- Jacek Sikora zaginął w maju 2017 r.
- Jego ciało znaleziono pod Włocławkiem.
- Biznesmen zmarł wskutek ran zadanych nożem.
- O zabójstwo oskarżono jego żonę, Ilonę S.
- Kobieta nie przyznaje się do winy.
- Pierwszy proces zakończył się uniewinnieniem.
W maju 2017 r. pan Jacek zniknął z domu w Sławkowie (woj. śląskie). Zawiadomienie o jego zaginięciu żona Ilona S. złożyła na policji po dwóch dniach. - Wyjechał z domu samochodem do Istebnej. Mamy tam dom letniskowy - przekazała funkcjonariuszom. Poszukiwania nic nie dawały, nikt też nie żądał okupu.
Wydawało by się, ze zagadka zaginięcia rozwiązała się już w lipcu tamtego roku. Wówczas w lesie pod Włocławkiem znaleziono ciało Jacka Sikory. Jednakże sekcja zwłok wykazała, że mężczyzna nie zmarł z przyczyn naturalnych - został zamordowany.
Śledczy głowili się nad sprawą zabójstwa Jacka Sikory długi czas. Dopiero po trzech kolejnych latach, dokonano, jakby się wydawało, przełomu w sprawie. Do malowniczo położonego domku małżeństwa w Sławkowie przyjechali funkcjonariusze. Wygłosili Ilonie S. formułkę o zatrzymaniu, zakuli ją w kajdanki i przewieźli do policyjnej celi.
Ilona S. wkrótce potem usłyszała z ust prokuratora zarzut zabójstwa. Ponadto zarzucono jej podżeganie do składania fałszywych zeznań. Kobieta trafiła do aresztu tymczasowego, ale wtedy przydał się majątek, jaki rzutki biznesmen Jacek Sikora zgromadził - Ilona S. wpłaciła okrągły milion złotych tytułem kaucji i celę opuściła.
Pierwszy proces odbywał się przed Sądem Okręgowym w Katowicach. Ilona S. do winy się nie przyznała. Przeprowadzono 28 rozpraw. Przesłuchiwano świadków i analizowano inne dowody. Zabezpieczone nagrania z kamer monitoringu, zbadane komputery i inne urządzenia Ilony, przeprowadzano eksperymenty. Opinia profilera kryminalnego wskazywała jasno, że za mordem stoi żona pana Jacka. Do zabójstwa miało dojść w domu małżonków w Sławkowie. Potem Ilona S., być może z pomocą innej osoby, której w śledztwie nie ustalono, przewiozła ciało męża do lasu pod Włocławkiem. Nie ukrywała jakoś specjalnie zwłok, porzuciła je blisko przebiegającej tam drogi.
Po długim procesie zapadł wyrok. Ku zdumieniu brata ofiary, Ryszarda Sikory, sąd uniewinnił Ilonę S. z zarzutu zabójstwa. Została ona skazana jedynie za podżeganie do składania fałszywych zeznań mężczyznę, który już po zaginięciu Jacka Sikory skuł w ich domku płytki w salonie. Na dwa lata więzienia.
Taki wyrok oczywiście spowodowało złożenie apelacji od wyroku - uczyniła to prokuratura i brat zmordowanego mężczyzny. Sprawa wróciła na wokandę do Sądu Apelacyjnego w Katowicach w 2025 r. Tym razem jednak werdykt był krańcowo różny. SA uchylił wyrok uniewinniający Ilonę S. i nakazał przeprowadzenie procesu jeszcze raz.
- To dla mnie szczęśliwy dzień. Jestem szczerze i mile zaskoczony wnikliwością sadu, który przeanalizował wszystkie dowody w tej sprawie. Sąd pierwszej instancji zupełnie zlekceważył masę dowodów, a poza tym stworzył swoją własną wersję wydarzeń, które sąd wyższej instancji całkowicie obalił. Od samego początku podejrzewaliśmy, ze żona brata była w to zaangażowana. Doprowadziła do tej tragedii nienawiść, która tam narosła, która aż kipiała. Pod koniec ich małżeństwo właściwie nie istniało - stwierdził po wyroku Ryszard Sikora.
Co więcej sędziowie, można powiedzieć, nie zostawili na wyroku suchej nitki. - Sąd pierwszej instancji dokonał błędnej oceny dowodów. Jest ona sprzeczna z zasadami logiki i doświadczenia życiowego. W ocenie sądu odwoławczego materiał dowodowy, oceniany prawidłowo, gdyby istniała taka możliwość procesowa doprowadziłaby do wydania wyroku odmiennej treści - wyroku skazującego. Jednakże sąd wyższej instancji nie może skazać osoby uniewinnionej przez niższą instancję. Stąd konieczność przeprowadzenia ponownego rozpoznania sprawy - mówił wówczas sędzia sprawozdawca Wojciech Paluch. - Sąd pierwszej instancji zauważając szereg dowodów na sprawstwo oskarżonej jednakże założył, że łańcuch poszlak nie jest nieprzerwany, zawiera luki i przede wszystkim można sformułować alternatywną wersję wydarzeń. I tutaj mamy do czynienia z podstawowym błędem pierwszej instancji, polegającym na tym, że sąd uznał, że sam fakt istnienia wersji alternatywnej uzasadnia skorzystanie z dyspozycji art. 5 par. 2 kpk, który nakazuje rozstrzygać wątpliwości na korzyść oskarżonej. Niemniej ten przepis mówi o wątpliwościach, których nie można usunąć, a w realiach tej sprawy te alternatywne wersje zdarzeń są nielogiczne i nie są prawdopodobne w tym samym stopniu co wersja oskarżenia - dodawał sędzia.
Z uzasadnienia wyroku wyłania się prawdopodobny obraz wydarzeń. Piątek 12 maja 2017 r. był ostatnim dniem, kiedy pokrzywdzony był widziany żywy, wykazywał aktywność, logował się na forum internetowe, z którego przez lata aktywnie korzystał, wyszedł z psem, wykonywał telefony. Krytycznego weekendu, poza tym piątkiem, pokrzywdzony nie zalogował się na forum, nie wykonał żadnego połączenia telefonicznego, nie opuszczał domu, bo wersja oskarżonej, że w niedzielę oskarżony był na cmentarzu, nie znalazła potwierdzenia w materiale dowodowym.
Nikt go na tym cmentarzu nie widział. Pokrzywdzony nie poszedł na spacer z psami, choć wcześniej się ze znajomym na taki spacer umawiał. Sad wyższej instancji stoi na stanowisku, że do zdarzenia doszło krytycznego weekendu, na terenie posesji w Sławkowie. Jest bardzo prawdopodobne, że ktoś sprawcy głównemu pomagał albo było sprawców więcej. Niemniej cokolwiek się tam stało, musiało się stać za wiedzą oskarżonej. Nic nie wskazuje na to, by był tam ktokolwiek niepowołany.
To jest kluczowe ustalenie sadu odwoławczego. Jeśli z opinii biegłego wynika, że przyczyną śmierci było wykrwawienie, spowodowane urazami klatki piersiowej, że pokrzywdzony miał dwie rany od noża. Biegły nie wykluczył, że takich obrażeń mogła dokonać kobieta. Nic nie stało na przeszkodzie, by jedna osoba te obrażenia spowodowała. Kwestia wywiezienia zwłok, to odrębna sprawa, niekoniecznie musiała w tym uczestniczyć oskarżona, a jeśli nawet, mogła mieć pomocnika.
- Wspomnę jeszcze o zakupionym paralizatorze, którego zakupu przed zdarzeniem oskarżona nie potrafi udokumentować. Profil psychologiczny oskarżonej wynikający z opinii biegłych psychiatrów i psychologów. Generalnie jest on spójny z opinii profilera sporządzanym w procesie. A opinii psychologiczno-psychiatrycznej przed sądem pierwszej instancji nie udało się podważyć. Zebrane dowody wskazują na to, że oskarżona przynajmniej współsprawcą przestępstwa - wyliczał sędzia.
Zdaniem śledczych motywem, jaki nią kierował, miała być chęć przejęcia całego majątku tylko dla siebie. Jacek zginął krótko po tym, gdy sporządził testament. Zapisy w nim mówiły, że w razie jego śmierci wszystko przechodzi na własność Ilony i na odwrót - gdyby coś złego spotkało ją, majątek przypadał w całości Jackowi. Zapisy całkowicie pomijały ich syna Damiana. Co ciekawe, Ilona S. w swoim testamencie przekazuje wszystko właśnie synowi i wnukom.
Ilona S. ustalenia prokuratorów neguje. Twierdzi, że bardzo kochała męża. Rzeczywiście, już po jego zniknięciu wysłała nawet na jego numer telefonu sms-a „kocham cię”. Jednak bliscy ofiary mają inne zdanie. Podkreślają, że nigdy nie widzieli w jej oczach żadnego żalu po stracie Jacka, a gdy mężczyzna był jeszcze poszukiwany jako zaginiony, ona wyjechała do Anglii. Gdy okazało się, że zwłoki znalezione w województwie kujawsko-pomorskim należą do niego, nie kwapiła się, by odebrać ciało i przygotować pochówek. Ba, nawet na pogrzebie, zamiast iść w kondukcie za trumną z ciałem, wsiadła do drugiego karawanu i nim przejechała na cmentarz. Z ogromnego majątku lubiła korzystać pełnymi garściami – w ciągu roku przed zamordowaniem biznesmena miała przelać z jego konta… 3,5 mln zł.
Ponowny proces ma ruszyć przed Sądem Okręgowym w Sosnowcu. Jak poinformował Super Express brat pana Jacka, data nie została jeszcze wyznaczona, ale za to skład sądu jest znany - zasiądzie w nim m.in. sędzia Adam Chmielnicki.
To rozjemca znany najbardziej z procesu Katarzyny W. - młodej matki z Sosnowca, która została skazana za morderstwo na swojej zaledwie półrocznej córce Madzi. To był jeden z najgłośniejszych procesów w Polsce w ostatnich kilku dekadach. Katarzyna w. została wówczas skazana na 25 lat pozbawienia wolności, a sądy wyższej instancji podtrzymały to rozstrzygnięcie.