- gospodarstwo przejął syn Daniela, po czym pojawiły się poważne problemy finansowe i rosnące zadłużenie
- firma restrukturyzacyjna zamiast pomóc, naliczyła wysokie prowizje i powiększyła dług
- egzekucją objęto ponad 1,6 ha ziemi, dom i budynki gospodarcze w Rogóżu
- nieruchomość miała trafić na licytację komorniczą (ok. 414 tys. zł), ale została wstrzymana
- prawnik wskazuje na wątpliwości m.in. dotyczące wyceny i sposobu prowadzenia egzekucji
Roman Rubinowicz z warmińskiej wsi Rogóż od kilku lat jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych rolników w Polsce. Najpierw był szok, potem fama, a później internet oszalał na jego punkcie. Wszystko zaczęło się od nagrań, na których „Zaklinacz Byków” pokazywał swoje życie na gospodarstwie. Największe poruszenie wywołał jednak moment, gdy do sieci trafił obrazek jak Roman jedzie wierzchem na byku do sklepu. Dla jednych był sensacją, dla innych symbolem twardej, prawdziwej wsi. Dziś wokół jego nazwiska znów jest głośno, ale tym razem nie chodzi o internetowy hit. Chodzi o dramat, który może zakończyć się utratą rodzinnego gospodarstwa.
Czytaj też: Andrzej z Plutycz pokazał nową maszynę. Inwestuje w gospodarstwo
Początek problemów
W centrum tej historii stoi nie tylko sam Roman, ale też jego syn Daniel, który przejął gospodarstwo po ojcu. To właśnie wtedy zaczęły się problemy. Z relacji rodziny wynika, że Daniel wpadł w długi, a sytuacja finansowa z miesiąca na miesiąc robiła się coraz cięższa. Miał podpisywać dokumenty, których do końca nie rozumiał, wierząc, że ratuje rodzinny majątek. Tymczasem zobowiązania zamiast maleć, rosły. Firma restrukturyzacyjna która miała rolnika wyciągnąć z dołka, tylko powiększyła dług, naliczając sobie kilkadziesiąt tysięcy prowizji!
Nawet pieniądze, które Roman zarabiał dzięki swojej działalności w internecie i oddawał synowi, nie wystarczyły, by zatrzymać lawinę.
i
Licytacja komornicza
Stawką jest wszystko: ponad 1,6 hektara ziemi, dom i budynki gospodarcze w Rogóżu. To właśnie ta nieruchomość została objęta postępowaniem egzekucyjnym i miała trafić na licytację komorniczą. Cena wywoławcza wynosiła około 414 tysięcy złotych. Właśnie wtedy do akcji wkroczył mecenas Lech Obara z Olsztyna.-Do ostatniej chwili nie mieliśmy jednoznacznej informacji, czy licytacja została skutecznie wstrzymana, ale się udało - mówi mec. Lech Obara.
Prawnik nie ukrywa, że wokół całej sprawy narosło mnóstwo znaków zapytania. Jego zdaniem poważne wątpliwości budzi między innymi wycena nieruchomości.
Czytaj też: Zabrali dzieciom psa. Urzędnicy przyznali później: nie było podstaw! Oliwka i Emilka pytają, kiedy wróci
- Z dokumentów wynika, że operat mógł nie być aktualizowany zgodnie z przepisami. W takiej sytuacji jego wykorzystanie w postępowaniu egzekucyjnym budzi poważne zastrzeżenia - podkreśla mecenas.
To jednak nie koniec. Bo gdy w grę wchodzi rodzinne gospodarstwo, emocje są ogromne, a pytania jeszcze większe. Czy naprawdę nie było innego wyjścia? Czy naprawdę trzeba było sięgać po ziemię, dom i cały dorobek życia?
- Prawo jasno wskazuje, że egzekucja powinna być prowadzona w sposób jak najmniej dotkliwy dla dłużnika. W tej sprawie pojawia się pytanie, czy rzeczywiście wyczerpano inne możliwości, zanim sięgnięto po nieruchomość - zaznacza mec. Obara.
W tle pojawia się też wątek współpracy z firmą, która miała pomóc w restrukturyzacji zadłużenia. Zamiast ratunku miały pojawić się kolejne problemy i roszczenia. Dziś mówi się nawet o scenariuszu, w którym gospodarstwo przejąłby Skarb Państwa przez KOWR. To mogłoby zatrzymać eksmisję, ale ceną byłaby utrata własności. Rubinowiczowie z gospodarzy staliby się dzierżawcami na swojej ziemi.