twórcą a słuchaczem nie musi już pojawiać się rozbudowany łańcuch pośredników.
– Dla artysty ważne są koncerty. Płyta jest ważna dla fana. Opłacalność może być liczona różnie, ale bierzemy pod uwagę również promowanie się. Dla artysty, który zaczyna, to jest ważne – promuje się za pomocą istnienia w sieci i fizycznie za pomocą koncertów i wydawnictw – dodaje.
Co ze starymi płytami?
Wielbiciele Martyny Jakubowicz z pewnością chętnie zobaczyliby w sklepach wznowienia jej dawnych płyt, szczególnie na winylach. Nie jest to jednak tak proste, jak mogłoby się wydawać.
Przeszkodą okazują się prawa do nagrań i umowy zawierane przed laty.
– Bardzo chętnie. Ale w tamtych czasach nie było prawodawstwa takiego jak teraz. Więc aby móc to zrobić, należy zdobyć zgody muzyków uczestniczących w sesjach nagraniowych. Wielu już nie żyje, a więc spadkobierców – wyjaśnia.
– Może uda się namówić większego wydawcę na reedycje tych starych płyt, do których mamy prawa razem ze wspomnianym moim byłym menadżerem Marcinem Jacobsonem.
Nowa płyta i jubileusz
Najważniejsza wiadomość dla fanów jest jednak taka, że Martyna Jakubowicz nie zamierza ograniczać się do przypominania starszych nagrań. Pracuje już nad nowym albumem, który ma być muzycznym powrotem do jej korzeni.
– W tej chwili trwają nagrania nowej płyty. Zakończą się w nowym roku. Wracam do korzeni, także będzie americana, trochę folku, trochę bluesa w ciekawym ujęciu – zapowiada.
W nagraniach uczestniczą muzycy od lat związani z artystką.
– Towarzyszą mi gitarzyści współpracujący z nią na stałe – Darek Bafeltowski i Kuba Andrzejewski oraz kilku muzyków sesyjnych – zdradza.
To jednak nie koniec planów. Zespół artystki przygotowuje się również do szczególnego jubileuszu.
– Szykujemy się do obchodów 50-lecia artystki. Być może będą wydawnictwa ekstra – zapowiada Patrycja Jakubowicz.
Nie zdradza jeszcze szczegółów, ale podkreśla, że zarówno w przypadku nowej płyty, jak i ewentualnych wydawnictw jubileuszowych, najważniejsza pozostaje jakość.
– Dużo nie znaczy dobrze. Chcemy zachować jakość – podsumowuje.