Przyznaje, że nie czuje się bohaterem i że każdy z jego kolegów zareagował by podobnie. Mowa o mężczyźnie, który podczas finału WOŚP w Gdańsku obezwładnił Stefana W. - zabójcę prezydenta Pawła Adamowicza. - Było zamieszanie, na scenie było bardzo wielu ludzi, bardzo wiele dzieci, goście, VIP-y i nie do końca byłem świadom tego, co się wydarzyło - powiedział reporterowi TVN24. I jak dodaje, "w momencie, kiedy wychodziłem z boku sceny, on jeszcze stał przodem do widowni i miałem moment zawahania, w momencie, w którym on się do mnie odwrócił - przyznaje mężczyzna.
Pracownik techniczny opowiedział również o tym, że szybko zdał sobie sprawę, jak poważna jest sytuacja. Kiedy zobaczył nożownika miał "bardzo dziwną wizję człowieka z nożem, a zaraz za nim bardzo dużą ilość dzieci". - To mi utkwiło w głowie, to mam cały czas przed oczami" - powiedział.
Stefan W., który zaatakował Pawła Adamowicza, to mieszkaniec Gdańska. W przeszłości siedział w więzieniu 5,5 roku za napady rabunkowe. Chwilę po ataku krzyczał, że "siedział za rządów PO i był torturowany i dlatego Adamowicz zginął". Mężczyzna trafił do aresztu na trzy miesiące. Grozi mu dożywocie.