Wojciech Miciński, lekarz, katastrofa MTK

i

Autor: Andrzej Bęben

Wspomnienia

Każdego roku, 28 stycznia jedzie do Chorzowa. Nie może zapomnieć obrazów z tej katastrofy

2023-01-28 10:44

28 stycznia 2006 r. zawaliła się hala wystawowa Międzynarodowych Targów Katowickich. Zginęło 65 osób. Lek. med. Wojciech Miciński, 17 lat temu pracujący w Wojewódzkim Pogotowiu Ratunkowym w Katowicach, wspomina ten dzień: – Na rumowisku po zawalonej hali mogło pracować tylko tylu ludzi, ilu wpuściła straż pożarna. Stąpaliśmy po śniegu, blachach, konstrukcjach pod którym byli ludzie i było zimno, bardzo zimno. Wokół hali pracowały setki ludzi, dziesiątki specjalistycznych pojazdów. dziesiątki szpitali zgłaszały gotowość pomocy.

„Super Express” – Wiele lat pan przepracował w pogotowiu ratunkowym i widział niejedną śmierć. Wtedy, 17 lat temu, tyle ciał. To musiał być wstrząs, nawet dla lekarza doświadczonego w ratownictwie medycznym…

Wojciech Miciński: – Każda śmierć jest wstrząsem. Lata pracy nie przyzwyczają do jej widoku. Po latach pozostają obrazy. Jakbym to dziś widział: obrazy z ratownikami wynoszącymi zabitych i rannych. Widzę ten namiot, w którym gromadzono zwłoki. W nim lekarze dokonywali oględzin. Do dziś czuję w sobie to napięcie, tę myśl, że pod zwałami śniegu i pogiętej stali są ludzie czekający na pomoc.

– Hala zawaliła się o 17:15. Kiedy pogotowie zostało postawione w stan alarmowy?

–Tamtego dnia miałem normalny dzienny dyżur w karetce, z świetnym zespołem, w drodze z sosnowieckiego Ośrodka Ostrych Zatruć. Odratowaliśmy pacjenta, więc byliśmy w bardzo dobrym nastroju. Trochę nas zdziwiło, że na drodze taki ruch samochodów straży pożarnej, policji, ambulansów. To wkrótce już wiedzieliśmy, co się stało. Kierunek Chorzów, na sygnale! Koło 18:00 byliśmy na miejscu. Było przeraźliwie jasno, jak w dzień, od blasku świateł. Zimno, jakieś minus 17 stopni, jeśli dobrze pamiętam. I kolejka pojazdów, w tym i karetek, z błyskającymi sygnałami. Stanęliśmy. Mieliśmy trochę czasu, by zobaczyć, co dzieje się, by rozeznać sytuację. Pamiętam, że nie mieliśmy na początku dostępu do poszkodowanych, do tych, których już wyciągnięto. Szybko to się zmieniło.

– Akcja ratunkowa była …

– Rozłożona na dwa etapy. W pierwszym trzeba było zająć się tymi, którzy wyszli z zawalonej hali o własnych siłach i lekko rannych przewieźć do szpitali wskazanych przez centrum zarządzania akcja. Tacy poszkodowani mieli to szczęście, że znajdowali się w tym miejscu hali, w którym konstrukcja wytrzymała. Ten etap akcji przeprowadzony został szybko i sprawnie. A potem zaczęła się mozolna operacja poszukiwania i uwalniania zasypanych osób.

– Wyciągnięci żywi spod gruzów trafiali do lekarzy. Gdzie?

– Tylko niezbędne zabiegi medyczne były przeprowadzane na rumowisku. Przed halą rozstawiono ocieplane namioty polowe. Tu opatrywano rannych i przekazywano do transportu. Trzeba było ustabilizować pacjentów, potem karetki przewoziły ich do wyznaczonego szpitala. Akcja przebiegała sprawnie. Na rumowisku po zawalonej hali mogło pracować tylko tylu ludzi, ilu wpuściła straż pożarna. Stąpaliśmy po śniegu, blachach, konstrukcjach pod którym byli ludzie i było zimno, bardzo zimno. Wokół hali pracowały setki ludzi, dziesiątki specjalistycznych pojazdów. dziesiątki szpitali zgłaszały gotowość pomocy. To było możliwe tylko w sercu aglomeracji śląskiej, bo tu można było uruchomić i zgromadzić tak dużą ilość sił i środków. Poza tym, to ważne, Wojewódzkie Pogotowie Ratunkowe w Katowicach już wtedy współpracowało na szczeblu wojewódzkim z Państwową Strażą Pożarną i integrowało wewnętrzny system dowodzenia zdarzeniami masowymi, bo tak w języku medycyn ratunkowej określa się katastrofy.

