- Bogusław R. (28 l.) stanął przed Sądem Okręgowym w Sosnowcu oskarżony o zabójstwo Mario Z. (37 l.), którego pobił i skopał w nocy z 1 na 2 maja ub. r. w parku przy ul. Małachowskiego w Będzinie.
- Oskarżony, trenujący sztuki walki, miał dobić ofiarę, skacząc jej na brzuch; Bogusław R. został zatrzymany w Gdańsku po kilkunastu dniach od zdarzenia.
- W sądzie Bogusław R. nie przyznał się do winy, twierdząc, że działał w obronie koniecznej i nieumyślnie, choć poza salą okazywał agresję dziennikarzom.
- Towarzyszący mu podczas zdarzenia Klaudia F. i Sergiusz D. odpowiadają za nieudzielenie pomocy umierającemu Mario Z.
Bogusław R. oskarżony o zabójstwo. Skatował na śmierć 37-latka
Bogusław R. trenował sztuki walki. Chciał być zawodnikiem walk w klatce. Nawet kilka takich stoczył. Teraz jednak jedyna klatka, na jaką zasłużył to cela aresztu.
Była noc z 1 na 2 maja ub., r. gdy Bogusław R. spacerował po Będzinie. Szedł ze znajomymi: Klaudią F. oraz Sergiuszem D. Pech chciał, że w parku przy ul. Małachowskiego był z grupką znajomych Mario Z. Pomiędzy Mario a Bogusławem R. doszło do sprzeczki. Niedoszły gwiazdor mieszanych sztuk walki nie zamierzał dyskutować ze starszym od siebie mężczyzną, którego zresztą znał. Padł pierwszy cios. Mario upadł na ziemię, potem jeszcze był kopany, a na koniec R. skoczył na brzuch Maria. Bardzo szybko oddalił się z parku, a wraz z nim jego znajomi. To towarzysze Maria zawołali pogotowie ratunkowe. Niestety obrażenia, jakie zadał mu R. były zbyt poważne i 37-latek zmarł.
Bogusław R. został złapany przez policję dopiero po kilkunastu dniach. Namierzono go w Gdańsku i tam zatrzymano. Po ponad roku od tej tragedii on i jego znajomi stanęli przed Sadem Okręgowym w Sosnowcu. Bogusław R. został oskarżony o zabójstwo, jego kompani Sergiusz D. oraz Klaudia F. odpowiadają za nieudzielenie pomocy umierającemu Mariowi. Ci ostatni odpowiadają z wolnej stopy, Klaudia F. zresztą w sądzie się nie stawiła.
Główny oskarżony przed sędziami już nie był twardzielem z sądowego korytarza. Przemienił się w skruszonego, wystraszonego atakiem samego Mario Z., przed którym on się tylko bronił. Do winy się jednak nie przyznał. - Stało się to nieumyślnie, była to obrona konieczna. Nie chciałem nic złego zrobić. Chciałem przeprosić rodzinę Maria. Z całego serca proszę o wybaczenie rodzinę Maria - mówił cichuteńkim, ledwie słyszalnym głosem. - Tej nocy spotkałem Sergiusza i Klaudię. Mieliśmy iść do domu. Po drodze spotkaliśmy grupę Maria. Podszedł do nas, ale ja powiedziałem, że się z nim nie przywitam. Mario na to źle zareagował, wybuchnął, groził mi, że mnie zajeb... i że poderżnie mi gardło. Uderzyłem go w panice i uciekłem. Tak zareagował mój organizm. Byłem przestraszony, w amoku. Zadałem mu cios od niechcenia - wyjaśniał oskarżony.
Nie bardzo potrafił wytłumaczyć, dlaczego tak bardzo miał się wystraszyć Maria. Jednocześnie twierdził, że nie widział, by ten miał w ręku nóż. Dopytywany przez uczestników procesu kilka razy, miał kłopot z odpowiedzią na pytanie, czy przed zdarzeniem też bał się Maria Z. W tym pomagał mu jego obrońca, wcielając się w rolę podobną do suflera. Podobnie było z innymi dociekaniami. R. stwierdził, że nie wie, jak odróżnić cios od niechcenia od innych ciosów. Utrzymywał również, że bił "słabo". "Nie potrafię odpowiedzieć" to najczęstsze zdanie, jakie padało z jego ust. Użył go m.in. wtedy, gdy odpowiadał na pytanie pani prokurator, czy w treningach boksu uczono go kontrolować siłę ciosów. Spytany o to, dlaczego już po upadku Maria na ziemię jeszcze go kopał, powiedział tylko "nie wiem".
Polecany artykuł:
Dlaczego oskarżony nie pomógł pokrzywdzonemu?
R. utrzymuje, że miał zamiar pójść z prawnikiem na policję. Śmierć Maria nazwał "przykrym zdarzeniem". - Poszedłem do domu. Na drugi dzień dowiedziałem się o przykrym zdarzeniu, nie dowierzałem w to co się stało. Chciałem ochłonąć. W planach było stawić się na policję. Nie miałem zamiaru nigdzie uciekać, ani się ukrywać. Miałem stawić się z mecenasem do pani prokurator 12 maja - wyjaśniał.
Niemniej zniknął z Będzina i pojechał aż do Gdańska. Nawet jednak tam nie zgłosił się na policję. Został po prostu zatrzymany w mieszkaniu, które wynajął.
R. przekonywał również obecnych na sali, że nigdy nie kpił ze śmierci Mario R. - Nie było tak, że po zdarzeniu wyrażałem lekceważący stosunek, postawę względem tego co się stało z Mario. Nie dowierzałem, co się stało i byłem załamany psychicznie. Nie kpiłem z tego, jestem poważnym chłopakiem - przekonywał sędziów.
Z odczytanych na rozprawie, złożonych podczas śledztwa wyjaśnień m.in. Klaudii F., wynika jednak, że gdy następnego ranka R. dowiedział się, że Mario nie żyje, miał skwitować to krótkim: "No i ch... z tego."
Oskarżony podkreślał, że nie zdawał sobie sprawy, w jakim stanie jest pobity przez niego mężczyzna. Zaprzeczył też, by mail rzucić krótko po masakrze do znajomych Maria zdanie: "Odwróćcie go na bok i pilnujcie, żeby nie zdechł". - To jest kłamstwo. Nie mogłem powiedzieć, żeby odwrócili pokrzywdzonego, bo zdechnie. Ja jak już coś powiedziałem, to żeby go odwrócili i wezwali pogotowie. To jest podstawa, BHP - zaoponował R. - Sam go nie odwróciłem, byłem w szoku, amoku. Nie zdawałem sobie sprawy, że sytuacja zagraża zdrowiu i życiu Mario - powtórzył po raz kolejny.
W procesie miała zeznawać matka ofiary, pani Iwona, ale nie przyszła do sądu z powodów zdrowotnych, potęgowanych przez potężny upał. Sąd jej nieusprawiedliwienie uznał.