Poseł ozdrowieniec z PiS w szczerej rozmowie z SE: To był mój błąd. Ważne słowa, warto się zapoznać

2020-11-22 19:17 Andrzej Bęben
Jerzy Polaczek: Milczę aby mogły się odbudować moje płuca
Autor: Piotr Grzybowski

Obostrzenia sanitarne przedstawione ostatnio przez premiera na najbliższe sto dni będą skuteczne, gdy będą przestrzegane. Uważam, że ktokolwiek wprowadzał obostrzenia, to trzeba się do nich dostosować, bo są to działania na rzecz dobra publicznego – uważa JERZY POLACZEK (59 l.), poseł PiS, który przeszedł przez COVID-19 po 5-tygodniowej hospitalizacji.

„Super Express”: – Otarł się Pan o śmierć?

Jerzy Polaczek: – Hmm. Dobre pytanie, ale nie potrafię na nie odpowiedzieć. Musiałbym spytać się tych, którzy mnie leczyli. Z pewnością stoczyłem ciężką walkę o zdrowie, a może nawet o coś więcej.

– Gdy już Pan znalazł się w szpitalu, wśród innych covidowców, to myślał Pan o śmierci?

– Po raz pierwszy znalazłem się w szpitalu. Już to było dla mnie przytłaczające. Człowiek, zwłaszcza w czasie epidemii, gdy znajduje się w takiej sytuacji, w jakiej się znalazłem myśli o życiu. Jak się słyszało, że nie wszyscy wychodzą z paskudnej choroby, to w jakiś tam sposób ta myśl przez człowieka przechodzi. Ponad pięć tygodni byłem w szpitalach MSWiA w Katowicach i Głuchołazach, nie załamałem się, więc nie nachodziły mnie „czarne” myśli. Teraz też jestem pozytywnie nastawiony, odbywam rekonwalescencje w domu. Jestem jeszcze na zwolnieniu lekarskim. Przede mną wiele dni rehabilitacji i każdy z nich to codzienny punkt walki o powrót do kondycji fizycznej, a w konsekwencji do aktywności w sferze publicznej.

– Te pytania ze śmiercią w treści zadałem nie bez przyczyny. Wspomniał Pan na Facebooku, że gdyby o dwa dni później trafił do szpitala, to mógłby z niego nie wyjść…

– Nigdy dotąd nie chorowałem poważnie. Zderzyłem się z covidem. Wcześniej byłem przekonany, pewnie jak tysiące tych, którzy się zarazili, że mnie wirus nie dopadnie. A gdy już dopadł, o czym wtedy jeszcze nie wiedziałem, to myśli się, że to nie covid, tylko przeziębienia, albo grypa. Potem jednak pojawiają się wątpliwości, czy aby to grypa, a nie covid? Przeciągałem w czasie myśl, że to jednak nie covid, zamiast wcześniej zadzwonić na 112. Patrząc na to teraz z perspektywy kilku tygodni, to był mój błąd. Gdyby wtedy jeszcze dłużej zwlekał, to mogłoby się to skończyć dramatycznie.

– Był Pan pod respiratorem?

– Na szczęście nie musiałem być podłączany do respiratora. Byłem przez kilkanaście dni pod ciągłą tlenoterapią. Wystarczyło mi, że każdy dzień na oddziale był znaczony akcjami reanimacyjnymi ratującymi życie pacjentem. Leżałem obok introligatora i emerytowanego górnika. Pokój dalej byli profesorowie medycyny, wiele osób różnych zawodów i wieku. Z łóżka wstawałem tylko wtedy, gdy trzeba było iść do łazienki. To było kilka metrów do przejścia, a miałem odczucie, jakby szedł i szedł po wydmach. Byłem totalnie osłabiony po przejściu do i z łazienki. Wtedy łóżko wydawało mi się wybawieniem, podłączałem się do tlenu i powoli wracałem do jako takiej równowagi. Powiem tak: chorobie w moim przypadku towarzyszyło totalne osłabienie. Mijało powoli, z każdym dniem leczenia.

Morawiecki wprowadził nowe obostrzenia

– W jakich okolicznościach Pan się zaraził?

– Pewności nie mam. Chyba w moim biurze poselskim. Przy zachowaniu reżimu sanitarnego. Mimo tego apeluję o przestrzeganie istniejących przepisów sanitarnych, które, jak się popatrzy na obowiązujące w innych państwach Unii, nie należą do najbardziej surowych.

