W sobotę skwar lał się z nieba. Kamil Wocial (30 l.) z Marianki pod Mińskiem Mazowieckim postanowił zabrać rodzinę nad wodę. Z żoną, córką i synem wybrali się na kąpielisko do Kałuszyna. Miejsce bezpieczne, strzeżone przez ratowników. Żółty, pływający pomost wyznacza miejsce do pływania dla dzieci.
9-letni Kuba był w swoim żywiole. Baraszkował w wodzie wokół siostry Nikoli, która pływała na dmuchanym kole. Cały czas asekurował ich tata. Wychodzili na chwilę na brzeg, by się czegoś napić i zaraz wracali. Po godzinie 13 cała trójka po raz ostatni weszła do wody. - Jakieś pół godziny później powiedziałem dzieciom, że pora wracać do domu - wspomina pan Kamil. Na zakończenie zakręcił kołem, w którym była Natalka. Na kilka sekund stracił syna z oczu. - Zniknął. Zdziwiłem się, bo woda nie ma więcej niż 120 cm głębokości, a Kuba 125 cm wzrostu. Rozglądałem się. Wołałem - opisuje ojciec. Po chwili zaalarmował ratownika. - Nawet nie wszedł do wody. Powiedział, że dzieci często znikają gdzieś i po chwili się znajdują. Sugerował, że syn pobiegł do lasu - relacjonuje pan Kamil. Czas mijał. Zdenerwowany ojciec wezwał policjantów. Kiedy przyjechali, zaczęli chłopca szukać w lesie.
Dopiero po kilkudziesięciu minutach Kubę znaleźli pod wodą strażacy. Zaplątał się w linki od boi. Mimo reanimacji chłopiec zmarł. Jego śmiercią zajęła się policja, prokuratura i właściciel kąpieliska. - Musimy najpierw wyjaśnić wszelkie okoliczności tragedii. Ale gdyby zawinili ratownicy, na pewno pociągnę ich do odpowiedzialności - mówi burmistrz Kałuszyna Marian Soszyński.
Zrozpaczony ojciec nie może przeboleć śmierci syna. - Zwracam się do osób, które mogły widzieć, jak Kubuś znika pod wodą i co było później, by powiedziały o tym policji - apeluje Kamil Wocial.
Zobacz: Krwawa jatka na plaży w Głownie. Bandyta dźgnął nożem plażowicza