Paryski sen Ireny Jarockiej i mężczyzna, który miał go zmienić w koszmar
Paryż końca lat 60. był dla młodej Ireny Jarockiej obietnicą wielkiego świata i artystycznego spełnienia. Po występach w zespole kabaretowym przyszły pierwsze solowe koncerty, także w prestiżowych salach. Właśnie tam, w artystycznej atmosferze miasta, poznała kogoś, kto na zawsze odmienił jej życie. Jean-Louis, genialny matematyk, zaimponował jej od pierwszego spotkania. Jak sama pisała w autobiografii "Nie wrócą te lata", był to "wspaniały chłopak", który urzekł ją "ogromną wiedzą, dobrocią, inteligencją". Jednak za fasadą geniuszu krył się mrok – mężczyzna cierpiał na schizofrenię.
Gdy Irena Jarocka chciała być lekiem na całe zło
Początkowo ich relacja zdawała się mieć uzdrawiającą moc. Spędzali długie godziny na spacerach i rozmowach w kawiarniach Dzielnicy Łacińskiej. On odnajdywał w niej powierniczkę, której mógł "wyrzucić z siebie wszelkie niepokoje".
Mówił, że nasze spotkania były dla niego najlepszą kuracją
– wspominała artystka. Jarocka, pełna empatii i fascynacji, szczerze pragnęła mu pomóc. Z czasem jednak ciężar choroby partnera stawał się dla niej nie do udźwignięcia. Zamiast leczyć jego duszę, sama zaczęła zapadać się w ciemność.
Czy Irena Jarocka sama postradała zmysły?
Psychiczny dramat Jeana-Louisa zaczął zatruwać jej własne życie. Pojawiły się koszmary, apatia i paraliżujący brak chęci do działania. W pewnym momencie przeraziła ją myśl, że sama stała się schizofreniczką. Zaczęła go unikać, co tylko pogłębiło jej cierpienie.
Miałam wyrzuty sumienia, że świadomie nie chcę mu dalej pomagać, i popadałam w coraz większą depresję
– pisała. W końcu dotarła do ściany. "Byłam zdruzgotana, życie straciło dla mnie sens. Skończyło się to wszystko moją próbą samobójstwa" – wyznała po latach. Połknęła dużą ilość tabletek. Od śmierci uratowała ją interwencja mieszkającej w pobliżu Heleny Majdaniec.
Ucieczka Ireny Jarockiej. Jedynym ratunkiem okazał się powrót do domu
Toksyczna relacja i załamanie nerwowe odcisnęły piętno nie tylko na jej psychice, ale i na zdrowiu fizycznym. Artystka trafiła do szpitala z polipami na strunach głosowych. Jak wspominała, lekarze przy okazji wycięli jej też migdałki, bo nieustannie chorowała na anginę. Nawet w szpitalu nie uwolniła się od przeszłości – Jean-Louis odwiedził ją, przynosząc w prezencie "Ferdydurke" Gombrowicza. Ten gest był jednak symbolicznym pożegnaniem z Paryżem. Jakiś czas później Irena Jarocka wróciła do Polski, na zawsze zamykając jeden z najmroczniejszych rozdziałów swojego życia.