Sąd kazał ratować Wojtusia, a oni zostawili go z ojcem-katem. Niemowlę nie żyje. "Roztrzaskał mu czaszkę"

2026-03-02 10:31

Robert P. silnymi uderzeniami w głowę zabił własnego, kilkumiesięcznego syna, ponieważ zezłościł się, że ten wybudził go ze snu płaczem. Mężczyzna spał tej nocy w jednym łóżku z siedmiomiesięcznym Wojtusiem. W mieszkaniu była też jego córka, 2-letnia Róża. Matki dzieci nie było w domu. Gdy niemowlę po raz kolejny się obudziło, Robert wpadł w szał. Zaczął uderzać chłopca w głowę z taką siłą, że doprowadził do jego zgonu. Na pomoc było już za późno. Sprawa szokuje podwójnie, bo sąd pół roku przed śmiercią dziecka kazał je niezwłocznie zabrać z tego domu. Czy urzędnicy odpowiedzą za niedopełnienie obowiązków?

To tragedia, która nie mieści się w głowie. Poziom okrucieństwa, który wymyka się człowieczeństwu. A jednak zbrodni dopuścił się człowiek: mężczyzna, ojciec, zrobił to własnemu dziecku. 7 marca 2024 roku do jednego z domów w Świebodzinie wezwano karetkę pogotowia. Na numer alarmowy zadzwoniła babcia kilkumiesięcznego chłopca, ponieważ ten nie dawał oznak życia. Kobieta próbowała go ratować, bezskutecznie. Gdy na miejsce przyjechały służby, siedmiomiesięczny Wojtuś już nie żył. Lekarze od razu zauważyli na jego ciele ślady, które świadczyły o tym, że dziecko padło ofiarą przemocy. Obrażenia nie pozostawiały złudzeń, więc do domu błyskawicznie wezwano dodatkowo policjantów.

Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni

Szybko okazało się, że do śmierci maluszka miał przyczynić się jego własny ojciec. Robert P. został natychmiast aresztowany. Z rozmów ze świadkami, babcią chłopca, i z przesłuchania podejrzanego, śledczy dowiedzieli się, że noc z 6 na 7 marca 26-latek spędził sam z dziećmi: 2-letnią Różą i siedmiomiesięcznym Wojtusiem. Jeszcze dzień wcześniej pokrzywdzony był okazem zdrowia. Tak wynika z dokumentacji medycznej, ponieważ maluch był u lekarza na szczepieniu. Wówczas nie zauważono żadnych oznak zaniedbania czy śladów przemocy. Wojtuś przeszedł kompleksowe badanie, co potwierdziła prokuratura. Na jego późniejsze rozdrażnienie i płaczliwość mogło wpłynąć właśnie szczepienie, ale to przecież normalne i nie powinno doprowadzić do takiego wybuchu złości ze strony ojca. A jednak doprowadziło. Dziecko miało co chwilę wybudzać się ze snu, a kiedy po raz kolejny przerwało odpoczynek tacie, ten zaczął uderzać go w głowę.

- Sekcja zwłok wykazała, że doszło wtedy do pęknięcia czaszki dziecka – mówiła prokurator Ewa Antonowicz, rzeczniczka prasowa Prokuratury Okręgowej w Zielonej Górze. Biegli stwierdzili, że uraz powstał od trzech lub czterech ciosów w malutką główkę Wojtusia, zadanych najprawdopodobniej otwartą dłonią, ale z bardzo dużą siłą. Innych obrażeń na ciele dziecka nie stwierdzono. To, co spotkało chłopca wystarczyło jednak, by zakończyć jego krótkie życie.

Czytaj także:  Wojtuś miał tylko 7 miesięcy. Zmarł od ciosów w głowę. Sąd nie miał litości dla ojca

Nikt nie mógł powstrzymać agresji mężczyzny, bo matki nie było w domu. Jak się potem okazało, tego dnia, 6 marca, została zatrzymana przez policję za kradzież. Przebywała wówczas na dołku, więc do zabójstwa doszło pod jej nieobecność. Robert P. natomiast podczas przesłuchania w prokuraturze przyznał wprost, że zadał dziecku ciosy w głowę, ponieważ był zirytowany tym, że Wojtuś go obudził. Nawet nie próbował się z tym kryć. Maluch musiał umierać w męczarniach, bo pogotowie nad ranem wezwała dopiero jego babcia, która przyszła do mieszkania w odwiedziny. Zanim do tego doszło, leżał w łóżku zakrwawiony przy śpiącym w najlepsze ojcu. Przy nosie miał zaschniętą krew, zamiast oka - czarnego krwiaka, doszło też do obrzęku mózgu, a z buzi wypływały wymioty, wywołane przez silny ból i zaburzenia w organizmie. Coś strasznego.

Akt oskarżenia przeciwko Robertowi P. trafił do Sądu Okręgowego w Zielonej Górze w lutym 2025 roku. Biegły psychiatra, powołany do tej sprawy, jasno określił, że podejrzany jest osobą zdrową i w pełni poczytalną, wiedział co robi i może odpowiadać karnie za swoje czyny.

Zobacz galerię zdjęć. Dalsza część materiału znajduje się pod nią.

Dzieci wychowywały się w domu grozy. Prokurator była wstrząśnięta ustaleniami śledczych

Nim poznaliśmy wyrok w tej sprawie, od zbrodni minęły niecałe dwa lata. Podczas procesu ujawniono więcej szczegółów na temat życia Roberta P. i jego partnerki, matki ich dwojga wspólnych dzieci. Prokurator Ewa Antonowicz wskazywała, że maluchy wychowywały się w domu, w którym niemal codziennością były alkohol i narkotyki, a lokatorzy to osoby wielokrotnie karane. W przeszłości matce odbierano już dzieci, ojca charakteryzowano zaś jako porywczego i uzależnionego od substancji psychoaktywnych.

- Oni i dwójka małych dzieci. Do tego niemal wszyscy, którzy byli obojętni na ich los. Dziadkowie, którzy usprawiedliwiali sprawcę. Instytucje, które miały chronić, a zabrakło im woli. Sąsiedzi, którzy słyszeli i milczeli. Policja, która przyjeżdżała i nie zatrzymywała. Nawet tutaj przed sądem każda z tych osób stara się, choć trochę, usprawiedliwić oskarżonego. Dobrze wiemy, że to próba oczyszczenia własnego sumienia, bo wiedzieli, ale nic nie zrobili - mówiła prokurator Ewa Antonowicz, wskazując na poważny problem znieczulicy społecznej, który pojawił się w tej sprawie. Znieczulicy, o której sporo znajdziecie również w książce pt. „Dzieci odchodzą w ciszy” o sprawie Kamilka z Częstochowy, ale też historiach wielu maluchów, które padły ofiarami przemocy. Ta konkretna zbrodnia pokazuje, jak wciąż duży i realny jest to problem.

Robert P. przyznał się do zabójstwa i do tego, że nie panował nad sobą. Ale nie jest to żadne wytłumaczenie. Prokuratura domagała się zresztą uznania nie tylko tego, że jest winny morderstwa synka, ale też znęcania się nad chłopcem, jego siostrą i matką, dlatego powinien usłyszeć najwyższy wymiar kary, czyli dożywotnie więzienie. Ponadto zawnioskowano o pozbawienie oskarżonego praw publicznych na pięć lat i o 14-letni zakaz kontaktowania się z córką Różą w przyszłości.

- Ten wyrok musi być wyraźnym przesłaniem, że gniew, frustracja, niepanowanie nad sobą, nie mogą usprawiedliwiać przemocy – mówiła prokurator Ewa Antonowicz. – Zło zaczyna się od krzyku, od uderzenia, od strachu, który staje się codziennością, a kończy się ciszą taką, jaka zapadła tamtej nocy – dodawała.

Robert P. broni się przed zarzutami. Winę na swoje zachowanie zrzucał na partnerkę, matkę dzieci

Obrońca Roberta P., adwokat Sylwester Babicz, miał odmienne zdanie. Nie kwestionował co prawda sprawstwa zbrodni przez swojego klienta, ale apelował o łagodny wymiar kary. Wskazywał na to, że do zabójstwa doszło w zamiarze ewentualnym, co oznacza, że oskarżony wcale nie chciał, by doszło do śmierci maluszka, a poza tym działał w dużym wzburzeniu. – Opis czynu jest oczywiście bulwersujący, bo chodzi o zgon dziecka – dodawał mecenas. Zdaniem obrony, nie było też dowodów na to, że Robert P. miał w przeszłości znęcać się nad rodziną, więc od tego zarzutu powinien zostać uniewinniony. Właściwie podobne aspekty podnosił sam oskarżony, lecz przede wszystkim skupiał się w sądzie na opowieściach dotyczących tego, jak wyglądało jego życie ze starszą o kilkanaście lat ukochaną, 40-letnią Alicją S., partnerką mężczyzny i matką jego dzieci. A nie było to życie sielankowe.

- Żałuję tego, co się stało, ale nie padło tutaj to, że partnerka często wybywała na całe noce. Nie padło to, że miałem dwie roboty jednocześnie. Zdarzało się, że wracałem z drugiej pracy, a ona nawet nie wiedziała, gdzie ma córkę. Tak się napiła, że nie pamiętała, gdzie jest Róża, a ona była u jej siostry. Nie padło to, że kilka razy by nam chatę spaliła, bo pijana z dzieckiem w domu zasnęła. To było całe moje życie, ciągle w nerwówce – wyliczał w sądzie.

26-latek wyraził też skruchę, mówiąc że bardzo chciałby cofnąć czas, lecz nie może tego zrobić. – Wolałbym ja leżeć w grobie zamiast mojego syna. Mam nadzieję, że kuratorium będzie miało teraz większe pole manewru, żeby zabierać dzieci z takich rodzin – podzielił się na koniec refleksją, całkiem słuszną, trzeba przyznać. Chociaż tyle.

Sąd nie miał wątpliwości, że ojciec siedmiomiesięcznego Wojtusia musi odpowiedzieć za zbrodnię, której dokonał. I że kara musi być surowa. Wyliczano, że tego dnia 26-latek pił alkohol, wykorzystał fakt, że Alicja została aresztowana za kradzież i teraz „ma spokój”. Już wcześniej zdarzało mu się robić awantury, dawać klapsy dzieciom, szarpać nimi, a nawet rzucać w nie jedzeniem, kiedy był zły. Nie panował nad sobą. Za każdym razem tłumaczył się tak samo: zrzucał winę na partnerkę, która podobnie jak on była uzależniona. Mówił, że wszystko przepijała albo ćpała, choć sam nie był lepszy. Dla oskarżycieli nie było to żadne usprawiedliwienie.

Wyrok Sądu Okręgowego w Zielonej Górze zapadł pod koniec stycznia 2026 roku. Wskazywano, że Robert P. powinien mieć świadomość swojego działania, czyli tego, że może doprowadzić do śmierci pokrzywdzonego poprzez swoje agresywne zachowanie. – Świadczy o tym siła i liczba uderzeń zadanych przez oskarżonego. Należy podkreślić, że w opinii biegłych określono je jako zadawane ze znaczną siłą i energią, a nawet impetem – zwracał uwagę sędzia, dodając że 26-latek wyładował się na bezbronnym niemowlęciu. Tym samym, zgodnie z końcową decyzją, Robert P. został skazany na 25 lat więzienia za zabójstwo Wojtusia oraz na rok i sześć miesięcy więzienia za znęcanie się nad rodziną. Łączna kara wyniosła więc ponad 26 lat pozbawienia wolności. Dodatkowo mężczyzna przez 15 lat nie może zbliżyć się do swojej córki Róży. Zdaniem sądu, to kara adekwatna i sprawiedliwa.

Urzędnicy odpowiedzą za zaniedbania? Wojtuś miał zostać zabrany rodzinie już pół rok temu. Można go było uratować

Gdy przygotowywaliśmy ten materiał, wyrok pozostawał nieprawomocny, co oznacza, że można się jeszcze od niego odwołać. Niewykluczone, że zrobi to prokuratura, ponieważ w opinii strony oskarżającej Robert P. powinien usłyszeć karę eliminacyjną, a taką jest dożywocie. – Taka kara jest orzekana wtedy, kiedy nie widzimy okoliczności, które wskazywałyby na to, że osoba skazana rozumie swój czyn i chce się zmienić. Tutaj wszystkie te działania oskarżonego w toku toczącego się procesu, jak i również po ogłoszeniu wyroku, wskazują, że on w dalszym ciągu nie rozumie, co dokładnie się stało. Tak naprawdę nadal obwinia pokrzywdzonych za swoje zachowanie - powiedziała prokurator Ewa Antonowicz, zapowiadając apelację od wyroku.

Śledczy mają jeszcze zweryfikować, czy w sprawie nie doszło do większej liczby zaniedbań, ponieważ wyszło na jaw, że w momencie zbrodni dzieci już powinny być w pieczy zastępczej. Sąd wydał bowiem postanowienie o okresowym odebraniu maluchów Robertowi i Alicji na czas prowadzonego postępowania o władzę rodzicielską. Instytucjom długo nie udawało się znaleźć miejsca, do którego można by na ten czas przenieść dzieci, więc ich obecność w domu rodzinnym wydłużyła się o pół roku, mimo że sąd kazał niezwłocznie je stamtąd zabrać. Rodzinę odwiedzały zresztą urzędniczki z pomocy społecznej, był przyznany kurator – i nic, maluchy nie mogły liczyć na wsparcie. To, czy w tej kwestii doszło do zaniedbań ze strony urzędników, sprawdzi teraz prokuratura w odrębnym postępowaniu.

Tymczasem na ten moment, w mocy pozostaje kara dla Roberta P., wynosząca 26 lat więzienia.

Sonda
Czy kary za dzieciobójstwo w Polsce są odpowiednie?
Pokój Zbrodni - Wojtuś miał tylko 7 miesięcy. Zmarł od ciosów w głowę. Sąd nie miał litości dla ojca

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki