Katarzyna W. z zimną krwią zabiła 6-miesięczną córkę. Tak matka Madzi z Sosnowca oszukała całą Polskę

2026-01-24 4:46

Tę pełną bólu, cierpienia, a także wyjątkowej obłudy i fałszu historię pamięta całą Polska. Mała Madzia miała ledwie 6 miesięcy, gdy została uduszona przez matkę. Do tej tragedii doszło 24 stycznia 2012 r. w Sosnowcu. Matka, Katarzyna W., uznała, że dziecko przeszkadza jej w realizacji marzeń i planów. Kobieta z zimną krwią udusiła maleństwo. Potem odegrała pożałowania godny spektakl, w którym udawała ofiarę kidnapera i omal nie wyprowadziła wszystkich w pole...

  • 24 stycznia 2012 r. w Sosnowcu Katarzyna W. udusiła swoją 6-miesięczną córkę Madzię w mieszkaniu przy ul. Floriańskiej. Kobieta uznała, że dziecko jest przeszkodą w realizacji jej planów.
  • Po zabójstwie matka ukryła ciało dziewczynki w ruinach pobliskiego parku, a następnie upozorowała porwanie. Przez kilka dni w jej wersję o napadzie wierzyła cała Polska.
  • Mistyfikację zdemaskował detektyw Krzysztof Rutkowski, po którego interwencji kobieta wskazała miejsce ukrycia zwłok. Sekcja zwłok potwierdziła uduszenie, a matka została skazana na 25 lat więzienia.

Udusiła córeczkę, bo przeszkadzała jej w realizacji planów 

Od tej tragedii mija właśnie 14 lat. Kamienica przy Floriańskiej w sosnowieckiej dzielnicy Pogoń, to tutaj doszło do wydarzeń, którymi żyła cała Polska. Półroczna dziewczynka została pozbawiona życia w miejscu, które miało być jej domem.

Pół roku wcześniej urodziła się mała Madzia. Przyszła na świat 15 lipca 2011 r. jako wcześniak, a jej życie było bardzo wątłe. Mama maleństwa bardzo ciężko zniosła poród. Mimo wysiłków lekarzy i modlitw bliskich, dziewczynce groziła śmierć. Do tego stopnia, że chrztu maluszkowi udzielał ojciec - Bartek. Polał główkę maleństwa wodą i wypowiedział formułę: Magdaleno, ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Kościół zezwala na to w nagłych wypadkach. Wkrótce potem stan Madzi się poprawił, a niebezpieczeństwo, że umrze minęło. Bartłomiej planował dokończyć chrzest w kościele z udziałem księdza.

Wydawało by się, że wszystko idzie ku dobremu. Mała rosłą i rozwijała się prawidłowo. Młodzi rodzice też sprawiali wrażenie, jakby zaakceptowali to, że muszą być z dzieckiem, zamiast swawolić z rówieśnikami w weekendy.

Pół roku później małej Magdalenie nikt nie mógł pomóc. Był wieczór 24 stycznia 2012 r. W mieszkaniu przy Floriańskiej nie było nikogo prócz dziewczynki i Katarzyny W., matki. To co zrobiła wciąż mrozi krew w żyłach. Dziewczynka została rzucona na podłogę. Katarzyna W. sądziła, że to wystarczy, by pozbawić życia maleństwo. Myliła się. Dziecko wciąż żyło. Wtedy matka zachowała się jak ktoś, kto zamiast serca ma głaz. Bez wahania uścisnęła szyjkę Madzi. Zaczęła ją dusić. Nie puściła aż dziecko zabiła.

Katarzyna W. oszukała całą Polskę. Zdemaskował ją detektyw Rutkowski

To był początek gehenny. Katarzyna W. nie chciała przecież trafić do więzienia. Nie po to właśnie udusiła własną córkę, którą obwiniała o to, że nie może się zachowywać tak jak inne młode kobiety w podobnym wieku. Ona chciała się pozbyć ciężaru za jaki uważała Madzię, ale uniknąć konsekwencji tej podłości.

