Mirella ze Świętochłowic zniknęła na 27 lat. Zamknęli ją w pokoju, odizolowali od świata? "Była w fatalnym stanie"

Mirella ze Świętochłowic zniknęła bez śladu ponad 25 lat temu. Nikt nie wiedział, co się z nią stało, kiedy rodzice wypisali ją ze szkoły z początkiem 1998 roku. Ale po prawie trzech dekadach przez przypadek okazało się, że kobieta nadal żyje i przebywa w jednym z mieszkań w tym samym mieście, skrajnie wyczerpana, w ukryciu przed światem. Czy pani Mirella padła ofiarą przestępstwa, czy może sama z jakiegoś powodu nie chciała wychodzić ze swojego pokoju? Prokuratura bada sprawę pod kątem przemocy i uwięzienia pokrzywdzonej w mieszkaniu.

Świętochłowice, województwo śląskie, 1998 rok. Mirella była wówczas nastolatką, chodziła do jednego z liceów, miała koleżanki. Jedna z nich w programie „Uwaga! TVN” wspominała po latach, że zapamiętała ją jako piękną dziewczynę w długich włosach. Lubianą, uśmiechnięta, z dobrymi wynikami w nauce. – Kiedy teraz ją zobaczyłam, byłam w szoku. Z jednej strony miała łysą głowę, a jak się odwróciła to miała polepione włosy, takie dredy – opowiadała pani Luiza przed kamerami. Bo Mirella pewnego dnia zniknęła. Ślad po niej zaginął na długie 27 lat. Powstaje pytanie: co się wtedy stało? Dlaczego nastolatka, a później dorosła kobieta, nie została odnaleziona?

W 1998 roku rodzice wypisali ją z liceum, tak naprawdę nie wiadomo dlaczego, nie zostało to ujawnione do opinii publicznej. Dokumenty dotyczące jej okresu nauczania nie wzbudzają żadnych podejrzeń: dobra, choć nie wyróżniająca się niczym specjalnym uczennica. Oceny prawidłowe, brak problemów wychowawczych, wszystko zdawane w terminie. To informacje przekazane w TVN-ie przez Marka Plantę, dyrektora dzisiejszej szkoły podstawowej nr 8 w Świętochłowicach, do którego przed laty chodziła Mirella. 14-letnia wówczas dziewczyna skończyła tę placówkę we wrześniu 1997 roku. Do nowej szkoły, liceum, chodziła tylko pół roku. Została wypisana z placówki na prośbę rodziców, a później nikt nie wie, co się z nią stało. Przepadła jak kamień w wodę.

Poznaj więcej historii:  Pokój Zbrodni

Ale po 27 latach okazało się, że nadal żyje. Nadal przebywała w mieszkaniu w Świętochłowicach, którego nie opuszczała nawet na krok. Ktoś usłyszał krzyki kobiety i wezwał na miejsce policję. W lipcu 2025 roku funkcjonariusze weszli do mieszkania w związku ze zgłoszeniem awantury domowej. Wtedy wyszło na jaw, że 42-letnia Mirella siedzi w swoim pokoju. Jej stan wskazywał na zagrożenie zdrowia. Kobieta nie miała ponadto dowodu osobistego ani ubezpieczenia zdrowotnego. Ustalono, że kontakt pokrzywdzonej ze światem zewnętrznym był ograniczony do minimum. Pojawiły się podejrzenia, że Mirella była wbrew woli przetrzymywana w mieszkaniu przez własnych rodziców. Śledztwo wszczęte w tej sprawie nie potwierdziło jednak tej teorii, a sama zainteresowania podczas przesłuchania, w obecności biegłego psychologa, stanowczo zaprzeczyła, by mama lub tata stosowali wobec niej przemoc. Zeznała, że mogła wychodzić z domu, kiedy chciała. A że nie chciała, to nie wychodziła. Takie tłumaczenia budziły jednak poważne zastrzeżenia funkcjonariuszy. Nie brzmiały bowiem wiarygodnie, zresztą nawet gdyby były prawdą, to dlaczego jej rodzice pozwolili na odizolowanie córki od świata? Do tego stopnia, by nie wyrobiła nawet dowodu osobistego? By zerwała kontakt ze znajomymi, nie ukończyła szkoły, nie zdobyła zawodu, ani nie znalazła pracy? Co by się stało, gdyby rodzice odeszli, a ona została sama – czy miałaby środki do życia, czy może zmarłaby w zapomnieniu w mieszkaniu? Jednocześnie jak to możliwe, że nikt jej nie szukał? W Polsce mamy przecież obowiązek szkolny. Czy naprawdę wystarczyły zapewnienia, że wyjechała, zaginęła albo że sprawą zajmuje się policja, choć były to kłamstwa? I czy Mirelli zdarzało się krzyczeć w mieszkaniu wcześniej, tyle że nikt nie wezwał wtedy służb? To zaledwie kilka z bardzo wielu pytań, które pojawiają się w przestrzeni publicznej po tym, jak sprawa wyszła na jaw.

Prokuratura Rejonowa w Chorzowie postanowiła nie odpuszczać. Wszczęto śledztwo w kierunku przestępstw mówiących o pozbawieniu wolności oraz znęcania się nad osobą najbliższą. Trwa zbieranie dowodów i analiza materiałów, a funkcjonariusze sprawdzają każdy możliwy trop, by odtworzyć wszystkie lata życia Mirelli w izolacji. Śląska policja przekazywała jakiś czas temu, że w planach były przesłuchania rodziców 42-latki, lecz nie ujawniono ich treści, ani w jakim charakterze były przeprowadzane. Mundurowi są niezwykle ostrożni w udzielaniu informacji.

Zobacz galerię zdjęć. Dalsza część materiału znajduje się pod nią.

Sprawa Mirelli ma także wymiar społeczny. Poruszyła bowiem wielu ludzi, którzy zaoferowali jej swoją pomoc. W programie „Uwaga! TVN” wystąpiły też dawne koleżanki kobiety, które nie miały pojęcia, co działo się z nią przez ostatnie lata. Gdy Mirella zniknęła, same były przecież dziećmi. Teraz są w szoku. – Słyszałam, że ona nie umie chodzić, że nie wie, jak się chodzi po schodach. Siedziała 27 lat zamknięta w pokoju – opowiadała jedna z kobiet, która odwiedziła dawną znajomą w szpitalu. Kiedy zobaczyła, w jakim jest stanie, zrozumiała przyczynę tych dolegliwości. Paznokcie sięgały od 15 do 20 centymetrów długości, były pozawijane na palcach. – Miała w nogach dziury aż do kości. Sepsa. Powiedziała mnie i mojemu partnerowi, że uratowaliśmy jej życie. Że dzięki temu, że zadzwoniliśmy na policję, ona stamtąd wyszła. Lekarz powiedział, że jeszcze parę dni i by jej nie było. Umarłaby. Przyznała nam się, że cierpiała przez lata, dzień w dzień – twierdziła kobieta przed kamerami TVN-u.

Czytaj również:  Paweł B. zaszlachtował byłą żonę! Przez lata jej groził, 10 razy opuszczał więzienie. Nikt nic nie zrobił

Warto podkreślić, że to nieoficjalna rozmowa z Mirellą, bo w oficjalnych zeznaniach kobieta nie potwierdziła żadnej formy znęcania się nad nią. Tylko koleżankom miała powiedzieć, że w pokoju nie mogła otworzyć nawet okna, bo każdy podmuch w otwarte rany na ciele potęgował ból. Nie potrafiła korzystać z telefonu komórkowego, nie wiedziała nawet do końca, co to w ogóle jest. Znajome były zdeterminowane, żeby jej pomóc: uruchomiły zbiórkę w internecie, by zebrać pieniądze na leczenie i rehabilitację. Kwota była już całkiem spora, gdy okazało się, że ze szpitala pani Mirella niespodziewanie wróciła do domu rodziców, w którym dotychczas przebywała.

Kobietę z placówki wypisał lekarz prowadzący, stwierdzając że jej stan na to pozwala. Nie potwierdzono też przemocy. Pokrzywdzona była przesłuchana przez funkcjonariuszy, lecz nie powtórzyła tego, co podobno mówiła koleżankom. – Niczego takiego policjantom nie powiedziała – stwierdziła młodsza aspirant Anna Hryniak z Komendy Miejskiej Policji w Świętochłowicach.

