- Liban pogrążony jest w głębokim kryzysie gospodarczym i politycznym, gdzie hotele przyjmują wysiedlonych zamiast turystów, a szkoły państwowe często służą jako centra dla uchodźców.
- 55-letnia nauczycielka Nicole, której cała rodzina wyjechała do Europy, pozostaje w kraju, by walczyć o jego odbudowę, podkreślając, że obecna destabilizacja wynika z zewnętrznych manipulacji, a nie wewnętrznych konfliktów.
- Mieszkańcy Libanu zmagają się z brakiem transportu publicznego i wysokimi kosztami edukacji; polski oddział Pomocy Kościołowi w Potrzebie przekazał stypendia dla dzieci-uchodźców, wspierając ich naukę.
Liban na krawędzi upadku? Dramatyczne świadectwo nauczycielki Nicole
Sytuacja w Bejrucie i całym kraju jest dramatyczna. Opustoszałe hotele, niegdyś symbol luksusu i otwartości Libanu, dziś częściej przyjmują wysiedlonych w ramach pomocy humanitarnej niż tłumy zamożnych przyjezdnych. To wymowny obraz głębokiego kryzysu, który ogarnął ten kraj. Nicole, 55-letnia nauczycielka z jednej ze szkół podstawowych, która sama przyjmuje uchodźców, nieustannie powtarza te same słowa: We want peace (tłum. "Checemy pokoju"). Według niej, dzisiejsze realia znacznie różnią się od tych sprzed dekad.
- To nie jest tak, jak było tu podczas wojny domowej (1975-1990). Wtedy każdy miał coś na sumieniu, nawet my – maroniccy chrześcijanie. Dzisiaj to kraje zewnętrzne manipulują mniejszościami dla swoich własnych korzyści. Destabilizują ten kraj politycznie – opowiada Karolinie Pajączkowskiej.
Jej słowa odzwierciedlają powszechne poczucie, że Liban stał się areną dla cudzych interesów, co prowadzi do ciągłego chaosu i cierpienia.
i
Cała rodzina Nicole uciekła do Europy – jedna siostra osiedliła się w Szwecji, druga w Wielkiej Brytanii. Ona jednak postanowiła zostać.
- To jest mój sprzeciw. Nie wyjadę, nie poddam się. Będę walczyć, aby ten kraj powstał na nowo – deklaruje z determinacją. Jej postawa to symbol oporu wielu Libańczyków, którzy mimo wszystko wierzą w możliwość odbudowy swojego państwa.
i
Życie codzienne w Libanie jest niezwykle trudne. Transport publiczny, z kilkoma nielicznymi wyjątkami, praktycznie nie istnieje od kilkunastu lat. Kolej zamknięto już w 1994 roku, co dodatkowo utrudnia przemieszczanie się i wpływa na gospodarkę. Edukacja to kolejny obszar, gdzie mieszkańcy borykają się z ogromnymi wyzwaniami. Roczny koszt nauki w szkole podstawowej dla jednego dziecka to wydatek rzędu 1200 do 2500 dolarów. Szkół państwowych jest niewiele, a te, które pozostały, często zostały przekształcone w centra dla uchodźców, co jeszcze bardziej obciąża system edukacji.
i
Najbiedniejsi mieszkańcy Libanu szukają wsparcia w kościołach lub w przeróżnych organizacjach pozarządowych, które oferują stypendia i pomoc materialną. W obliczu tak wszechobecnej biedy, każdy gest wsparcia ma ogromne znaczenie. W dniu, gdy rozmawialiśmy z Nicole, kilkoro dzieci-uchodźców otrzymało szansę na naukę dzięki działaniom polskiego oddziału Pomocy Kościołowi w Potrzebie. Pieniądze na ręce dyrektorki szkoły osobiście przekazał ksiądz Jan Żelazny. To jeden z wielu przykładów, jak polscy misjonarze angażują się w niesienie ulgi w tym pogrążonym w kryzysie kraju.
Potrzeby zwykłych ludzi w Libanie są praktycznie nieograniczone, a przyszłość wciąż maluje się w ciemnych barwach, zmuszając do refleksji nad tym, jak długo ten kraj będzie w stanie przetrwać bez stabilnego wsparcia międzynarodowego i realnych zmian politycznych.
i
Przewodnik Khalil błaga Polaków o pomoc. „Powiedzcie, że tu nie ma wojny!”
Przemierzając kręte uliczki Byblos, trudno uwierzyć, że to miejsce leży w regionie ogarniętym napięciami. Starożytne miasto, wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, z jego gęsto zabudowanymi kamiennymi budynkami, urokliwym portem i tętniącym życiem bazarem, jest świadectwem tysięcy lat cywilizacji.
Od fenickich początków po rzymskie i krzyżowe wpływy, Byblos zachwyca bogactwem historii. Kurorty wzdłuż całego wybrzeża Morza Śródziemnego, choć niektóre z nich mają już za sobą czasy świetności, nadal oferują ucieczkę od codzienności. Jednak dla wielu Libańczyków, takich jak Khalil, te malownicze widoki to nie tylko sceneria, ale także środek do przetrwania. Turystyka w Libanie, zwłaszcza w tak ikonicznych miejscach jak Byblos, jest kluczowym elementem lokalnej gospodarki.
i
Khalil, jak wielu jego rówieśników, dorastał w cieniu libańskiej wojny domowej. Dla niego odgłosy wybuchów, permanentne niedobory prądu czy trudne warunki życia to nie odległe opowieści, lecz wspomnienia z dzieciństwa.
- To obrazek z przeszłości, gdy mama kroiła jabłko rozdzielając je pomiędzy rodzinę, sama jedząc obierki – wspomina z goryczą, podkreślając, jak głęboko te doświadczenia wpłynęły na jego pokolenie. Dziś, mimo że kraj nie jest oficjalnie w stanie wojny, ciągłe doniesienia o starciach przy granicy z Izraelem rzutują cień na jego przyszłość.
- Powiedz w Polsce, że tutaj nie ma wojny. To tylko konflikt przy granicy. Możesz przyjechać nawet ze swoim synem. Zobaczysz nic wam nie grozi – z naciskiem powtarza Khalil.
Jego determinacja wynika z obawy o przyszłość. Współpracując z biurami podróży i organizując wycieczki objazdowe, Khalil doskonale zdaje sobie sprawę z percepcji Libanu za granicą. Sam wielokrotnie odwiedzał Polskę. Właśnie dowiedział się, że grupa umówiona na majowy turnus przełożyła przyjazd na listopad, co jest kolejnym ciosem dla jego biznesu i dla całej libańskiej branży turystycznej.
i