Krystyna Sienkiewicz niechętnie mówiła o przybranej córce. Wspominała jednak, że jako sierota nigdy nie zdecydowałaby się na urodzenie dziecka. Adoptowała więc 3,5-letnią dziewczynkę, zabierając ją ze szpitala. - Julkę matka zostawiła w szpitalu od razu po urodzeniu, była wcześniakiem i chorowała na rzadką, okropną chorobę, chlorkową biegunkę. Właściwie nie schodzi się z nocnika. Przez 3,5 roku nie widziała nic poza szpitalem, była dzieckiem szpitala. Rączki miała nieruchawe, niewyćwiczone, wyglądały jak płetwy. Tylko się kiwała, prawie nie chodziła, nie mówiła. Kiedy pierwszy raz poszłyśmy na spacer, krzyczała, żeby zgasić słońce - wspominała w jednym z wywiadów aktorka.
Dziewczyna, choć wychowywała się w cieplarnianych warunkach, nie doceniała starań nowej mamy. Zaczęła uciekać z lekcji, z domu. Ich drogi musiały się rozejść. Julia zamieszkała sama, ale nieraz uprzykrzyła się mamie.
- Chciała mnie zabić - wspominała Sienkiewicz. - Przychodziła pod dom, wykrzykiwała. Czasem żałuję, że ją adoptowałam. Wiele w nią włożyłam miłości, energii, kupiłam mieszkanie. Skończyła kurs modelek, fryzjerski, manikiuru, pedikiuru, wszystko, co chciała, ale nigdzie długo miejsca nie zagrzała - mówiła niedawno.
Pani Krystyna nie potrafiła jednak długo żywić urazy do córki. W rozmowie z "Super Expressem", która miała miejsce 29 stycznia 2017 roku podczas benefisu artystki pt. "Taka mała", ujawniła, że mimo tych cierpień wybaczyła córce wszystkie krzywdy. - Nie chcę wracać do przykrych zdarzeń. Dałam jej wszystko, co tylko mogłam, na czele ze swoją wielką miłością. Zrobiła z tym, co chciała. Nie warto rozdrapywać starych ran. Była, jaka była. Wszystko jej wybaczyłam. Kupiłam jej mieszkanie i daję pieniądze na prąd, nauczyłam angielskiego, ale nie widujemy się - powiedziała nam.
Aktorka odeszła z tego świata bez urazy. Ostatnie pożegnanie będzie miało miejsce we wtorek, 21 lutego o 14.00 na Cmentarzu Wojskowym na warszawskich Powązkach.
Zobacz także: Roast Popka. Kto wystąpi?