Co ciekawe, to informacja sprzeczna nie tylko z wersją przedstawioną przez świadków, ale też z tym, co w mediach mówili pracownicy karetki, którzy zabierali panią Mirellę do szpitala. W TVN-ie z ich ramienia wypowiadał się Łukasz Pach, dyrektor Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego w Katowicach. Z jego relacji wynika, że kobieta była zaskoczona wyglądem klatki schodowej. Mówiła, że widzi ją po raz pierwszy od ponad dwudziestu lat. Ale na pytanie, czemu nie opuszczała swojego domu, nadal nie znamy odpowiedzi. Pracownicy Ośrodka Pomocy Społecznej, którzy też byli zaangażowani w sprawę, nabrali wody w usta, zasłaniając się dobrem postępowania. Z ich wypowiedzi można jednak wywnioskować, że coś wiedzą na temat powodów nieopuszczania mieszkania przez kobietę. Nie mogą ich jednak ujawnić. To rodzi jeszcze więcej pytań.

Pani Beata, która przez osiem lat siedziała w jednej szkolnej ławce z Mirellą, jest wstrząśnięta historią dawnej koleżanki. Wspomina ją jako grzeczną i ciekawą świata. Po jej zniknięciu próbowała ją odszukać. Chodziła po okolicy, próbowała skontaktować się z rodzicami dziewczyny, dzwoniła i pukała do drzwi, ale nigdy jej nikt nie otworzył. Jak to możliwe, że losem 15-letniej wówczas pokrzywdzonej nikt się nie zainteresował? Sąsiedzi twierdzą, że pytali rodziców, gdzie jest ich córka, a ci odpowiadali, że zaginęła. Myśleli, że policja zna sprawę, choć tak nie było. A co ze szkołą, opieką społeczną, służbami? Czy jeśli nikt nie zgłosi oficjalnego zawiadomienia o przestępstwie lub zaginięciu, to człowiek, dziecko, może tak po prostu zniknąć z wszelkich radarów? Bez późniejszego dowodu osobistego, dokumentów, bez niczego? A może ktoś wiedział, i zna głębszą prawdę, której nie może ujawnić? Prokuratura ma to zweryfikować.

Specjaliści, którzy zabierają dziś głos w mediach na temat tych wydarzeń, mówią że ewentualne problemy psychiczne dziecka należy diagnozować i leczyć, a nie pozwalać mu w nich utonąć i odcinać od świata. Jeżeli nawet Mirella z własnej woli nie chciała opuszczać pokoju czy mieszkania, to rolą rodzica było pomóc jej przezwyciężyć strach lub znaleźć specjalistę, który jej pomoże. Chyba że działo się to wbrew jej woli, to sytuacja jest jeszcze bardziej dramatyczna.

Mirella nie podchodziła do okien, dlatego nikt z sąsiadów jej tam nie zauważył. Nie udzielono jej też wsparcia medycznego, kiedy infekcja nóg się pogarszała. Z relacji kobiet, które rozmawiały z pokrzywdzoną, wynika że rodzice mogli w niej potęgować poczucie strachu przed światem, dlatego w ostatnich latach 42-latka już sama mogła nie chcieć wychodzić. To nie oznacza jednak, że nie doszło do przestępstwa. Pozostaje pytanie, czy rodzice nie potrafili i nie mogli jej pomóc, czy celowo tego nie robili, by nie wyszło na jaw, w jakim córka jest stanie i co się z nią dzieje.

Kobieta po wizycie w szpitalu odzyskała pewien kontakt z mieszkańcami. Ci rozmawiali z nią, dopytywali, zachęcali do interakcji. Raz siedziała na tapczanie, mówiła że nie ma siły chodzić. Innym razem miała twierdzić, że w domu ostatnio było bardzo nerwowo. - Martwię się, że tam obwinia się ją o to, co zrobiła, co powiedziała. Że to wszystko jest jej wina. Strach pomyśleć, co ta dziewczyna przeżywa – mówiła w programie „Uwaga! TVN” jedna z sąsiadek.

Czytaj także:  Sąd kazał ratować Wojtusia, a oni zostawili go z ojcem-katem. Niemowlę nie żyje. "Roztrzaskał mu czaszkę"

82-letni rodzice Mirelli uważają, że są oskarżani niesłusznie o złe traktowanie córki. Nie zgadzają się z przedstawianiem ich w negatywnym świetle i twierdzą, że nie dopuścili się żadnych nadużyć. Doszło do konfliktu między nimi a organizatorami zbiórki pieniędzy na leczenie pokrzywdzonej, o czym w rozmowie z radiem Eska mówiła pani Aleksandra. – Na ten moment nie ma współpracy między nami a jej rodzicami, mama izoluje każdego, kto chciałby mieć kontakt z Mirellą i nastawia ją przeciwko nam, czego byłam świadkiem – relacjonowała w październiku 2025 roku. - Odesłała mnie z kwitkiem, pomimo tego, że jeszcze kiedy sprawa nie wyciekła do mediów, próbowałam iść z pomocą: chodziłam, pytając czy zrobić zakupy, czy zawieźć Mirellę lub mamę do lekarza. Niestety, mama powiedziała, że nie będzie korzystać z leczenia Mirelli, które oferujemy, a kiedy ostatnio podjęłam próbę odwiedzenia jej, to matka nie otworzyła nam drzwi – dodawała.

Dziennikarka Martyna Urban opisywała w tamtym okresie, że nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, jak mogło dojść do tak długotrwałej izolacji Mirelli. Śledczy badają zarówno ewentualne zaniedbania rodziny, jak i możliwe luki w działaniu instytucji – od szkoły, przez ośrodki pomocy społecznej, po urzędy. Dopiero pełne ustalenie wszystkich okoliczności pozwoli odpowiedzieć, czy Mirella była ofiarą przestępstwa, czy raczej splotu okoliczności i zaniechań, które przez lata pozostawały w jakiś sposób niezauważone.

Prokurator Sabina Kuśmierska z Prokuratury Rejonowej w Chorzowie potwierdza, że Mirella nie posiadała dowodu osobistego w dniu jej odnalezienia, a status kobiety w systemie prawnym i socjalnym był przez lata nieuregulowany. Na tym etapie nie postawiono jednak nikomu zarzutów. - Sprawa światło dzienne ujrzała przypadkowo. Po zgłoszeniu przez sąsiadów o awanturze domowej mundurowi natknęli się na mocno zaniedbaną panią Mirellę. Kobieta trafiła do szpitala na długie leczenie: wróciła już do domu, z którego nie wychodziła od czasów liceum – podkreśliła prokurator.

Dziennikarze „Kanału Zero”, którzy w lutym 2026 roku byli w Świętochłowicach, wskazują że mimo zapewnień urzędów i służb o bezpieczeństwie pani Mirelli, sami byli świadkami niepokojących wydarzeń w jej mieszkaniu. Pojechali bowiem na miejsce i twierdzą, że 42-latka jest bita i wyzywana. - Gdy nasza dziennikarka wraz z operatorem byli już na klatce schodowej i zbliżali się do mieszkania, usłyszeli krzyki dobiegające z lokalu, w którym przebywa pani Mirella. Kobieta wzywała pomoc, skarżyła się na bicie i wyzwiska. Usłyszeliśmy część z tych wyzwisk – napisano w publikacji „Kanału Zero”. Na miejsce wezwana została policja, jednak gdy matka Mirelli kilkukrotnie odmówiła wpuszczenia funkcjonariuszy do mieszkania, policjanci odjechali. Nie stwierdzono podstaw do interwencji bez prokuratorskiego nakazu.

Jednocześnie w sieci pojawiają się kolejne dowody na to, że życie Mirelli nadal jest koszmarem. Reporterzy i sąsiedzi nagrywają krzyki kobiety, a jednocześnie 42-latka zdaniem prokuratury nie zgadza się ani na obserwację medyczną, ani na izolację od rodziców. Służby mają więc związane ręce: brakuje podstaw prawnych, by takie działania wymusić, mimo nadania jej statusu pokrzywdzonej. Równocześnie trudno nie dostrzec w tym mechanizmie zachowań pewnego syndromu sztokholmskiego. Osoby doświadczające przez lata przemocy często bronią swoich oprawców. W tym przypadku mówimy w dodatku o rodzicach, choć rzecz jasna w świetle prawa niczego im nie udowodniono i nie można wydawać względem nich osądów. Dziwi jednak bierność służb, bo pytania na temat tego, czy naprawdę nie można nic więcej w tej sprawie zrobić, można już liczyć w setkach, albo i tysiącach. Czy uda się na nie odpowiedzieć?

Prokuratura Rejonowa w Chorzowie wciąż prowadziła swoje postępowanie, a nadzór nad nim objęła Prokuratura Okręgowa w Katowicach. Śledczy czekają na dodatkową opinię medyczną oraz tak zwany profil wiktymologiczny, który ma pomóc ocenić mechanizmy zależności ofiary od najbliższych. Formalnie, sprawa nadal więc się toczy.

Sonda
Czy wymiar sprawiedliwości w Polsce działa skutecznie?
Pokój Zbrodni Mirella ze Świętochłowic

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki