Bob Marley i wszystko jasne. Gdyby ktoś nie kojarzył, to wyjaśniamy. 6 lutego 1945 r. przyszedł na świat przyszły mistrz reggae Robert Nesta Marley. Jamajczyk zmarł 11 maja 1981 r. mając zaledwie 36 lat. Już z życia stał się legendą tego gatunku muzyki, można powiedzieć, że dla reggae jest tym, kim Jimi Hendrix dla rocka. Wraz z grupą The Wailers sprzedał ok. 75 mln płyt, z czego jedną trzecią po śmierci i dotyczyło to składanki „Legend”. Miałby dziś 75 lat i pewnie byłby cholernie dobrym rasta, bo z nimi jest jak z bluesmanami – im starsi, tym lepsi. I choć Bob Marley nie żyję, to podobnie jak inne legendy muzyczne – król Presley, wspomniany Hendrix, Chuck Berry itd. – nadal zarabia swoją muzyką dla swych spadkobierców niemałą kasę. Szacuje się, ze jest tego rocznie ok. 20 mln dolarów.
W przeciwieństwie do innych muzycznych idoli, którzy zeszli z tego świata przez narkotyki lub depresję, która pchnęła ich do samobójstw, król reggae umarł wskutek choroby nowotworowej. Pogrzeb też miał iście królewski. Na Stadionie Narodowym w Kingston żegnało go ponad 100 tys. (nie tylko) Jamajczyków. W 9 lat po śmierci do kalendarza świąt nietypowych wpisano DZIEŃ BOBA MARLEYA.
Polecany artykuł: