Do tragicznego zdarzenia doszło w piątek, 4 września, tuż przed godziną 6:00 rano na ulicy Kościuszki w Bojszowie. Auto jechało drogą powiatową z Rachowic w kierunku Bojszowa. Kierujący oplem nagle stracił panowanie nad pojazdem, po czym samochód uderzył w betonowy przepust oraz przydrożne drzewo. Siła uderzenia była na tyle duża, że pojazd błyskawicznie zajął się ogniem.
Z relacji portalu "Fakt" wynika, że natychmiast po zdarzeniu na miejscu pojawili się świadkowie. Jeden z nich, słysząc z oddali potężny huk, natychmiast pobiegł w kierunku miejsca wypadku i wezwał służby ratunkowe.
Bojszów: Świadkowie użyli czterech gaśnic przy płonącym wraku
Z pomocą ruszyli również inni kierowcy, którzy przejeżdżali w tym czasie tamtędy. Zobaczyli, że kierowca jest zakleszczony w płonącym pojeździe. Korzystając z samochodowych gaśnic, podjęli heroiczną, acz ostatecznie nierówną walkę z rozprzestrzeniającym się żywiołem. Później, obok doszczętnie spalonego samochodu, odnaleziono cztery wykorzystane przez nich gaśnice. Niestety, płomienie były zbyt potężne, aby udało się je zdławić podręcznym sprzętem.
Kapitan Szymon Głąb z gliwickiej straży pożarnej, w wypowiedzi dla TVN24, poinformował, że poszkodowany kierowca od samego początku nie wykazywał żadnych oznak życia. Kiedy strażacy dotarli na miejsce i przystąpili do akcji gaśniczej, okazało się, że na ratunek nie ma już żadnych szans.
Tragiczny wypadek pod Gliwicami. 41-latek nie dotarł do pracy
Z nieoficjalnych informacji medialnych wynika, że za kierownicą opla siedział 41-letni mieszkaniec Sierakowic, który tego feralnego ranka zmierzał do swojego miejsca pracy. Miejsce wypadku zostało zabezpieczone przez funkcjonariuszy policji, którzy pod nadzorem prokuratora prowadzili oględziny.