Umarła, bo w szpitalu był bałagan

2007-11-08 19:40

- Po prostu się przejadła - stwierdziło dwoje ordynatorów ze szczecińskiego szpitala, badając dziewczynę z ostrym zapaleniem wyrostka. Dwa dni później 23-letnia Agata już nie żyła.

Dlaczego umarła? - Bo w szpitalu panował bałagan - mówią nam lekarze. Prokuratura postawiła właśnie ordynatorom zarzuty.

Wiosna 2006 roku. Zbliża się Wielkanoc. Agata Kościołek ma 24 lata, niedawno obroniony tytuł magistra informatyki w kieszeni i Piotra, którego pokochała pierwszą, wielką miłością. Właśnie urządzają się w małym mieszkanku. Cieszą się, że Agata znalazła świetną pracę w dziale kadr hotelu Radisson. Planują ślub, marzą o dziecku. Są radośni, zakochani po uszy. Ale szczęście trwa chwilę.

Dramat przy świątecznym stole

W pierwszy dzień świąt Agata czuje się fatalnie. Ma torsje, biegunkę i silny ból brzucha po prawej stronie. Piotr Murawski (dziś ma 25 lat) zawozi ją na izbę przyjęć Szpitala Miejskiego w Szczecinie. Dziewczynę bada internista. Po kilku godzinach Agata wraca do domu, ale nie zasiada już do świątecznego stołu. Lekarz stwierdził, że wszystkiemu winne jest obżartwo i zalecił, by Agata się nie przejadała. Wieczorem wciąż ma trudności z oddychaniem, wymiotuje. Znów trafia do szpitala, tym razem na oddział chirurgiczny.

- Wciąż bolał ją brzuch, ale jej stan uznano za zadowalający - wspomina Piotr. - Lekarze zadecydowali, że operacja nie jest potrzebna. Dwa dni później Agata umarła na ropne zapalenie wyrostka.

Śmiertelna ofiara bałaganu

Lekarze są w szoku. Rodzina Agaty szaleje z rozpaczy. Piotr jest załamany.

- Gdyby od razu udzielono Agacie fachowej pomocy, z pewnością by żyła - przekonuje Piotr.

- Ta pacjentka padła ofiarą chaosu spowodowanego planami likwidacji oddziału chirurgicznego, a następnie całego szpitala - twierdzi znający kulisy sprawy doświadczony chirurg. - Trzeba ją było natychmiast operować, a nie odsyłać do domu z "ostrym" brzuchem!

Mija już półtora roku od chwili, gdy Jan Kościołek - ojciec Agaty, złożył w prokuraturze zawiadomienie o przestępstwie. - Moi rodzice są lekarzami i wiem, że oboje zawsze robili wszystko, aby ratować każdego pacjenta - mówi ze wzruszeniem. - Tymczasem wobec mojego umierającego dziecka okazano pogardę i arogancję.

To było przestępstwo

Połowa października 2007 roku. Do prokuratury dociera długo oczekiwana przesyłka z Trójmiasta. To opinia biegłych, która nie pozostawia żadnych wątpliwości, że popełniono przestępstwo.

- Zaniedbania diagnostyczne, zaniechanie przeprowadzenia badań i leczenia pacjentki, niezatrzymanie jej w szpitalu, gdy trafiła tam po raz pierwszy i niepodjęcie decyzji o przeprowadzeniu operacji - Małgorzata Wojciechowicz, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Szczecinie, wylicza błędy w sztuce medycznej stwierdzone przez biegłych.

Prokuratura postawiła zarzuty czworgu lekarzom: Marii J. - ordynator interny, Andrzejowi D. - ordynatorowi chirurgii, oraz dwóm lekarzom z tego oddziału: dr. Markowi N. i dr. Andrzejowi Ś. Wszyscy uchodzą za wysokiej klasy specjalistów. Grozi im kara do pięciu lat pozbawienia wolności i zakaz wykonywania zawodu. Nikt z lekarzy nie przyznaje się do winy.

Kwestia sumienia

Ordynator dr Maria J., chociaż nie czuje się winna tej tragedii, wciąż nie może otrząsnąć się po śmierci Agaty. To ona badała dziewczynę w pierwszy dzień świąt.

- Najważniejsza jest dla mnie kwestia sumienia, dlatego rozważam decyzję o odejściu z zawodu - wyznaje. - Do dziś nie rozumiem, dlaczego choroba miała taki przebieg. Wszystkie wyniki, w tym leukocytoza, były prawidłowe.

Dlaczego, gdy Agata trafiła już na chirurgię, nie podjęto decyzji o operacji? Jak to możliwe, że specjaliści nie rozpoznali prostej choroby?

- Nie będę o tym rozmawiał - ucina rozmowę doktor Andrzej D., ordynator chirurgii szczecińskiego szpitala.

Chłopak Agaty, Piotr, do dziś nie ułożył sobie życia. W jego sercu wciąż jest żywa rana. - Po śmierci Agaty spojrzałem w oczy "jej" lekarzowi. Powiedział, że zrobił wszystko, by ją uratować. Wiem, że kłamał - mówi Piotr.

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki