Spis treści
Tragiczne polowanie w Gościnie
Do dramatu doszło 10 listopada 2019 r. podczas polowania zorganizowanego dla 16 duńskich myśliwych. W nagonce brał udział 47-letni Andrzej K. z powiatu kołobrzeskiego. To właśnie on został trafiony pociskiem w klatkę piersiową i zginął na miejscu.
Prokuratura oskarżyła Henrika B. o nieumyślne spowodowanie śmierci, a organizatora polowania, Mieczysława S., o narażenie naganki i podkładaczy psów na utratę życia oraz współodpowiedzialność za śmierć naganiacza.
Polecany artykuł:
„Jestem pewien, że strzeliłem w dzika”. Duńczyk broni się w sądzie
Henrik B., myśliwy z ponad 20-letnim doświadczeniem, przez ponad godzinę składał wyjaśnienia z pomocą tłumacza. Utrzymywał, że działał zgodnie z zasadami i poleceniami organizatora.
– Stałem z bronią zwróconą ku górze, a Mietek powiedział trzy razy „strzelaj”. Złożyłem się do strzału. Jestem pewien, że strzeliłem w dzika – relacjonował.
Twierdził, że naganiacze byli daleko, nie słyszał ich krzyków, a zwierzę miał widzieć wyraźnie. Strzał, który trafił człowieka w klatkę piersiową, tłumaczył… rykoszetem.
– To dla mnie bardzo ciężkie. Wiem, że rodzina straciła ojca. Byłem przekonany, że strzał jest bezpieczny – mówił, wyraźnie poruszony.
Organizator polowania: „Naganka była głośna, wiedzieli skąd idzie”
Zupełnie inaczej sytuację przedstawia współoskarżony Mieczysław S. Podtrzymał swoje wcześniejsze wyjaśnienia i stanowczo zaprzeczył wersji Duńczyka.
– Nie było tak, że Henrik nie wiedział, skąd będzie szła naganka. Wskazujemy kierunek. Naganka ma być głośna, nie ma czegoś takiego jak ciche pędzenie – mówił.
Dodał, że miał stałą łączność radiową z naganką, a jej ruch był kontrolowany przez szefa grupy.
Pierwsi świadkowie: „Nie oddałem strzału”
Sąd przesłuchał też pierwszych świadków, w tym Jana S., duńskiego kierownika grupy myśliwych. Brał udział w polowaniu, ale w feralnym momencie nie strzelał. To on odpowiadał za kontakt między Duńczykami a polskimi organizatorami.
Pięć i pół roku śledztwa
Śledztwo w tej sprawie trwało ponad 5,5 roku. Zarzuty postawiono w maju 2021 r., ale Henrika B. przesłuchano dopiero wiele miesięcy później, w ramach międzynarodowej pomocy prawnej. Procedury były ponawiane, a w międzyczasie zmienił się prokurator prowadzący sprawę.
Grozi im do 5 lat więzienia
Obaj oskarżeni – Henrik B. i Mieczysław S. – nie przyznają się do winy. Za zarzucane im czyny grozi kara do 5 lat pozbawienia wolności.