Dlatego zaczęła grę. Zapewne już wcześniej upatrzyła sobie miejsce, gdzie można ukryć małe ciałko dziewczynki. To sypiąca się ruina po jakimś kolejowym budynku tuż przy torach. Na skraju parku przy ul. Żeromskiego. W styczniowy wieczór było tam ciemno i odludnie. Katarzyna W. umówiła się wcześniej z mężem Bartkiem, że spotkają się w mieszkaniu jej rodziców w bloku przy Wesołej. Żeby wszystko wyglądało zgodnie z planem, zabrała zwłoki córeczki do dziecięcego wózka i zaczęła spacer w tamtym kierunku. Park był po drodze. W ruinach budynku kolejowego wykopała nieduży dół i tam włożyła ciało. Następnie je zasypała. Co ważne, wówczas temperatura była dodatnia, więc nie potrzebowała do tego żadnych narzędzi. Zresztą aura, temperatura odegra potem niebagatelną rolę w oskarżeniu i skazaniu Katarzyny W.

Dalsza część tej historii jest również porażająca - matka dokonała mistyfikacji, w którą przez kilka dni wierzył cały kraj. Już niemal u celu, widząc blok swoich rodziców miała zostać napadnięta. Ktoś wymierzył jej cios w głowę i straciła przytomność, a kiedy się ocknęła dziecka w wózku już nie było. Zostało porwane.

ZOBACZ TEŻ: Gdy matka staje się katem. Najgorsze zbrodnie polskich dzieciobójczyń

Lekarz rzeczywiście uznał, że na głowie Katarzyny W. jest nieduży ślad, który mógł powstać od uderzenia czymś twardym. Ona sama podkreślała, że miała na głowie kaptur i czapkę, a to przecież zamortyzowało uderzenie.

Nazajutrz cała Polska już żyła tą dramatyczną historią. Katarzyna W. i jej mąż Bartek pokazywali się w mediach. Apelowali do sumienia porywacza, by oddał ich "perełkę". Rozklejali plakaty na mieście i rozprzestrzeniali prośbę o pomoc w mediach społecznościowych. Cały kraj był po stronie bezradnej kobiety, której odebrano najukochańsze dziecko i jej współmałżonka.

Bardzo wcześnie w Sosnowcu pojawił się także Krzysztof Rutkowski - najbardziej znany polski detektyw. Aktywnie włączył się w poszukiwania rzekomo uprowadzonego dziecka. Jego ludzie przeprowadzili swego rodzaju eksperyment procesowy z Katarzyną W. Ta wciąż udawała załamana matkę, a jej oczy właśnie tak wyglądały - jakby wypłakały już wszystkie łzy. Odtworzono skrupulatnie trasę, jaką szła matka Madzi. Ona sama zaś podała Rutkowskiemu rysopis człowieka, który miał za nią iść dłuższy czas i być może to ją napadł. Potem okaże się, że Katarzyna W. bynajmniej nie zmyśliła sobie tego - ów mężczyzna faktycznie istnieje i został potem nawet zidentyfikowany przez śledczych. Na szczęście już po tym, gdy cała mistyfikacja się załamała, a ciało dziewczynki zostało odnalezione.

A niebagatelną rolę w zdemaskowaniu Katarzyny W. odegrał właśnie Rutkowski. W prowokacji zdołał wydobyć z Katarzyny W., że Madzia nie żyje. Tyle że twierdziła, iż w mieszkaniu na Floriańskiej doszło do wypadku - dziewczynka miała się wyślizgnąć z kocyka i uderzyć głową w próg. Upadek miał być zabójczy. Był 2 lutego 2012 r. Co prawda później Katarzyna W. wskazała Rutkowskiemu jako ciało Madzi jakieś porzucone nad Przemszą zawiniątko, ale gdy w obroty wzięli ją śledczy z policji to dwa dni później wyjawiała prawdziwe miejsce ukrycia zwłok. Ciało zostało wydobyte. Dzięki temu, że feralnego wieczora 24 stycznia przyszła zmiana pogody i do rana cała Polska została skuta mrozem, zwłoki były w nienaruszonym stanie. Patolodzy odkryli przyczynę śmierci i mechanizm - gwałtowne uduszenie. Wersja o nieszczęśliwym wypadku została obalona.

Morderczyni została skazana na 25 lat więzienia, o przedterminowe zwolnienie może poprosić po 20 latach. Nigdy do winy się nie przyznała. Madzia jest pochowana w rodzinnym grobie na cmentarzu przy ul. Smutnej w Sosnowcu.

Super Express Google News
ZŁO - Katarzyna Waśniewska

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki