- Urzędnicy zabrali dzieciom ukochanego psa, Perszinga, mimo że później sami przyznali, że nie było do tego podstaw.
- Pies trafił do schroniska oddalonego o 70 km.
- Pomimo stwierdzenia braku podstaw do odebrania pupila, Perszing nadal nie wrócił do domu. Dlaczego?
Weszli na posesję i zabrali psa
To był pies dzieci. Ich ukochany przyjaciel, domownik, część codzienności. Nie bezpańskie zwierzę z ulicy, nie anonimowy przypadek z „interwencji”, ale Perszing - młody owczarek niemiecki dwóch małych dziewczynek. I właśnie jego zabrano jak rzecz. Bez uprzedzenia. Bez właścicieli. Bez serca.
Dramat rozegrał się 5 grudnia 2025 roku pod Braniewem. Na posesję weszli działacze prozwierzęcy w asyście policji. Nie było właścicieli, nie było weterynarza, nie było nawet telefonu z informacją. Psa wyprowadzono z kojca i wywieziono do innego powiatu. Rodzina o wszystkim dowiedziała się dopiero następnego dnia. - Gdy rano przyjechałem na posesję, psa już nie było. Myślałem, że został skradziony - mówi Łukasz A.- Poszliśmy z żoną na policję, a tam z uśmiechem powiedziano nam, że pies został odebrany! - dodaje.
Pies był zadbany, a podstaw do odebrania nie było
Rodzina była wtedy w trudnym momencie. Sprzedała mieszkanie, wykańczała kupiony dom i tymczasowo wynajmowała lokal, do którego nie mogła zabrać psa. Perszing przebywał więc na posesji. Miał kojec, wodę, jedzenie i opiekę. Nie był wychudzony, chory ani porzucony. Przeciwnie - był zadbany, zdrowy i miał rodowód. Nie chcą pokazywać twarzy, bo się boją. Pan Łukasz pracuje jako instruktor, a jego żona w służbie zdrowia. - Boimy się - mówią zgodnie.
A potem kolejne szokujące decyzje. Wójt Gminy Braniewo odmówił wydania decyzji o czasowym odebraniu psa, o co wnioskowali „animalsi” z Pasłęka. To stanowisko podtrzymało Samorządowe Kolegium Odwoławcze w Elblągu. Jasno: nie było podstaw, by odebrać zwierzę. Tylko że Perszing nadal nie wrócił do domu.
Dzieci pytają tylko o jedno: kiedy wróci?
Pies trafił do schroniska w Pasłęku, około 70 kilometrów od Braniewa, w innej gminie i innym powiecie. Rodzina nie może go nawet zobaczyć, bo placówka odmawia pokazania zwierzęcia. Najbardziej cierpią Oliwka i Emilka, córeczki Angeliki i Łukasza A. Nie rozumieją urzędowych decyzji, policyjnych tłumaczeń ani papierów. Pytają tylko, kiedy ich pies wróci.
Na tym jednak koszmar się nie kończy. Rodzina mówi o strachu, opluwanym aucie, wyzwiskach i obcych samochodach pojawiających się pod domem. W tle trwa policyjne dochodzenie nadzorowane przez prokuraturę. Młodym ludziom grozi nawet 5 lat więzienia i 100 tys. zł grzywny, bo według zawiadamiających i policjantów pies miał być zaniedbywany, bo czasem zostawał sam w kojcu.
Obraz nędzy i rozpaczy
Szokuje także obraz miejsca, do którego trafił Perszing. To, co zobaczył tam nasz reporter „Super Expressu”, trudno opisać inaczej niż jako obraz nędzy i rozpaczy. Tuż za płotem walają się odpady odzwierzęce, wysypana słoma, porzucone przedmioty, rozszarpane poduszki i powrozy. Największe poruszenie budzi ogromne palenisko, w którym - jak można przypuszczać - wielokrotnie coś spalano. Taki widok rodzi pytania o warunki, w jakich przebywają tam zwierzęta. To miejsce powinny skontrolować odpowiednie służby.
I właśnie dlatego ta historia tak porusza. Bo nie zabrano „psa z interwencji”. Zabrano dzieciom przyjaciela. A potem urzędnicy sami przyznali, że nie było do tego żadnych podstaw. To był pies kochającej rodziny. Nie z urzędowej teczki, nie z anonimowego zgłoszenia, ale z domu. I choć dokumenty mówią jedno, Perszing wciąż nie wrócił tam, gdzie czekają na niego najbardziej.