– Premier zapowiedział, że w styczniu może pojawi się szczepionka? Pan się zaszczepi, gdy będzie to już możliwe?

– Jestem ozdrowieńcem…

– W wielu badaniach wykazuje się, że ozdrowieńcy mogą ponownie się zarazić.

– Jeszcze się nie miałam czasu się nad tym zastanawiać. Jak już szczepionka, albo szczepionki się pojawią, po skończonej rehabilitacji, zapytam się lekarza o rekomendacje. Zamierzam oddać osocze, jeśli nie będzie ku temu przeciwwskazań, do czego namawiam wszystkich ozdrowieńców, bo dziś osocze, obok tlenu, ratuje życie i jest cenniejsze od złota.

– Pytałem o to, czy Pan się zaszczepi, bo z badań wynika, że 56 proc. społeczeństwa wyraża taką gotowość.

– Jako społeczeństwo mamy w sobie coś z przekory, pewnie część z nas chce być pewna skuteczności szczepionki. Wierzę, że większość z nas skorzysta z tej możliwości w czasie epidemii...

– Skoro mowa o skuteczności, to pewnie, jak poseł PiS, działania rządu w walce z epidemią i jej skutkami, także w sferze pozamedycznej, ocenia Pan jako skuteczne...

– Chodzi o obostrzenia sanitarne przedstawione ostatnio przez premiera na najbliższe sto dni? One wtedy będą skuteczne, gdy będą przestrzegane. Uważam, że ktokolwiek by wprowadzał obostrzenia, to trzeba się do nich rygorystycznie dostosować, bo są to działania na rzecz dobra publicznego. Przecież tego, co premier przedstawił w sobotę (21 listopada – przyp. SE), sam nie wymyślił. To program stworzony przez ekspertów. Pewnie, że będzie krytykowany, że jest restrykcyjny i tak dalej. Pamiętajmy jednak, że w kilku państwach Europy system walki z epidemią oparty jest na jeszcze większych restrykcjach. Tam życie obywateli podlega znacznie większym ograniczeniom niż u nas. Żeby wyjść z domu, nie dalej niż kilometr od niego, to wcześniej trzeba wypełnić stosowny formularz. Czegoś takiego u nas nie ma, więc tym bardziej powinniśmy przestrzegać obowiązujących rygorów i zaleceń. Jeszcze raz powtórzę: premier ich nie wymyślił. Podkreślę raz jeszcze: przestrzeganie tych przepisów stanowi dowód naszej osobistej odpowiedzialności, zarówno za siebie, za bliskich, za innych. Wielu z uważających, że epidemia to fikcja, boleśnie przekonało się już, że się mylili w takiej ocenie.

– To prawda, koronasceptyków, nie mówię o totalnie negujących istnienie epidemii, nie brakuje…

– Powiem tak: jeśli, nie daj Boże, tacy ludzie zakażą się i przetransmitują wirusa na osoby bliskie, szczególnie starsze i skończy się to dla nich tragicznie, to przez lata, może do końca życia, będą się zastanawiali, dlaczego w 2020 r. zachowywali się tak, a nie inaczej.

– Dwóch ekonomistów z Uniwersytetu Warszawskiego przedstawiło raport, którego konkluzja była mniej więcej taka: zaangażowanie sił i środków do walki z epidemią jest niewspółmierne do zagrożenia, a jak się dalej będzie zamrażać gospodarkę, to nie będzie za co leczyć nie tylko chorych na COVID-19. W mediach społecznościowych pojawiło się wezwanie do strajku generalnego, jako protestu przeciwko hibernacji gospodarki, szczególnie małych i średnich biznesów.

– Nie zgadzam się z tezą tych naukowców. Zapominamy, że od marca w Polsce jest realizowany gigantyczny, sięgający ponad 150 mld złotych, program pomocy publicznej dla gospodarki. Ci krytycy przechodzą do porządku dziennego, jakby się nic nie działo. Można dyskutować o kwotach, pomoc jest taka, na jaką stać Polskę, w bogatszych państwach europejskich jest ona większa. Ten program został dobrze oceniony nie tylko przez zwolenników rządów premiera Morawieckiego, ale także przez różne gremia gospodarcze. Te nadzwyczajne decyzje, podejmowane nie tylko w Polsce, służą temu, by wyjść z epidemii z jak najmniejszymi stratami, w ludziach i w gospodarce.

Najnowsze
Najnowsze artykuły