– Byłem w Chorzowie, na drugi dzień. GOPR-owcy mówili, że wyciąganie spod gruzów przypomina ratowanie zasypanych przez lawinę.

– Tak było. Czasem zasypani byli tuż pod rumowiskiem z gruzu i śniegu. Nie da się zapomnieć takiej sytuacji. Widać było tylko rękę zasypanego. Rusza nią. Żyje. Nie damy rady, bez pomocy strażaków, wydobyć człowieka. Trzeba mu pomóc na miarę możliwości. Wkłucie, kroplówka z lekami, czekanie aż strażacy będą mogli odkopać pacjenta. Widzę tę wyciągniętą rękę, dosłownie, spod ziemi, i teraz, gdy o tym mówię.

– Wspomniał pan o współpracy ze strażakami. W takiej akcji współpraca służb ratunkowych decyduje o jej powodzeniu.

– Święta prawda. Tak zawsze było i będzie. Tworzyliśmy małe zespoły medyków i strażaków. W śniegu po kolana chodziliśmy ostrożnie po tym co zostało z dachu. I nasłuchiwaliśmy. Kiedy usłyszało się jakiś głos, to w ruch szedł ciężki sprzęt. Strażacy cięli poszycie dachu specjalnymi piłami tarczowymi. Były one zwożone z różnych części Polski. Gdy już było można było dotrzeć do ofiary i o ile żyła, to od razu taką osobę przerzucało się na nosze. Gdy zachodziła taka potrzeba, to natychmiast karetka, pod eskortą, jechała do wyznaczonego szpitala.

– A to medykom wolno było chodzić po takiej ruinie?

– Zgodnie z literą prawa, to mogli tam przebywać wyłącznie strażacy i dopiero po tym, jak oni zabezpieczą teren, mogą wejść służby medyczne. Sytuacja była jednak nadzwyczajna, nie uwzględniona w przepisach prawnych i trzeba było ludzi ratować, samemu dużo ryzykując. Jak się słyszy dobiegające spod gruzów dzwonki telefonów – bo już wtedy można było się tego domyśleć, ze to do zasypanych dzwonią ich bliscy – to co? Ma się czekać? Nie, ratuje się ludzi. To było czyste ratownictwo na bazie ogromu emocji. Obserwowałem twarze strażaków, policjantów, nikt z nas nic podobnego wcześniej nie przeżył. Byłem już wtedy doświadczonym lekarzem, napatrzyłem się w pracy na ekstremalne przypadki, ale nigdy nie zetknąłem się z taką masą nieszczęścia i bezradności. Trudna do wytrzymania była świadomość, że pod nami są ludzie, którzy potrzebują naszej pomocy, a nas trawi niemoc. Bo są zasypani śniegiem, lodem, gruzem i stalą.

– W takich warunkach, z każdą godziną zmniejszają się szanse na przeżycie ciężko rannych, czekających na pomoc, słyszących pewnie huk pił i głosy ratowników.

– Prawdopodobnie uczestniczyłem w wydobyciu ostatniej żywej ofiary katastrofy. Wpierw trzeba było przebić się przez warstwę śniegu, potem była poszatkowana blacha i konstrukcja stalowa żebrowana. Udało nam się dotrzeć do człowieka uwięzionego między elementami żelastwa. Razem ze strażakami uwolniliśmy go i przełożyliśmy prosto na deskę ortopedyczną. Pacjent był przytomny. Tam w śniegu nie robiliśmy żadnych procedur medycznych, tylko ewakuowaliśmy go z niebezpiecznego terenu. Nie miałem poczucia, że dach jest niestabilny, ale trzeba było patrzeć pod nogi, żeby nie wpaść w szczelinę w coś ostrego… Tak było. Było, minęło, ale pamięci pozostaje. Każdego roku, 28 stycznia, jak tylko mogę, jadę do Chorzowa. Dziś też tam będę.

Sonda
Czy byłeś kiedyś świadkiem katastrofy budowlanej?